niedziela, 26 sierpnia 2018

Letnie popołudnie


       Maria usiadła w niewygodnym fotelu i zapatrzyła się w wirujące w promieniach słońca drobinki kurzu. W mieszkaniu panowała grobowa cisza. Ani jedna podłogowa deska nie odważyła się zaskrzypieć. Stara szafa z wysiłkiem powstrzymywała trzeszczenie. Zegar zatrzymał się kwadrans po dziewiątej i choć bardzo chciał nadal odmierzać czas, solidarny z resztą osieroconych przedmiotów, milczał. Zmatowiałe lustro w ciężkiej drewnianej ramie czuło, że lada chwila pęknie z żalu, sprowadzając na spadkobierców siedem lat nieszczęścia. Nie zrobiło tego wyłącznie ze względu na prababkę Klarę, surowo spoglądającą w nie z portretu wiszącego na przeciwległej ścianie. Marii wydało się nawet przez chwilę, że prababka unosi dłoń ku zaciśniętym ustom w geście nakazującym wszystkiemu wokół absolutne milczenie.
     -    Nie, to niemożliwe. Jestem przemęczona i mam jakieś zwidy – pomyślała Maria i wstała, by otworzyć okno. Rozgrzane upałem powietrze buchnęło jej w twarz. Wstrzymała oddech. Przymknęła okno. Kurz zawirował układając się w ledwie widoczną, a jednak rozpoznawalną postać pradziadka Karola.
     -      O, do licha! Jest ze mną gorzej niż myślałam – powiedziała cichutko Maria, sięgając do torebki po tabletki na uspokojenie. Zanim zdążyła je połknąć, usłyszała świszczące „Ciii…” i tym razem wyraźnie zobaczyła, jak prababka przytyka palec wskazujący prawej dłoni do ust a jej oczy przyjmują ten karcący wyraz, który Maria tak dobrze pamiętała z dzieciństwa. Jej babka patrzyła dokładnie tak samo, kiedy Maria odzywała się niepytana lub zbyt głośno manifestowała radość. Tabletki stanęły jej w gardle. Wykaszlała je na dłoń demolując ciszę i doprowadzając prababkę nieomal do furii. Korzystając z okazji szafa stęknęła ciężko i otworzyła lekko swoje drzwi, zupełnie jakby wydychała zatęchłe powietrze. Podmuch ostatecznie rozwiał niezbyt wyraźnego pradziadka i Maria jedynie kątem oka dostrzegła, że ten, zanim zupełnie zniknął, wskazał ręką na stół. Podążyła wzrokiem za ostatnią smugą kurzu unoszącą się w promieniach słońca i dostrzegła leżący na blacie zeszyt. Gruby, niebieski, w mocno sfatygowanej okładce. Wzięła go i otrzepała z kurzu. Przez chwilę spoglądała w rozedrgane powietrze sprawdzając, czy czasem pradziadek znów się nie materializuje, a gdy ten się nie pojawił, usiadła w fotelu i zaczęła kartkować zeszyt.
              Pożółkłe i gdzieniegdzie poplamione kartki zapisane były równiutkimi rzędami ładnego, niestety niezbyt czytelnego, lekarskiego wręcz pisma. Jedyne, co mogła rozszyfrować bez trudu, to daty. Trzymała w rękach czyjś dziennik z początków dwudziestego wieku. Przerzucała strony w poszukiwaniu informacji o autorze z narastającą ciekawością. Suchy szelest kartek brzmiał bardzo niestosownie, nawet niegrzecznie, ale Maria wcale się tym nie przejmowała. Nie zwracała uwagi, ani na groźne miny prababki, ani na coraz głośniejsze pojękiwania lustra.
             Nagle silny powiew wiatru otworzył źle domknięte okno. Przestraszona Maria zerwała się z fotela, zrzucając zeszyt na podłogę. Spadł grzbietem do góry, rozkraczając strony, jak akrobata w szpagacie, a kiedy Maria go podnosiła, wypluł szarą, zalakowaną kopertę. W tym samym momencie lustro dramatycznie pękło, deformując odbicie prababki i nadając jej twarzy nieprzyjemny grymas rozczarowania. Zegar poczuł się zwolniony z obowiązku milczenia i zademonstrował to głośnym „Tik”.
       -    Tak! – Radośnie odpowiedziała mu Maria jakieś trzy sekundy po przełamaniu pieczęci i natychmiast wybiegła z pokoju, nieco zbyt gwałtownie zamykając za sobą drzwi i powodując przeciąg. Stara szafa zatrzeszczała złowrogo a z jej wnętrza, wprost na fotel, na którym przed chwilą siedziała Maria, wypadł elegancko ubrany i doskonale zabalsamowany trup.  



       A to obraz Simeona Nijenhuisa, który stał się inspiracją do tego opowiadania
           

sobota, 11 sierpnia 2018

Jejiń


          Kiedy Klara weszła do kawiarni Krycha siedziała już od kilkunastu minut przy stoliku, przeglądając kartę i zastanawiając się, czy woli zupę, czy też może wystarczy jej szarlotka. Przywitały się serdecznie.
      -  No, opowiadaj! – Krycha przywołała kelnerkę, szybko złożyła zamówienie: dwie szarlotki i dwie herbaty, a potem zamieniła się w słuch.
      -   Wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego jelenia. Pamiętasz, mówiłam ci, jak mi to bydlę wyskoczyło prosto pod samochód i jaka się afera zrobiła? No, to to najwyraźniej wcale nie był taki sobie zwykły jeleń. To musiał być Jejiń! Demon słowiański, co to drogi wędrowcom plącze i na bagna sprowadza. Bo jak to inaczej wytłumaczyć? Niby nic się wtedy nie stało ale wszystko nagle zaczęło się pieprzyć i to hurtowo! Najpierw samochód. Niby naprawiony a nie jeździł. Czarny dym z rury puszczał i moc nagle tracił, a ja na autostradzie, wyobrażasz sobie? – Krycha tylko pokiwała głową i słuchała dalej, podjadając szarlotkę.
       -   Mechanik przez tydzień coś dłubał i tyle wydłubał, że pół silnika wymienił i niby dobrze miało być, ale oczywiście nie było i mi się autko rozkraczyło i to akurat kiedy Witusia do szpitala wzięli. No, ale z tym to też była historia! I to jaka! Za długo by opowiadać… w każdym razie w ciągu dwóch tygodni, jak doktory próbowały Witusia na nogi postawić, to te moje auto niby się wyremontowało, a te Witusiowe na złom poszło i jak tylko te Witusiowe na złom, to te moje znowu padło i do pracy nijak dojechać, no to urlop, na szczęście stary jeszcze. Ale ile na urlopie siedzieć można? No, to trzeba nowe auto i to szybko! No to kupiliśmy, ale małe, za to na duży kredyt. I zaraz jak je kupiliśmy, to nam dom okradli!   
      -  Jak to okradli?! – Krycha mało nie zakrztusiła się szarlotką. – Włamali się, do mieszkania?!
      -    No włamali się, ale na szczęcie nie do mieszkania, tylko na daczę. Drzwi wykopali i już. Takie były antywłamaniowe, że tylko się policjanci śmiali. A my tym małym autkiem, to nawet do Kastoramy po nowe nie możemy, bo się i tak nie zmieszczą i nie wiadomo, co robić? W niedzielę to żaden fachman ci nie przyjdzie, mimo że handlowa, bo wszyscy w trupa zalani. No, to zostawiliśmy, jak było i do domu. Tydzień jako tako minął bez większych tragedii. Pojechaliśmy znowu na tę naszą wieś z nadzieją, że jednak ktoś nam te drzwi naprawi, ale facet przyjechał, wymierzył i powiedział, że się nie da. Rozumiesz? Nie da się! Drzwi naprawić się nie da?! W końcu ktoś powiedział, że zna kogoś, kto podobno potrafi, to ja za telefon i faktycznie, potrafi tylko nie wie kiedy, bo czasu nie ma. Czasu niema! A ja to mam czas?! Przecież ja do pracy muszę!
     -    No, ale naprawił? – Krycha zjadła już całą szarlotkę, a że dobra była, zastanawiała się nad zamówieniem kolejnego kawałka.
     -     A bo ja wiem?! Klucze do tych drzwi wziął, bośmy je w sklepie budowlanym zostawili i dzwonić miał, jak naprawi, ale miesiąc minął a facet nie zadzwonił. No więc drzwi zepsute, stary samochód naprawiony ale stoi pod domem, bo nowy jest, to nowym jeżdżę, bo temu staremu to już nie wierzę za grosz!
     -        To czemu nie sprzedasz? To dobry samochód jeszcze, ktoś pewnie kupi.
     -    No chciałam sprzedać, chciałam. Wypucowałam pięknie, ogłoszenie na szybę nakleiłam, postawiłam w dobrym miejscu i cisza. Nikt go nie chce! A wiesz co się okazało? Że ja źle numer telefonu na tej karteczce napisałam i od trzech miesięcy ludzie do jakiejś biednej kobity spod Częstochowy dzwonią i jej dupę trują o samochód, o którym ona bladego pojęcia nie ma. Taka jestem zdolna! – Klara przerwała na moment i upiła łyk zupełnie zimnej już herbaty.
     -       A jak się zorientowałaś, że ten numer zły?
     -      W ogóle się nie zorientowałam. Cieć na parkingu mi w końcu powiedział, że jemu ktoś powiedział, że dzwoni i dzwoni i się nie dodzwania i że pewnie ten numer zły. No jeszcze jak zły! Ale w sumie to i dobrze, bo to nie był czas na odbieranie telefonów w sprawie auta. Bo wiesz, w międzyczasie to Wituś był łaskaw wywinąć nam numer ostateczny… – Klara westchnęła ciężko i zanurzyła łyżeczkę w szarlotce. Krycha doskonale wiedziała, co się wydarzyło jednak w milczeniu czekała, aż przyjaciółka dokończy opowieść.
         -     Wiesz, on zawsze był strasznie uparty. I teraz też się uparł, że póki mu emerytury nie wypłacą to on z tego świata nie odejdzie i żaden zawał, nawet najcięższy, mu w tym nie przeszkodzi. I jak tylko pieniądze na konto wpłynęły, tak duch z Witusia odpłynął. A jak Wituś zszedł z tego świata, to i hrabina zaraz za nim też iść chciała, na szczęście się rozmyśliła, bo tego to bym już chyba nie przeżyła. I jeszcze te upały! A ja już ani jednego dnia urlopu nie mam… I jak się teraz jeszcze coś popierniczy, to ja już nie wiem! – Klara westchnęła głośno, upiła dwa łyki herbaty i zabrała się za szarlotkę.
         -    No, ale opowiadaj, jak to z tymi prochami było, bo ja też miałam ochotę podkraść i rozsypać z molo w Sopocie, ale ostatecznie stchórzyłam.
          -   Opowiem,  ale obiecaj, że nikomu nie powiesz, bo to nie całkiem legalna historia jest… -   Klara pokiwała głową i Krycha zaczęła swoją opowieść, po którą Klara zasadniczo przyszła i która miała się okazać skutecznym lekarstwem na całe jelenie zło.

czwartek, 14 czerwca 2018

Nisza


          Coraz bardziej przekonuję się o tym, że jestem, wbrew temu, co o gatunku homo sapiens powszechnie wiadomo, zwierzęciem wybitnie samotniczym. Grupy, od przedszkolnej, poprzez klasowe, studenckie, pracownicze, superwizyjne, tudzież - wyjątkowo nieliczne w moim przypadku - towarzyskie, są strukturami, w których odnajduję się słabo. Praktycznie w ogóle się nie odnajduję.    Gubię się w zawiłościach konwenansów. Nie ogarniam regulaminów. Duszę w schematach. Nie mieszczę w grafikach. Natychmiast przestaję być sobą a wyłazi ze mnie kilka skrzętnie skrywanych i niezbyt sympatycznych postaci: Wredna Zołza, Żołnierz Wychowawczo Trudny, Pokorne Ciele, Reakliwa Krzykwa, Neurotyczna Panikara, Ponury Wrażliwiec, Mała Dziewczynka z balonikiem, Naczelny Krytyk i jeszcze kilka pomniejszych bestii. O Pannie Prokrastynacji nawet nie wspomnę, bo ta towarzyszy mi ostatnio niezależnie od tego, czy sama jestem, czy też nie.
          I z całym tym szemranym towarzystwem wpakowałam się do grupy literackiej.
          Po co? Na co? Dlaczego?  
         To pytania, na które od kilku dni szukam sensownych odpowiedzi, a gdy już mi się wydaje, że ich sobie udzieliłam, dopada mnie zwątpienie i pojawia się chęć natychmiastowej ucieczki na Wyspy Owcze lub w inne miejsce, gdzie zasięg Internetu nie sięga. Emocje mną targają skrajne, od radości dziecięcej, że coś nowego się dzieje, po strach wielki, czy podołam roli członka grupy tak zacnej. Wszak to pisarze zawodowi, literaci wytrawni, dżentelmeni pełna gębą, spece od PR, działacze społeczni, nie tylko piórem, ale i klawiaturą sprawnie się posługujący.
         Gdzież mnie do nich?! Cóż ja ze swoją zieloną książeczką, której gatunku nawet nie sposób określić, bo pod żaden nie podpada? Do tego wydana nie w uznanej oficynie tylko inteligentnym inaczej systemie wydawniczym, który każde grafomańskie gryzmoły bez pytania na wyrób książko podobny za kilka srebrników przerobi. A później samozwańczy krytycy literaccy tłumnie w błotko wdepczą autora – selfpublishingera. Bo skoro to on za wydanie swoje książki płaci, a nie jemu za dzieło wynagrodzenie wielkie dają, to szmira musi być i chała pewnikiem straszliwa i wstydzić się ów autor powinien, że czysty nurt szlachetnej literatury polskiej takim gównem zanieczyszcza. Ach, nie autor przecież a grafoman. Grafoman obrzydliwy, żeby tak się po świecie obnosić ze swoim chorym przymusem pisania! A, fuj!
         I przerażona opuszczeniem strefy komfortu, zawstydzona swoim grafomańskim procederem, łzy rozpaczy ronię. Z pisaniem swoim się żegnam. Do rytmu rutynowego życia na trasie praca-dom-praca-dom-praca-szpital psychiatryczny pokornie powrócić zamierzam, gdy nagle światełko w tunelu dostrzegam. Nikłe, co prawda i blade. I odkrywam, że przecież te całe moje pisanie to wcale nie jakieś światowe być musi. Ogólnopolskie nawet nie. Niech ono sobie takie maciupkie, takie niszowe zostanie. I nie o uznanie krytyków mi idzie. I do Związku Literatów Polskich nie pretenduję przecież. A gdyby mnie ktoś kiedyś przypadkiem zapytał o to, dlaczego piszę, bez skrupułów odpowiem: bo mam talent ;)