niedziela, 22 listopada 2020

Wszystko co czerwone

Poranny spacer z psem. W powietrzu wyraźnie wyczuwalny zapach zbliżającej się zimy. Silny wiatr zrywa ostatnie liście z drzew. Wszystko wokół szumi, szeleści, wyje i stuka. Chroniąc oczy przed wiatrem, spuszczam głowę i zamiast hen, daleko przed siebie, patrzę tuż pod nogi.

Chodzę tą samą drogą codziennie. Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że żołędzie są wewnątrz czerwone. Zaskoczona odkryciem, odprowadzam do domu psa i biorę w zmarznięte dłonie aparat.

Stoję nad rozłupanym żołędziem absolutnie zafascynowana kolorem i kształtem i odrobinę smutna, gdyż z tego zalążka życia już nie będzie.  

Stary dąb, otoczony betonem, będzie dożywał swych dni w samotności.

Idę dalej a moja uwaga, ukierunkowana tym razem już tylko na czerwone, podsuwa mi kolejny listopadowy cud. 


Krzew pigwowca ugina się pod ciężarem dojrzałych owoców, ale jeszcze ma tyle siły, by kwitnąć. U progu zimy on marzy o wiośnie! 

A może tylko dał się oszukać złudnym promieniom słońca?

Tuż obok, utrzymując porządek rzeczy, czerwienią się liście krzewu, który na jesień jest gotowy przez calusieńki rok.

 


Ale kilka kroków dalej czeka mnie prawdziwa niespodzianka. 

Wśród ostatnich liści magnolii dostrzegam coś absolutnie niezwykłego!

Czy widzieliście kiedyś owoce magnolii? Ja zauważyłam je pierwszy raz w życiu! I zastanawiam się teraz, czy to ja taka gapa, czy też może magnolie dopiero w tym roku poczuły się tutaj tak dobrze, by zacząć się rozmnażać?


Ciesząc się, że dokonałam tego przyrodniczego odkrycia zanim owoce stały się pokarmem dla ptaków, wracam do domu. 

Po drodze jeszcze tylko przystanek przy czerwonych koralach berberysu...

 

A  teraz szybko gorąca herbata z kandyzowanym imbirem, goździkami i plasterkiem pomarańczy, bo jednak zmarzłam okrutnie.

 

wtorek, 17 listopada 2020

W poszukiwaniu utraconego domu

Słoneczny listopadowy dzień. Opuszczone chaty. Drzwi pozamykane na kłódki. Wokół ni żywego ducha. Cisza. 

Tylko liście szeleszczą pod nogami. 

 
 Szuram sobie radośnie, wędrując samotnie po ścieżkach czasu.

Modrzew wrzuca mi za kołnierz swoje ostre igły.

Siadam na ławce, by spokojnie je wszystkie wytrzepać.


                                 Patrzę na rude jak ogień liście.

Gdybym znalazła studnię, mogłabym nalać wody do porzuconego na płocie garnka i zrobić sobie herbatę


Z dzikiej róży. 

 

 

Albo kompot z winogron.
 


Jednak studni nie ma...

Zamknięta na trzy spusty gospoda żadnych zbłąkanych gości nie ugości.

Nawet gołębie opuściły ten zapadły grajdół.

 

Porzucona na brzegu, jak martwa ryba, łódka bez wioseł.

Skrzypiący, drewniany podest, z którego już nikt nie łowi ryb.


Wchodzę na niego ostrożnie. Obserwuję wodę. 

Pływa w niej kilkanaście małych, czerwonych rybek. 

 

Wyglądają, jak garść wrzuconych do wody liści.
 Tej złotek wśród nich nie ma. Zeżarł ją zimorodek.

Nikt nie spełni mojego życzenia...

Przytulam się do starej brzozy i szukam dla siebie domu.

 

 Takiego, w którym ściany nie mają uszu.

Gdzie czym chata bogata tym rada

 dzielić się nie tylko ze swymi.

 

Gdzie nic nie jest ani czarne ani białe, 

a lśni wszystkimi kolorami tęczy.

 

 
Czy znajdę go zanim zwiędnie kosmos?






 

niedziela, 8 listopada 2020

Dźwięk spadającego liścia

Niedziela. Wychodzę na spacer z psem. Słońce razi mnie w oczy, więc zatrzymuję się na chwilę i je przymykam. Światło przedostające  się przez zamknięte powieki jest intensywnie czerwone. Czuję przyjemne ciepło na twarzy, chociaż to już listopad. Wsłuchuję się w ciszę poranka. Po ruchliwej zwykle ulicy przejeżdżają pojedyncze auta i wśród nich nie ma żadnej karetki na sygnale. Wolno stukoczą koła ruszającego z przystanku tramwaju. Gdzieś z oddali dobiega ostatnie uderzenie kościelnego dzwonu. Nikt nie idzie. Otwieram oczy i cały świat nabiera tak intensywnych barw, że przez moment nie jestem pewna, czy to rzeczywistość, czy film w technikolorze z idealnie podłożoną ścieżką dźwiękową. 

 


Wiatr szeleści suchymi liśćmi. Każdy wydaje inny dźwięk. Te brzozowe szumią miękko i delikatnie.

 

 

Zerwane z wiotkich gałązek odlatują całymi stadami, jak małe ptaszki.

 

Liście dębu szeleszczą głośno i twardo. Spadają pojedynczo. Upadają tuż pod macierzystym drzewem, hałasując przy tym tak, jakby chciały dorównać niedawno spadającym żołędziom. 


Liście jarzębiny trwają w ciszy i nie mogą się zdecydować czy już opadać...



Czy może właśnie dopiero teraz się rozwijać? 

 

Leszczyny pogubiły wszystkie liście i zawstydzone nagością okryły się kwieciem.


 Czereśnie z dumą prezentują pąki.


I tylko klony trzymają mocno swoje liście za ogonki, nie pozwalając im opaść na ziemię, mimo, że ich czas też już nadszedł.  

 

Liście poruszane wiatrem wydają dźwięk przypominający rytmiczny stukot metronomu, ustawionego na maksymalną ilość wychyleń wahadła na minutę.

Podziwiam ten cudowny spektakl jesieni i całkowicie tracę poczucie czasu.



Obiadu dzisiaj nie będzie ;)




poniedziałek, 2 listopada 2020

Puste alejki

 


Zamknięcie cmentarzy nie dotknęło mnie osobiście. Nie zamierzałam w tym roku ich odwiedzać. Nigdy nie odwiedzałam ich z potrzeby serca. Jako dziecko w ogóle nie miałam wyboru. Szłam, bo szła cała rodzina. Szłam, bo tak było trzeba. Zastanawiałam się tylko, czy zdołamy odnaleźć te nasze, obrośnięte bluszczem groby wśród tylu innych. 

 


Znajdowaliśmy. Na miejscu korzystałam z jedynej w roku możliwości zabawy zapałkami i cieszyłam się z tego, że potem babcia zapraszała nas na uroczysty obiad do restauracji. Fakt, że to były babci urodziny, dotarł do mnie po latach, w dniu jej pogrzebu, gdy zaskoczona skojarzyłam daty na tabliczce. 

 




Później, odwiedzałam groby w imieniu tych członków rodziny, którzy sami już tego z powodu stanu zdrowia zrobić nie mogli, a bardzo chcieli. Kładłam kwiaty, zapalałam znicze, robiłam zdjęcie, żeby pokazać, że grób zadbany i że jeszcze istnieje. 

 

 

I choć z roku na rok żywych członków rodziny było coraz mniej, to grobów wcale nie przybywało. Wręcz przeciwnie, znikały z mapy cmentarza a w ich miejsce pojawiały się zupełnie nowe, z obcymi nazwiskami i wielkimi marmurowymi pomnikami, na których nie było już miejsca ani na bluszcz ani na aksamitki.



A na nich ogromne wieńce, wymyślne wiązanki i znicze wielkości dorodnej kapusty, kopcące tak, że z trudem można było oddychać. 

 


Wśród tych nowych grobów coraz częściej odnajdywałam też nazwiska swoich kolegów i koleżanek z klasy czy z podwórka, a przy nich pogrążonych w rozpaczy rodziców. I docierało do mnie coraz wyraźniej to, jak mali jesteśmy i bezradni wobec losu. Przestałam w ogóle chodzić na cmentarze.



Ostatni raz byłam tam w dniu pogrzebu mojego ojca. Bardziej po to, by dopilnować czy urnę złożono do właściwego grobu niż po to, by się pożegnać. Żegnałam się przecież z tatą na szpitalnym oddziale. Szczęście, że wtedy jeszcze mogłam... 

Nie wierzę, by nawet odrobina jego energii była obecna na cmentarzu.

 

 

Jeżeli miałaby gdzieś być to raczej przy mamie, która towarzyszyć mu w tej ostatniej drodze nie mogła i która od dwóch lat żyje już tylko nadzieją na szybkie spotkanie z ojcem.  Byli przecież nierozłączni...

 


Na grobie ojca rosną pewnie same chwasty i suche badyle.

 


To nic. Świeże chryzantemy stoją w salonie. Obok nich pali się świeca. Tato spogląda ze zdjęcia, na którym ma może ze trzydzieści lat, a mama wspomina dzień, w którym go poznała. 

 

Potem opowiada mu o tym, co się teraz w Polsce wyrabia. O pandemii. O strajku kobiet. I mówi: Dobrze, że tego wszystkiego nie widzisz, bo szlag by cię trafił!

 


A ja chodzę pustymi alejkami ogródków działkowych i odnajduję w nich nastrój cmentarza. Ponumerowane, jak groby, kwatery. Wysprzątane do ostatniego listeczka. Wysypane żwirkiem. Pachnące wilgocią oraz rozkładającymi się resztkami tego, co jeszcze chwilę temu było żywe. Otulone dymem ogniska, jak tym unoszącym się z zapalonych zniczy.



Patrzę na czerwone płomyki owoców...


 

Na wciąż jeszcze kwitnące kwiaty...

 

 

I czuję spokój.