sobota, 17 listopada 2018

Ogród zoologiczny


Wielka pałacowa brama, za którą można wejść jedynie po uiszczeniu wysokiej opłaty. Tak wysokiej, że praktycznie nikt się nie decyduje. Większość zatrzymuje się przy granicy ogrodzenia. Zagląda przez sztachety płotu. Co sprawniejsi wspinają się na wysoki mur, nie bacząc na tabliczki ostrzegające, że działanie takie grozi wypadkiem, a nawet śmiercią. Z zewnątrz widać niewiele. Jedynie kilka pozorów. Z zewnątrz to miejsce doskonale udaje zwyczajność. Równo wytyczone alejki. Poprzycinane krzewy. Wypielęgnowane kwietniki. Ławeczki. Huśtawki. Opróżnione kosze na śmieci. Wytyczony jedynie słuszny kierunek zwiedzania, o którym leniwym tonem informuje najpierw rozespana bileterka, a potem nachalnie przypominają drogowskazy. Jeśli ich posłuchasz, nabierzesz się niechybnie. Poprowadzą cię ścieżką dla głupców. Zamydlą ci oczy. Przekupią cukrową watą  i lodem na patyku. Zobaczysz słonie bawiące się starymi oponami na wybiegu wielkości przeciętnego salonu.  Żyrafy z nudów splatające szyje w warkocze. Przez szybkę pogłaszczesz tygrysa. Pawian pokaże ci swój czerwony tyłek. Wyjdziesz zadowolony, z kiczowatym balonikiem w ręce i tak naprawdę nie zobaczysz nic. Niczego nie poczujesz. A przecież tuż przed twoim nosem Szczurołap gra na flecie. Skamieniałe stadko gryzoni zamarło u jego stóp. Nie zdążyły przed tobą uciec.  Kilka metrów dalej, zupełnie bez sensu, na samym środku ścieżki stanął połyskujący zimnym metalem nosorożec. Pewnie sądzi, że jeśli wytrzyma bez ruchu, nie zauważysz go wcale. Gdyby nie zbłąkany promień słońca, pewnie by mu się udało. Niestety, zdradziło go stadko zajączków. Spiżowy niedźwiedź z jabłkiem w pysku próbuje niezdarnie zakopać się w opadłych liściach. Biały miś udaje reklamę hamburgerów. Gipsowy bocian nigdy nie odlatuje do ciepłych krajów a ogromny rak czerwienieje ze wstydu przyłapany w pół kroku między stawem a małym nieczynnym bistro. Tylko dinozaury są tym, czym naprawdę są. Wymarły w odpowiednim czasie, by żaden człowiek nie musiał mieć wyrzutów sumienia.




środa, 14 listopada 2018

O włos


- Zadanie do wykonania jest. Na wczoraj zasadniczo. Który na ochotnika? – Perfekcyjna wyczekująco lustrowała załogę. Wszyscy, jak jeden mąż, natychmiast zaczęli skrupulatnie analizować rysy na linoleum.
- Ty, patrz, tego śladu tu chyba wczoraj nie było? - Wyszeptał Józek do Staśka.
- E, coś ty, ten to tu jest od tygodnia. Zenek kłem zarysował, jak mu szczęka opadła, kiedy się dowiedział, ile będzie musiał zapłacić, żeby nadal móc pracować. Ale tego o tu, po lewo, to na pewno nie było, ten to nowy jest. Nowiutki. – Stanisław wskazał palcem cienką czarną rysę, a Józek z uznaniem pokiwał głową.
-  Pewnikiem Waldek zostawił – kontynuował Stasiek. - Wczoraj mu powiedzieli, że jeszcze piętnaście lat do emerytury będzie musiał targać, ręce mu opadły, sygnetem poharatał. Żal chłopa, oj żal!
-  Staszek, a te czarne o tu, tu obok biurka, to od czego? – Józek ewidentnie Staszka podpuszczał, albowiem tym razem kolega nie mógł wiedzieć kto dał plamę.
-   To czarne mówisz? – Stanisław zamyślił się i podrapał w głowę. Perfekcyjna przyuważyła ruch ręki i zareagowała natychmiast.
-  Fantastycznie panie Staszku, wiedziałam, że na pana zawsze można liczyć, szczególnie w takich sprawach…
-   E… ale właściwie, to o co dokładnie chodzi? – Wymamrotał Staszek.
-   No jak co, będziesz włosa na czworo dzielił, mam rację szefowo? – zarechotał Józek.
-  Jak zawsze Józeczku, jak zawsze. – Perfekcyjna posłała Józkowi coś na kształt uśmiechu, a może się chłopu tylko wydawało i był to jedynie grymas ogólnego rozczarowania życiem.
- No, panowie, do roboty! Do roboty!
       Zaszurały krzesła. Zastukały obcasy. Kamień spadający z serca Waldemara pozostawił spore wgłębienie w wykładzinie. Tymi swoimi opadniętymi łapami, to by raczej jeszcze nie dal rady tak precyzyjnie tego włosa na czworo. Dobrze, że na Staszka padło.


niedziela, 30 września 2018

Sidła


      Pewnym krokiem wyszła z domu.
       Lewa, prawa, lewa, prawa. Buty wystukiwały równy rytm.
       Miała jasno określony, jak najbardziej realizowalny i absolutnie mierzalny cel i zamierzała go osiągnąć w wyznaczonym  terminie. Konkretnie natychmiast.
       Nie zwracała uwagi na nielicznych o tej porze dnia przechodniów. Zignorowała przebiegającego jej drogę prążkowanego kota. Co innego gdyby kot był czarny. Splunęłaby wtedy szybko przez lewe ramię i na wszelki wypadek, niecierpliwie drepcząc w miejscu poczekała, aż kto inny przejdzie naznaczoną przez zwierzę linię pierwszy i  weźmie na siebie pecha. Nie zatrzymała jej nawet ławica przywiędłych liści opadających nagle z przydrożnej topoli. Otrzepała się z nich szybko i pomyślała tylko, że to jakieś karygodne niedopatrzenie, że taka stara, ohydna topola jeszcze w ogóle tutaj rośnie.
      Zerknęła na zegarek. Czas biegł nieubłaganie swoim rytmem. Chcąc go przechytrzyć zdecydowała się pójść  na skróty, przez pobliski park.
     Lewa, prawa, lewa, prawa.
     Buty szurały teraz nieprzyjemnie po szutrowej ścieżce.
     -  A co tam, po trawie będzie szybciej – pomyślała i jednym zgrabnym susem przeskoczyła niski płotek. W promieniach zachodzącego słońca dostrzegła plątaninę migoczących nitek rozpiętych pomiędzy drzewami,  jak jakiś skomplikowany system alarmowy.
      Jednak nie zdążyła. Jesień zastawiła na nią sidła.




Ps.  Do przeczytania poprzednich i następnych krótkich tekstów powstających w ramach wyzwania zobowiązującego mnie do napisania codziennie przynajmniej stu słów zapraszam na FP