poniedziałek, 12 grudnia 2016

Kosztowne słowa

Różowa poświata za oknem zapowiadała piękny czerwcowy poranek. Klara wstała jak zwykle o piątej i zrobiwszy sobie kawę zbożową usiadła do pisania. Chciała skończyć dzisiaj czternasty rozdział nowej powieści. W końcu wpadła na genialny pomysł jak wyprowadzić na prostą fabułę, która ostatnio nieco się zaplątała. 

Pełna energii i optymizmu wzięła do ręki pióro i właśnie zamierzała napisać pierwsze zdanie, gdy rozległ się sygnał alarmowy. Klara aż podskoczyła na krześle, uderzając się boleśnie w prawe kolano. Na śnieżnobiałym arkuszu papieru pojawił się ogromny granatowy kleks. Alarm wył, a czerwone migające światło raziło ja w oczy. 

Dobrą chwilę trwało, zanim Klara uświadomiła sobie, co jest powodem tego zamieszania. Całe szczęście, że mieszkała sama, na odludziu, a jej stary pies był już zupełnie głuchy. Wstała, rozcierając obolałe kolano i podeszła do drzwi by wyłączyć alarm. Wystukała poprawny, jak jej się wydawało, kod, jednak syrena nadal wyła. Ponowiła próbę i znowu to samo. Trzeci raz już nie wbijała kodu. Stanęła na środku przedpokoju i próbowała ogarnąć sytuację. 

Wyło i mrugało, ale to nie był alarm przeciwwłamaniowy. Gdyby to był alarm przeciwwłamaniowy, byłaby tu też ekipa ochroniarzy w towarzystwie policji oraz agenta ubezpieczeniowego a jakoś żadnego przystojnego mundurowego widać nie było. 
-  To co tak wyje, do cholery!? - Klara wyszła przed dom, żeby się przekonać, że nie jest to sygnał alarmowy informujący o nadciągającym tornado ani syrena wzywająca ochotniczą straż pożarną. Wyeliminowała alarm bombowy i alarmy sąsiadów, jako ze sąsiadów nie miała. 

Jak okiem sięgnąć tylko wydmy. Wycie i mruganie dobiegało niestety z jej własnego domu. Wróciła, więc do środka chcąc odszukać  guzik, którym się to draństwo wyłącza. Poszukiwania nie przyniosły efektu. Klara uzbrojona w stopery do uszu oraz ciemne okulary postanowiła mimo wszystko kontynuować pisanie. W końcu taki miała plan na dzisiaj i z byle powodu nie będzie od niego odstępować. 

Zerknęła na zaplamioną kartkę. Kleks przypominał postać komornika. Wzięła czystą kartkę, złapała za pióro i zamierzała zapisać w końcu zdanie, które od rana miała w głowie, a które było idealnym początkiem rozdziału czternastego. Już, już miała postawić pierwszą literę, gdy nagle ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się gwałtownie. 

Za nią stał najprawdziwszy komornik. Przez te stopery w uszach nie słyszała ani jak pukał, ani jak wywarzał drzwi. Nie słyszała też nic z tego, co do niej mówił. Sądząc po jego minie, nie były to życzenia urodzinowe a już tym bardziej nie była to informacja o przyznanej jej właśnie nagrodzie Nobla w dziedzinie literatury. Próbowała pokazać mu na migi, że nie słyszy. 

Komornik nachylił się nad Klarą i sięgnął pod biurko.  Czerwone światło przestało migać. Klara wyciągnęła stopery z uszu i odetchnęła z ulgą. Syrena alarmowa też przestała wyć, za to komornik zaczął mówić. Klara dobrze słyszała jego głos, ale nie bardzo rozumiała sens przekazu. Było tam coś o abonamencie na słowa, który przekroczyła. Coś o niezapłaconych rachunkach, o pismach monitujących i wezwaniach do zapłaty. Komornik wyciągnął z teczki pismo i kategorycznie zażądał, by Klara natychmiast je podpisała. 

Próbowała negocjować. Żałosne to były próby. Podpisała. Komornik wsunął kopię pisma do teczki i wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi. Klara zerknęła na pismo, które jej zostawił. 

Widniała tam, czarno na białym, lista dziesięciu słów, które mogła używać, do czasu uregulowania długu: podfruwajka, kunktatorstwo, dezynwoltura, rzezimieszek, absztyfikant, biodro, leptospiroza, onuca, rozgrzeszyć, taplać. Bez ograniczeń mogła używać jedynie spójników, zaimków i znaków interpunkcyjnych. 

- Cóż, rozdział czternasty sobie poczeka. 
Wzięła psa i poszła na długi spacer brzegiem morza. Pogoda była piękna. Wiał lekki wiatr.  Przy odrobinie szczęścia może znajdzie czyjąś zagubioną obrączkę, albo okruchy bursztynu. Będzie na spłatę długu. 

niedziela, 11 grudnia 2016

Naszyjnik

        Eulalia wstała w kiepskim humorze. Wczorajsza randka to była katastrofa. Niepotrzebnie dała się namówić. Zrobiła to właściwie tylko dlatego, by nie robić przykrości przyjaciółce, ale teraz to się poważnie zastanawiała nad tym, czy to jest faktycznie jej przyjaciółka. Prawdziwa przyjaciółka nigdy nie umówiłaby jej z takim typem. Czy to tak trudno przewidzieć, że ona, właścicielka pięciu rasowych kotów, w życiu nie dojdzie do porozumienia z hodowcą kanarków. Gdzie ta Baśka rozum miała?! Im dłużej myślała o całej sytuacji tym bardziej byłą wściekła. Nie wiedziała tylko, czy bardziej złości się na Baśkę, która po dwudziestu latach przyjaźni zachowała się tak, jakby były znajomymi tylko z Facebooka, czy na siebie samą. Mogła przecież zaufać  intuicji i zostać  domu. Facet posiedziałby sobie sam w tym obskurnym barze, wychylił ze trzy piwa i wrócił  spokojnie do domu. A tak chłop leży na oddziale intensywnej terapii w stanie krytycznym. Żeby jakoś rozładować stres Eulalia postanowiła zrobić porządek na strychu.  Nie lubiła sprzątać. Wręcz nienawidziła. Porządki mogła robić jedynie w stanie silnego wzburzenia. Dzisiaj był więc dzień idealny. Zaopatrzona w gumowe rękawice, maseczkę, detergenty, wory na śmieci i szczoty różnego rodzaju wspięła się po skrzypiących stromych schodach. Koty ochoczo polazły za nią, chociaż na strychu od lat nie było żadnej myszy.
        Już w drzwiach Eulalia zaplątała się w wielką pajęczynę. Wrzeszcząc, piszcząc, machając rękami i tupiąc odtańczyła szaleńczy taniec. Koty rozpierzchły się po strychu zajmując się swoimi sprawami. Eulalia rozpoczęła porządkowanie. Metodycznie, kawałek po kawałku, torowała sobie przejście wśród kartonów, pudeł, skrzyń i worów pełnych rzeczy należących do poprzednich właścicieli tego domu. Po pół godzinie dotarła do okna. Otworzyła je na oścież, wpuszczając trochę świeżego powietrza. Wzięła głęboki oddech i metodycznie, krok po kroczku, pudełko po pudełeczku, odkurzała i selekcjonowała znalezione rzeczy. Początkowo robiła to zupełnie mechanicznie, ale przedmioty jakie wydobywała z zapleśniałych i zakurzonych pudeł wydawały się być zbyt wartościowe, aby zostać tak po prostu porzucone na strychu. Eulalia zaczęła się zastanawiać dlaczego poprzedni właściciele nie wzięli ich ze sobą i czy aby nie powinna się z nimi skontaktować. W jednym z pudeł znajdowały się stare książki wśród których Eulalia dostrzegła piękne wydanie „Pana Tadeusza” ze złoconymi brzegami stron oraz starannie oprawione pierwsze roczniki „Przekroju”. Stara waliza pełna była eleganckich, wysokogatunkowych materiałów, delikatnych, kolorowych i cudownie niepraktycznych. W skrzyni pod oknem, równiutko poskładane, leżały komplety białej, haftowanej, wykrochmalonej na sztywno pościeli i koronowe obrusy. W wielkim worze Eulalia znalazła kilkanaście par butów, wcale nie znoszonych, zabezpieczonych przed deformacją drewnianymi prawidłami. Niestety to nie był jej rozmiar. Spod kurzu i pajęczyn wyłaniały się piękne, stylowe meble, nieco podjedzone przez korniki, lustra w ciężkich, rzeźbionych ramach, żyrandole z kryształkami. Eulalia była coraz bardziej zaskoczona i podekscytowana znaleziskiem. Złość na Baśkę minęła jej zupełnie, zaprzestała więc sprzątania i skupiła się na poszukiwaniu skarbów. Zaglądała we wszystkie zakamarki, otwierała każde, najmniejsze pudełeczko i każdą szufladkę. Odnalazła związane wyblakłą, czerwoną wstążką listy z lat dwudziestych dziewiętnastego wieku, pamiętnik żołnierza wojsk Andersa, stare fotografie i komplet srebrnych sztućców z monogramem Ł.N, takim samym, jak ten wyszyty na pościeli. Na dnie szuflady bieliźniarki, pod stosem ręczników, natknęła się na drewnianą szkatułkę. Kiedy ją otworzyła, przysiadła z wrażenia, chociaż właściwie mogła się tego spodziewać i nie powinna się już niczemu dziwić. Zamknęła szkatułkę. Uszczypnęła się w ramię. Otworzyła szkatułkę. To nie był sen. Złoty zegarek na łańcuszku, sygnet z herbem rodowym, brylantowe kolczyki i naszyjnik. Wspaniały naszyjnik z pereł. Ale mi Baśka będzie zazdrościć – pomyślała Eulalia i nie mogąc się powstrzymać  natychmiast go założyła.

-  Panie posterunkowy, tłumaczę panu już trzeci raz, że Eulalia nie wyjechałaby nigdzie, nie informując mnie o tym. Na pewno coś złego się stało. Czuję to. Jestem jej najlepszą przyjaciółką. Musi pan przyjąć zgłoszenie zaginięcia. Musi pan coś zrobić! Nie, nie będę czekała aż minie 48 godzin!  

czwartek, 8 grudnia 2016

Idealnie

          No dobra, pierwszy rok zawaliła. Trudno. Nie zamierzała się jednak poddawać i podjęła wyzwanie kolejny raz. Jutro zaczynały się zajęcia. Wiedziała, co ją czeka i to był plus. Wiedziała też, że to ostatnia szansa i to powodowało spore napięcie. A co jak i tym razem się nie uda? A co jeśli znowu zapłonie słomianym ogniem i wypali się w przedbiegach? Cały wieczór zmarnowała na gdybaniu. Cóż za strata czasu i energii! Zła na samą siebie położyła się do łóżka. Długo nie mogła zasnąć. Wierciła się nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji, a kiedy już ją znalazła, ogromny księżyc w pełni zajrzał jej prosto w oczy. Odwróciła się do niego plecami, złorzecząc pod nosem. W końcu tuż przed świtem zasnęła.
           Obudziła się wypoczęta. Z uśmiechem na ustach wyplątała się z kołdry. Na bosaka poszła do kuchni. Podłoga była przyjemnie chodna. Nastawiła wodę na herbatę i spojrzała za okno. Zapowiadał się pogodny ciepły dzień. Przez chwilę obserwowała ulicę. Ci sami, co zwykle ludzie, robiący to samo, co zwykle o tej samej porze. Przyjemna, bezpieczna przewidywalność. Czajnik zagwizdał. Z kubkiem gorącej herbaty rozsiadła się w fotelu. W mieszkaniu panowała cisza, a w jej głowie toczył się dialog pomiędzy Zenonem Gryglewskim - pracownikiem technicznym i Wiolettą Adwent - rejestratorką medyczną, skrycie w Zenonie zakochaną. Dyskretnie przysłuchiwała się tej rozmowie, nie chcąc spłoszyć delikatnych uczuć i gdy Zenon udał się już do swoich obowiązków a Wioletta odprowadziła go rozmarzonym wzrokiem, odstawiła pusty kubek i sięgnęła po laptopa. Zapisała szybko podsłuchaną rozmowę, troszkę tylko podkręcając atmosferę. Dopisała też kilka kolejnych scen i z uczuciem satysfakcji poszła pod prysznic.
          Zbliżało się południe. Idealna pora na długi spacer. Uzbrojona w aparat fotograficzny poszła do parku. O tej porze roku był najładniejszy. Mogła tak spacerować godzinami i obserwować. Polować na kolory. Łapać nastroje. Podpatrywać swoich przyszłych bohaterów i wymyślać im historie. Zamiast notatek robiła zdjęcia. Setki zdjęć. Potem wybierze to jedno jedyne, które stanie się początkiem, albo może końcem nowej powieści.
          Szczęśliwa wróciła do domu. Tuż za progiem zrzuciła buty, odwiesiła płaszcz, pootwierała wszystkie okna i włączyła swoją ulubioną płytę. Miała ochotę tańczyć, ale była głodna. Zatańczyła więc sobie przy garach, pichcąc coś na szybko. Zjadła już powoli, delektując się smakiem i zapachem. Wyłączyła muzykę. Zamknęła okna. Usiadła przy biurku. Przejrzała rachunki. Ogarnęła bałagan w papierach. Uporządkowała notatki. Zerknęła do kalendarza. Zadzwoniła do przyjaciółki. Umówiła wizytę u dentysty.
          Nadchodził wieczór. Lubiła ten czas, gdy już wszystko, co musiało być zrobione, było zrobione i teraz pozostawało tylko to, co zrobić chciała. A dzisiaj chciała coś dokończyć. Wyłączyła telefon. Zrobiła sobie duży kubek herbaty. Sprawdziła, czy zamknęła drzwi na klucz. Usiadła w fotelu z laptopem na kolanach i zaczęła stukać w klawisze. Tuż przed świtem skończyła.
          Obudziła się zmęczona. Towarzyszyło jej dobrze znane uczucie lęku. A co, jeśli się uda…

         

Dzień 14

                         K. siedział na ławce i obserwował gołębie. Nie lubił ich. Obsrywały mu parapet, budziły głośnym gruchaniem, straszyły wylatując znienacka ze śmietnika. Żadne tam pyk, pyk, fajeczka i gołąbeczki, o nie, to nie dla niego. Jednak teraz, kiedy siedziały wśród mew na sopockim molo, wyglądały jakoś tak dostojnie i egzotycznie. I milczały z godnością. Mewy nie potrafiły uszanować jego smutku. Naśmiewały się głośno, bezczelnie. Nie lubił ich. Nie lubił właściwie całego durnego świata, a ten od dłuższego czasu odpłacał mu się z nawiązką. Zaczęło się od telefonu z redakcji. Nie wydadzą. Mieli wydać, ale nie wydadzą. Podobno się nie sprzeda. Może gdyby zmienił to i tamto, tu skrócił, tam dodał, ewentualnie mogliby rozważyć druk w odcinkach. W odcinkach?! K. zamaszystym ruchem wyrzucił rękopis prosto w morze. Mewy zerwały się wrzeszcząc wniebogłosy. Gołąb tylko przekrzywił łepek.

                       Zbierało się na deszcz. Wiało coraz mocniej. Molo pustoszało. K. gapił się na gołębia. Zazdrościł mu.  Z zamyślenia wyrwał go lekko zachrypnięty od papierosów i alkoholu głos: „Jesteś moją Muzą”. Obcy facet w czarnej pelerynie łopoczącej na wietrze pochylił się nad nim. K. poczuł wyraźny zapach papierosów i alkoholu. Zatęsknił. Ile to już lat bez szluga? Ile miesięcy bez kieliszka? Tak się nie da żyć. Tak się nie da pisać. Wychodzą mu same gówniane teksty, których nikt nie chce drukować. Za pól litra i paczkę z filtrem może być Muzą. Przyjrzał się facetowi uważniej. Biały szal spowijał pomarszczoną szyję. Pan Poeta zapewne. Może być i Poeta. To nawet lepiej. Prozy miał dosyć. „Jestem twoją Muzą!” wykrzyknął i ucałował Poetę prosto w usta. Gołąb odwrócił się zniesmaczony. Zaczął padać deszcz. Fale wyrzucały na brzeg rozmoczone kartki rękopisu. Mała dziewczynka w czerwonych kaloszach próbowała sięgać po nie patykiem. Rozrywały się na strzępy. Mewy śmiały się głośno. 

czwartek, 17 listopada 2016

Gdyby kózka nie skakała ;)

Eulalia Kozłowska siedziała już czwartą godzinę pochylona nad książką, próbując zapamiętać jak najwięcej tekstu. Zrozumieć, co czyta, nawet nie próbowała. Zresztą nikt od niej, zwykłej robotnicy, nie wymagał rozumienia. Wymagali 200% normy. I zdania egzaminu. Egzamin był jutro. Zostało jej więc tylko kilka godzin:

środa, 2 listopada 2016

Podróż

Nadszedł czas i Klara wyruszyła w podróż. Zabrała ze sobą tylko mały plecak, a w nim ulubioną książkę (bo przecież coś trzeba czytać w trakcie podróży, inaczej to nie jest prawdziwa podroż), herbatę w termosie (bo zima przecież i trzeba się rozgrzać) i kanapkę (bo  nie da się podróżować bez jedzenia). Nie, no jasne, dokumenty, pieniądze, telefon, szczoteczkę do zębów i ciepłe skarpety też wzięła. I bilet. Bilet kupiony w przedsprzedaży, bo to była dawno planowana podróż. Podróż, o której myślała od lat. 
Wyszła z domu tuż przed świtem. Powietrze było czyste i chłodne. Nic nie zakłócało ciszy. Za chwilę ruszą tramwaje, autobusy, samochody i ten cały codzienny zgiełk, którego nienawidziła i którym była zmęczona. Po kilku minutach nadjechał tramwaj. Pusty. Wsiadła. Skasowała bilet. Wybrała sobie miejsce na końcu wagonu. Na kolejnych przystankach wsiadali niewyspani ludzie z wyraźnie wypisanym na czołach hasłem: nie lubię poniedziałku. Naciągnęła czapkę tak mocno, żeby nikt nie zauważył, że ona ten właśnie poniedziałek kocha. Po dwudziestu minutach tramwaj zatrzymał się na przystanku, na którym powinna wysiąść, by przesiąść się na pociąg. Klara na chwilę się zawahała. Mogła jeszcze wrócić. Wystarczyło nie wysiadać teraz. Ten sam tramwaj, zrobiwszy pętlę wokół placu, dowiózłby ją na przystanek, na którym wsiadała. Zdążyłaby wrócić, zanim domownicy się obudzą. Nikt by nie zauważył, że wychodziła. Wszystko zostałoby po staremu. Zerwała się w ostatnim momencie. Zamykające się za nią drzwi tramwaju o mało nie przytrzasnęły plecaka. Szybkim krokiem poszła w kierunku dworca.
         Miasto o tej porze dnia nie wyglądało zbyt dobrze. Walające się po ulicach pety i puszki jeszcze nie zostały pozbierane przez okolicznych meneli, natomiast bramy kamienic już zostały obszczane przez wracającą z nocnych libacji młodzież i wałęsające się bezdomne psy. Nowoczesny budynek dworca stanowił tak jaskrawy kontrast z zewnętrzem, że Klara aż zmrużyła oczy. Dobrą chwilę trwało zanim zorientowała się którędy dojść na peron trzeci. Kiedy dotarła, pociąg już na nią czekał. Obawiała się, że będzie to ultranowoczesny, bez przedziałowy i bezduszny Pendolino. Na szczęście był to stary, poczciwy, przedziałowy wagon, bez klimatyzacji, z tradycyjnym, brudnym i niezbyt szczelnym oknem. Odnalazła swoje miejsce w pustym jeszcze przedziale, usiadła i niecierpliwie odliczała minuty do odjazdu.
Gwizdek, szarpnięcie wagonu i jazda! Za kilka godzin będzie na miejscu. Patrzyła na domy i drzewa przesuwające się za oknem w coraz szybszym tempie. Rozpoznawała dawno nie wdziane krajobrazy. Próbowała zgadywać, jaka będzie kolejna stacja. Kiedyś recytowała je wszystkie z pamięci, nawet wybudzona w środku nocy. W połowie podróży do przedziału dosiedli się obcy. Klara sięgnęła po książkę i odgrodziła się od niechcianego towarzystwa. Lubiła podróżować samotnie. Rozmowy z nieznajomymi były dla niej meczące i pozbawione sensu. Czuła się zakłopotana, gdy ktoś zupełnie obcy, tylko dlatego, że znalazł się w tym samym przedziale, wciągał ją do swojego życia i obarczał codziennymi troskami o zdrowie i pomyślność dalszej i bliższej rodziny, domagał się rady lub usiłował przekonywać do sprzecznych z jej systemem wartości poglądów. Zasłaniała się książką jak tarczą i zyskiwała spokój. Czytała i była usprawiedliwiona.
Pociąg jechał zgodnie z rozkładem, o czym, co jakiś czas, dosyć natarczywie informował niezbyt wyraźny głos kierownika zmiany. Za chwilę pewnie pojawi się konduktor, albo konduktorka. Pani z hałasującym wózkiem pełnym zimnych i gorących napojów już była. Pan z breloczkami też już był. Pan z piwkiem również. Klara na chwilę przerwała lekturę i zapatrzyła się za okno. Zimowy surowy krajobraz. Kilka saren w polu. Wszystko w odcieniach szarości, jak na starym, czarno-białym zdjęciu. Bileciki do kontroli proszę! Jednak konduktor. Do końca podróży nikt już nie powinien przeszkadzać. Zostały dwie stacje.
Klara czuła lekkie wzruszenie i podniecenie równocześnie. Za chwilę wysiądzie z pociągu i znajdzie się w mieście, w którym kiedyś bywała bardzo często, a w którym nie było jej od lat. Czy je rozpozna? Czy ono rozpozna ją? Czy to miasto, w którym spędziła większą część dzieciństwa i młodości przyjmie ją jak swoją, czy może potraktuje, jak zwyczajną turystkę? Czy miejsca, które tak ciepło wspominała, jeszcze istnieją, czy zniknęły pod tonami betonu, stali i hartowanego szkła?
Pociąg wtoczył się na stację. Klara szarpnęła za klamkę. Drzwi ciężko się otworzyły. Wyszła na  pusty peron. Zupełnie pusty. I taki wąski. Zupełnie inaczej pamiętała ten dworzec. Szerokie, zawsze zatłoczone perony pod charakterystycznym zadaszeniem. Czyżby pomyliła stacje? Zaczęła się nerwowo rozglądać. Za szybami dworcowych okien rozpoznała znajome kamienice. Ale ten peron taki dziwny i taki pusty… Nieprzyjemne uczucie dezorientacji i zagubienia trwało kilka chwil. Klara postanowiła wsiąść z powrotem do pociągu i wysiąść jeszcze raz. Tym razem peron był taki, jakim go zapamiętała, pełny śpieszących się pasażerów i gołębi. Zniekształcony damski głos informował o przyjazdach, odjazdach i opóźnieniach. Klara odetchnęła z ulgą i dała się ponieść tłumowi w kierunku wyjścia. Chciała jak najszybciej znaleźć się na ulicy i poczuć zapach miasta.
Mimo upływu wielu widocznych zmian Klara z ulgą stwierdziła, że wciąż było to to samo miasto, które opuściła lata temu. Stare kamienice zyskały towarzystwo nowoczesnych budynków, brukowane ulice dostały nowe, gładkie nawierzchnie, miejsce starego targu zajęła nowoczesna galeria, ale po torach nadal jeździły niebieskie tramwaje i nawet nie zmieniły numerów. Klara wsiadła w jeden z nich i pojechała na kraniec miasta, by stamtąd rozpocząć wędrówkę. Zamierzała odwiedzić wszystkie miejsca, w których kiedyś zostawiła kawałek swojej duszy. Może uda jej się też odnaleźć zagubione dusze przodków. Liczyła się z tym, że porzucone i zapomniane być może wcale na nią nie czekają w tych samych miejscach, jednak miała nadzieję.
Wędrowała cały dzień, z południa na północ, odwiedzając domy, w których kiedyś mieszkała, ścieżki po których spacerowała, miejskie parki, fontanny, mosty, biblioteki, kościoły, małe kręte uliczki i szerokie ulice, zaułki i place i z każdego z tych miejsc zbierała okruszki siebie. Kiedy odnalazła ostatni, jak się jej wydawało, okruszek, zapadał już wczesny, zimowy zmrok. Mimo wielogodzinnej wędrówki Klara nie czuła zmęczenia. Nie czuła też chłodu, głodu, ani towarzyszącego jej od wielu lat smutku, który najwyraźniej postanowił ją porzucić i zamieszkać w jednej z miejskich fontann.
Z aparatem pełnym zdjęć i plecakiem pełnym odnalezionych fragmentów duszy, Klara wsiadła, tym razem do autobusu, który miał ją zawieść w rejony miasta, których wcześniej nie znała i które właściwie już nawet nie były miastem. Autobus jechał długo. Bardzo długo. Ostatni pasażerowie wysiedli już kilka przystanków wcześniej. Za oknami panowała ciemność. Klara poczuła się trochę nieswojo wiedząc, że za chwilę będzie musiała w ten obcy mrok wysiąść i odnaleźć po omacku właściwą ścieżkę. Z duszą na ramieniu wysiadła na ostatnim przystanku. Autobus odjechał. Była zupełnie sama. Przed nią ściana lasu. Za nią ściana lasu. I cisza, w której słyszała tylko bicie swojego serca. Poszła za nim. Po omacku. Wąską ścieżką wśród bezlistnych drzew. Nie wiedziała, czy idzie tylko kilka minut, czy może  minął już kwadrans, ale wiedziała, że to na pewno ta ścieżka. Czułą to całą sobą. Strach minął.

Na końcu ścieżki stał dom. Nieduży. Niezbyt stary. W oknach paliło się światło. Z komina unosił się dym i zapach palonego w kominku drewna. Otworzyła drzwi nie pukając. W środku było ciepło. Pachniało świeżo upieczonym drożdżowym ciastem. Klara zdjęła buty, odwiesiła płaszcz, odstawiła plecak i weszła do pokoju. Od razu rozpoznała fotel, na którym siedziała jeszcze jako mała dziewczynka i stary drewniany stół, przy którym cała rodzina spotykała się podczas świąt. Usiadła przy nim na chwilę i pogłaskała blat. A kiedy położyła się do łóżka i otuliła kołdrą ubraną w wyhaftowaną ręką jej babci bieluteńką poszwę, poczuła się tak, jakby wróciła do domu. I po raz pierwszy od wielu lat zasnęła, jak dziecko. Bez lęku o przyszłość. Bez żalu o przeszłość. Bezpieczna. Tu  i teraz. 

środa, 12 października 2016

Zapach jesieni

Poczuła zapach jesieni. Wdzierał się zimnym wiatrem przez niedomknięte okno. Niósł ze sobą woń martwych liści i wilgotnej, ciężkiej ziemi. Zadrżała. Otuliła się miękkim wełnianym swetrem i podkuliła nogi. Wokół było szaro i ponuro. Zanosiło się na deszcz. Mogłaby zapalić światło i rozproszyć zapadający zbyt szybko mrok, ale musiałaby wstać i postawić stopy na zimnej podłodze. W starym domu podłogi były drewniane. Ciepłe i skrzypiące przyjacielsko. W tym miejscu, którego mimo upływu wielu lat nadal nie potrafiła nazywać domem, posadzka była marmurowa. Chłodna, jak płyta nagrobkowa. Nie pozwoli przygnieść się czymś takim. Każe się spalić. Spalić i rozsypać. I  niech posadzą  w tym miejscu drzewo. Niech posadzą brzozę. Kochała brzozy. Za ich niewinną  białą korę. Za ich wiotkie gałązki. Za ich delikatnie szeleszczące liście. Brzozy były piękne o każdej porze roku. Tak, niech posadzą brzozę. Kiedy była małą dziewczynką przyniosła ze spaceru samosiejkę brzozy i zasadziła w swoim ogrodzie. Patrzyła jak rośnie razem z nią. Tuliła się do niej , gdy było jej smutno i źle. Zwierzała się z najgłębszych tajemnic. Siadała w  przyjemnym półcieniu i marzyła o przyszłości. A potem nadeszła ta przyszłość. I musiała opuścić stary dom. I musiała zostawić swoją brzozę. Tamtej brzozy już nie ma. Ktoś brutalnie odebrał jej życie, tnąc ją na drobne kawałeczki nadające się do spalenia w kominku. Jej samej też już od dawna nie ma. Ktoś kiedyś złamał jej serce. Ktoś innym obiecał je poskładać. Nie wyszło. Nieuchronnie nadeszła jesień. Wcale nie złota. Mogłaby sama rozpalić w kominku. Mogłaby, ale musiałaby wstać i dotknąć stopami zimnej posadzki.

czwartek, 6 października 2016

Zamknięta w ogrodzie wyobraźni cd

  - Gadający ślimak. Źle ze mną… - pomyślała Klara i przymknęła oczy z nadzieją, że gdy je otworzy, ślimaka już nie będzie, a ona znajdzie się we własnym domu, na swojej wygodnej kanapie. Po kilku chwilach otworzyła oczy i pierwsze co zobaczyła, to oczywiście był Stefan.  Siedział teraz przy jej lewej stopie i nadal się na nią gapił. Na szczęście chwilowo się nie odzywał. Zamknęła oczy jeszcze raz. Może teraz uda jej się zniknąć ślimaka? Pod zamkniętymi powiekami tańczyły świetlne refleksy, tworząc wzory jak w kalejdoskopie. Przycisnęła dłońmi oczy i czekała, aż światła zgasną, aż zapadnie ciemność. Z perspektywy Stefana trwało to całą wieczność, ale cierpliwie czekał, aż Klara spojrzy na niego po raz kolejny i zaakceptuje fakt, że zamykając oczy nie da się zniknąć nikogo. Nawet siebie.
-   No, nareszcie ! – westchnął Stefan.
-   Co nareszcie?! – fuknęła Klara, zła, że Stefan wciąż tkwi przy jej stopie i wciąż gada.
-   Nareszcie zrozumiałaś – zamachał czułkami rysując w powietrzu uśmiech.
-   Co niby zrozumiałam? Że jestem skazana na towarzystwo gadającego ślimaka?
-  Od czegoś trzeba zacząć, nieprawdaż? – Stefan uśmiechał się najładniej, jak tylko mógł uśmiechać się ślimak, czym rozbroił Klarę i ona też odpowiedziała w końcu uśmiechem. Półgębkiem co prawda, nieśmiało i bez przekonania, ale jednak. Stefan uznał to za swój osobisty sukces.
-   I co dalej? – westchnęła Klara. Pytanie było takie bardziej retoryczne, ale Stefan szybciutko udzielił jej bardzo konkretnej odpowiedzi, z której wynikało mniej więcej to, że póki Klara nie odnajdzie klucza, Stefan będzie ją męczył swoim gadaniem. A gdyby miała nadzieję, że przy okazji wypapla jej gdzie ten klucz jest, to ta nadzieja płonną jest zupełnie, jako że Stefan tego akurat powiedzieć nie może, chociaż oczywiście wie.
-     No to pięknie! – Klara rozejrzała się po ogrodzie, tym razem starając się myśleć jak klucz. Szybko zorientowała się, że w tym akurat ogrodzie, to taki mały klucz od furtki ma z tysiąc miejsc, w których mógł się zagubić i kilka setek sojuszników gotowych zmylić przeciwnika. A ona jest tu sama. Zupełnie sama. Wolałaby chyba szukać igły w stogu siana niż tego cholernego klucza w tym ogromnym i zaniedbanym ogrodzie.
-    Ej, co tam? Załamka na samym począteczku? To nawet próbować nie będziemy? No ja nie chcę tutaj defetyzmu siać, ale jednakowoż tak czy siak bez klucza stad nie wyjdziesz. No chyba, że tak ci się tu spodobało, że zostajesz na zawsze? Tylko z góry mówię, że sałatą się z tobą nie podzielę.
-   Taki jesteś? Ja bym się z tobą podzieliła – Klara uśmiechała się już od ucha do ucha i czuła, ze za moment wybuchnie histeryczny śmiechem. Pochyliła się nad Stefanem i ostrzegła go, żeby ile sił w nodze zwiewał jak najdalej może, bo zaraz zrobi się bardzo niebezpiecznie, a nie chciałaby, aby jedyna istota, która wie gdzie znajduje się klucz, zginęła wdeptana w żwirek. Stefan pokiwał czułkami z niedowierzaniem, ale gdy spojrzał w oczy Klary, natychmiast zaczął przemieszczać się w bezpieczne miejsce po drugiej stronie ścieżki. Zajął pozycję za kamieniem, pod liściem paproci i czekał, aż Klara się uspokoi. Trochę to trwało.
-    No dobra, chyba już możesz wyjść.
-    Serio?
-  Tak, wyłaź, jesteś bezpieczny. I powiedz no mi kochaneczku, co ja według ciebie powinnam teraz zrobić?
-    Znaczy się szukamy, tak? No, to jak szukamy, to po pierwsze trzeba by jednak dupsko ruszyć i wstać. Ja bym proponował spacerek po ogrodzie zrobić, zobaczyć co i jak i gdzie. No i może jakiś plan działań na najbliższe lata ustalić, ale oczywiście to tylko propozycja jest, nic zobowiązującego.

-      Wstać mówisz… - Klara z wysiłkiem podniosła się ze schodków. Na lata?! – klapnęła z powrotem.

piątek, 23 września 2016

Szyba

    Szybom zdarza się pękać samoistnie. Ot tak sobie. Bez powodu.
    Serce też czasem pęka. Samoistnie. Ot tak sobie. 
    Lub z powodów stu i tego jednego ponad.
    Czasem pękają razem. Dla towarzystwa. 
    Szyby  nie tolerują drastycznych zmian temperatur. 
    Nie lubią też, jak się je nazbyt przysłania i ogranicza. 
    Wytrzymują latami. 
    Wydaje się, że wszystko gra i grać będzie zawsze. 
    No chyba, że kamień albo ptak, albo trąba powietrzna. 
    I nagle w pierwszy dzień jesieni TRACH ! 
    W poprzek. 
    Od ramy do ramy.
    Ale żeby aż tak, z powodu końca lata?!

    Ale żeby aż tak, z powodu końca miłości…

poniedziałek, 19 września 2016

Nowszy model

Doprowadzona do ostateczności Klara postanowiła jednak zamienić swojego mężczyznę na nowszy model. Nie była to decyzja łatwa, ponieważ Klara lubiła swojego starego mężczyznę, mimo jego wielu wad. 

Klara w ogóle lubiła wszystkie swoje stare rzeczy. Przyzwyczajała się do nich. Czuła się w ich otoczeniu bezpiecznie i wygodnie. Nie lubiła niczego wyrzucać, no chyba, że faktycznie było już totalnie zniszczone, albo nie było innego wyjścia. Gdy stawała w sytuacji bez wyjścia wyrzucała nawet zupełnie dobre i nowe rzeczy. Raz była zmuszona do wyrzucenia połowy zawartości swojego plecaka, gdyż po kilku kilometrach pieszej wędrówki w tropikalnym upale po prostu nie miała już siły tego wszystkiego nieść.Do kosza powędrował wiec ulubiony sweterek, zupełnie nowa piżama, zestaw markowych kosmetyków i tenisówki. No bo przecież nie wyrzuci książki z dedykacją autora! 

Drugi raz sytuacja zmusiła ją do wyrzucenia przez okno na poddaszu zabytkowych mebli, materiałów i innych pamiątkowych przedmiotów, które stanowiły być może wartość, ale jedynie sentymentalną i to nie dla nowego właściciela domu, dla którego były jedynie zwykłymi śmieciami.

Trzeci raz, doprowadzona do stanu bliskiego niepoczytalności, wyrzuciła swojego pierwszego męża, który od kilku miesięcy już jej mężem nie był, a jeszcze zajmował jej miejsce i zużywał jej powietrze w jej mieszkaniu.
Każda z tych sytuacji kosztowała ją wiele wysiłku i w każdej z nich jakaś część Klary umierała wraz z wyrzucanymi przedmiotami. Klara nie chciała już nigdy niczego wyrzucać. Wolałaby oddać w dobre ręce lub tanio sprzedać. Wystawić na dobroczynną aukcję albo podarować sąsiadce. A najchętniej naprawić lub przerobić na coś innego równie ładnego i użytecznego i nadal się tym cieszyć, i nadal mieć to, co przecież tak lubi. 

Jednak w przypadku  aktualnego mężczyzny żadna z powyższych opcji nie wchodziła w grę. 

Oddać nie było komu. Kupić nikt nie chciał. Na aukcję nie chcieli przyjąć, bo jak to tak? A sąsiadka, bardzo miła i bardzo starsza pani, na propozycję podarunku, zaczęła Klarę gorąco przepraszać, że ona tylko chciała, żeby jej mleko kupić i żarówkę nową wkręcić i że ona już nie będzie i żeby się Klara nie gniewała. Bardzo miła starsza pani. 

Klara nie mogła jej tego zrobić. Próbowała więc naprawiać. Ale wiecie jak to jest, jak się do naprawiania skomplikowanego mechanizmu zabiera amatorka. Tylko zepsuła bardziej.  Rozpuściła. Rozleniwiła. Spasła. Pozbawiła błysku w oku. Zdaje się, że też przypadkowo wykastrowała, chociaż nie przypominała sobie, żeby akurat przy tym majstrowała. 

Tak czy owak mężczyzna był całkowicie zepsuty. 

Na oryginalne części zmienne nie było Klary stać. Były znacznie droższe od całkiem nowego egzemplarza, ponieważ ten, który posiadała był absolutnie zabytkowy i dodatkowo z serii kolekcjonerskiej. Gdyby go nie zepsuła byłby wart majątek. Niestety w tym stanie nie chcieli go nawet w muzeum. Klarze było bardzo przykro. Niestety wysokie koszty utrzymywania tego okazu przekraczały jej skromne możliwości. Od ponad roku nie dopinała budżetu i za diabła nie potrafiła związać końca z końcem. 

Koniec końców zdecydowała, że to koniec. 

Przepłakała regulaminowy tydzień, a potem wybrała się do biura, które jeszcze w ubiegłym wieku było zwyczajnym biurem matrymonialnym, a teraz stało się biurem obsługi międzynarodowej sieci oferującej nowoczesne modele mężczyzn dla każdej, nawet najbardziej wybrednej klientki. Klara nie była dotąd zbyt wybredna. Właściwie nie miała żadnych wymagań. Miał być facet i już. 

Niestety tym razem musiała swoje wymagania skonkretyzować. Bardzo profesjonalna pani konsultantka stanowczo oznajmiła, że bez szczegółowego określenia listy cech nie da się dokonać wyboru, więc albo Klara powie jakiego mężczyzny potrzebuje, albo sympatyczna pani nie będzie jej mogła pomóc. 

Oczywiście stary model przyjmują i poddają recyklingowi, ale wyłącznie wtedy, gdy klientka zakupi u nich model nowy. Klara wzięła z rąk sympatycznej konsultantki ankietę i długopis i usiadła przy stylowym biureczku, aby  określić swoje preferencje. Zerknęła na ankietę. Zadanie wydawało się proste. Należało wypisać dziesięć cech idealnego mężczyzny, możliwie konkretnie je definiując. No proste to przecież jest. 

Ma być… No ma być…. No ma być … 

I Klara zaczęła wypisywać:  że wysoki, że przystojny, żeby głos miał taki, że jak coś szeptem powie, to żeby dreszcz przeszywał; żeby psy kochał i dla ludzi życzliwy był, żeby świata poza Klarą nie widział i żeby na zachody słońca patrzeć lubił; i żeby mu smakowało jak ona ugotuje, i żeby mu nie przeszkadzało, że ona nie sprząta; i jak się cały świat wali, to żeby on był spokojny; i żeby wszystko potrafił naprawić; i żeby taki bardziej domator był. Wypełnioną ankietę podała sympatycznej konsultantce.
Konsultantka ankietę zeskanowała. Komputer dane szybciutko przeanalizował. Konsultantka zerknęła na wynik i spojrzała na Klarę dziwnym wzrokiem. Przez chwilę milczała. Chwila ta wydawała się Klarze stanowczo zbyt długa, ale cierpliwie czekała. W końcu sympatyczna konsultantka drżącym głosem poinformowała Klarę, że to się dotychczas nigdy nie zdarzyło i zasadniczo to nie mają żadnej procedury na taką sytuację, i że to pewnie jakiś błąd systemu, ale takiego modelu nie mają. To znaczy mieli. Mieli, ale już nie produkują. Ostatni zszedł z taśmy pół wieku temu. I niestety miał ukrytą wadę, która ujawniała się mniej więcej po dziesięciu latach użytkowania. Wszystkie egzemplarze wycofywano i w ramach gwarancji zamieniano na inne modele.

Nie odnaleziono tylko jednego.
Wszyscy w firmie zastanawiali się dlaczego właścicielka nie zgłosiła się po nowy model. Podejrzewali nawet, że być może został gdzieś po prosu porzucony, bo ta wada była taka dosyć upierdliwa. Proszę może jeszcze raz określić wymagania. Może mogłaby pani jednak troszkę dokładniej, bardziej szczegółowo, odważniej troszkę. Sympatyczna konsultantka starała się wszelkimi sposobami doprowadzić do finalizacji transakcji. 

A do Klary docierało wielkimi drukowanymi literami, że nigdy nie wymieni swojego mężczyzny na lepszy model. Nigdy. Bo modelu, który by do niej pasował lepiej niż ten stary po prostu nie ma. Ale docierało do niej też coś innego. Że wcale go nie zepsuła. Po prostu w tym egzemplarzu wada fabryczna wylazła później, zdecydowanie później. 

Cóż. Trudno. Przecież nie wyrzuci chłopa na śmietnik. Podziękowała sympatycznej konsultantce za poświęcony czas i wróciła do domu. Jej stary mężczyzna trwał w tej samej pozycji, w której siedział, gdy wychodziła. Spojrzała na niego z czułością, której nie mógł zauważyć, otarła z policzka ostatnią zagubioną łzę i zabrała się za gotowanie obiadu.  

E.N. Trop i ja

       Poznałam go kilkanaście lat temu. Chciałabym móc powiedzieć, że poznaliśmy się przypadkiem. Niestety to nie był przypadek. To było fatum. Ale o tym wiem dopiero od kilku tygodni. Tak, rzeczywiście zorientowałam się późno. Zbyt późno. To  jedna z moich nielicznych wad. Zawsze zauważam wyłącznie dobre strony wszelkich zjawisk. Na strony złe jestem ślepa. Gdyby ktoś  starannie pokroił na cieniuteńkie plasterki mój mózg, a potem dokładnie obejrzał go sobie pod mikroskopem, dostrzegłby niechybnie spory ubytek w tej jego części, która odpowiada za realistyczne postrzeganie świata. A już szczególnie postrzeganie mężczyzn. O ile bowiem potrafię od czasu do czasu zorientować się, że proponowane mi przez nazbyt miłą ekspedientkę buciki nie są jednak w odpowiednim rozmiarze i nigdy ich wobec tego nie założę i zgodnie ze spostrzeżeniem nie dokonać zakupu, o tyle w kwestii facetów brnę ślepo wierząc, że tylko mi się wydaje i tak naprawdę to on jest dobrym człowiekiem. Mam za sobą kilka fatalnych związków. Kończąc każdy z nich przyrzekałam sobie solennie, że już nigdy w życiu, że wolę samotnie się zestarzeć, niż po raz kolejny znaleźć się w związku, który będzie uwierał mnie, jak za ciasny bucik. Niestety, racjonalne myślenie, zdrowy rozsądek, instynkt samozachowawczy i parę innych mechanizmów, które mogłyby mnie uratować przed podjęciem kolejnej fatalnej decyzji pozostawało w ścisłym związku z tym uszkodzonym fragmentem mojego mózgu  i kiedy pojawił się Edek, zamiast uciekać jak najdalej, umówiłam się z nim na kawę. Edek mógł wydawać się przystojny. Był szczupły, wysoki, miał niebieskie oczy. Już to powinno było dać mi do myślenia, ale jak wiecie, nie mogło. Więc umawiałam się z Edkiem na kawy i ciastka. Chodziłam z Edkiem na spacery do parku i na koncerty do filharmonii. Taki kulturalny ten Edek, taki elegancki ten Edek, taki wrażliwy ten Edek i taki zakochany. Sama nie bardzo byłam jeszcze w Edku zakochana, ale jego uczucie wprawiało mnie w dobry nastrój, a dobry nastrój cenię sobie bardzo, więc kiedy Edek się oświadczył, bezmyślnie się zgodziłam. Niestety należę do osób, które jak coś obiecują to dotrzymują słowa, choćby się paliło i waliło i wolą nie widzieć, że właśnie płonie las i walą się domy, i należałoby raczej ratować własne życie, niż dotrzymywać danego słowa.  No i ja również  konsekwentnie nie dostrzegałam. Nie zauważyłam, że wybrany przez nas samochód w autokomisie tuż po wpłaceniu zaliczki, nagle postarzał się o jakieś  10 lat. Sparciały opony, przegniła podłoga, odpadł zderzak. Oj tam, to używany samochód, wymaga tylko drobnego remontu. Nie zauważyłam, że w czystym i schludnym dotychczas mieszkaniu nagle zbierają się pokłady kurzu, tynk odpada ze ścian, chwieją się krzesła i psuje się spłuczka. Oj tam, drobiazg, mieszkanie od czasu do czasu trzeba odmalować i zrobić jakieś gruntowne porządki. Nie zauważyłam, że wszystkie nowo zakupione sprzęty audiowizualne oraz mechaniczne narzędzia ogrodnicze psują się praktycznie natychmiast po rozpakowaniu. Oj tam, pecha jakiegoś mamy i tyle, felerne egzemplarze mogą się trafić każdemu. Nie zauważyłam, że z dnia na dzień obydwoje straciliśmy pracę. Oj tam, ciężkie czasy są, bezrobocie duże. Nie zauważyłam, ze pies traci sierść garściami i jakiś taki słaby chodzi. Oj tam, stary jest. Nie zauważyłam, że nie mam już przyjaciół. Oj tam, życie, każdy ma swoje… Nie zauważyłam kiedy stałam się  gruba i brzydka… Edek też jakiś taki nie ten sam. Nie patrzy mi w oczy, szura kapciami, prawie cały dzień śpi. A dobry nastrój? Dobry nastrój  zapewnia mi codzienna dawka Prozaku i różowe okulary. Mam na imię Pollyanna.



niedziela, 11 września 2016

Dzień dobry...

          Klara od rana czuła się źle. Wstała z łóżka jakaś poobijana. Zupełnie jakby w nocy ktoś okładał ją kijami po bokach. Podeszła do lustra, uniosła piżamę i ze zdumieniem zauważyła siniaki na żebrach. Przeszedł ja dreszcz i oblała się zimnym potem. Po chwili poczuła silne uderzenie pięścią w żołądek i niesmak w ustach. Szurając nogami, zgarbiona, poszła do kuchni. Czekając, aż zagotuje się woda, próbowała zapomnieć koszmarny sen, ale absurdalne sceny wciąż się pojawiały. Była przyzwyczajona do dziwacznych snów, pełnych kolorów, dźwięków, smaków, tajemniczych miejsc i obcych ludzi, ale to, co zobaczyła dzisiejszej nocy przekraczało wszelkie senne normy. Nawet nie będzie próbowała tego zapisywać. Nie byłaby w stanie. Kiedy w końcu ktoś wymyśli sprytne ustrojstwo za pomocą którego będzie można zapisywać sny w formie filmów na pewno będzie bogata. O ile wcześniej nie zwariuje. O ile już nie zwariowała. A najwyraźniej tak. Na pewno zwariowała. Ktoś ją pobił, a ona nie pamięta, kto i kiedy. I nawet nie ma kogo zapytać, bo Jan od tygodnia w sanatorium na drugim końcu Polski. W sumie może to i lepiej, bo gdyby tu był automatycznie stałby się głównym podejrzanym. No, ale jeśli nie Jan, to kto? Klara narzuciła szlafrok i podreptała do sąsiadki. Może ona coś słyszała? Może widziała? Może wie? Nie wiedziała.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Na kanapie siedzi...

           Klara rozejrzała się po mieszkaniu. Każdy mebel z innej parafii. Zbieranina gratów z trzech różnych domów i przypadkowo dokupionych elementów. Nigdy niedokończony przedpokój. Wołająca o remont ciasna kuchnia. Brudne ściany. Zniszczona podłoga. Żadnego wygodnego miejsca, w którym mogłaby usiąść i poczytać książkę. Brak wanny uniemożliwiający relaks w oparach aromatycznych olejków. Brak wewnętrznych drzwi skazujący wszystkich domowników na wieczny brak ciszy i świętego spokoju. Brak stołu, przy którym można by zjeść wspólny posiłek. Nieruszalne wielkie akwarium z jedynym zamieszkującym je wiecznie żywym glonojadem. Cztery legowiska dla dwóch psów...

sobota, 27 sierpnia 2016

Poszukując przyjemności

         Zgodnie z zaleceniami .Terapeutki Klara usilnie zaczęła poszukiwać rzeczy, które sprawiają jej przyjemność. Na szczycie listy znalazły się spacery. Długie. Najchętniej po parku. Niestety okazało się, że te spacery, żeby naprawdę sprawiły jej frajdę nie powinny być samotne. Jan stanowczo odmówił współpracy, tłumacząc się stanem zdrowia i dla jeszcze większego efektu przywołując niesprzyjającą aurę oraz ogólną bezcelowość takiego łażenia. Klara wyciągnęła więc na ów spacer psa. Pies początkowo wyraził wielką radość, która szybko przeistoczyła się w totalne zaskoczenie, gdy trasa spaceru zmieniła się ze zwyczajowego „naokoło bloku” w „idziemy w nieznane i to daleko”. Pies stanął jak wryty i z wesołego towarzysza pieszej wycieczki zamienił się w smętny bagaż podręczny, coraz cięższy z każdym kilometrem wędrówki.  Na kolejny długi spacer już nie dał się namówić. Żadna z nielicznych koleżanek Klary niestety nie dysponowała wolnym czasem w środku tygodnia. Klara mogła więc spacerować do woli, ale jednak samotnie. Wola samotnego spacerowania była wolą słabą. Po kilku długich samotnych spacerach Klara zrezygnowała.

piątek, 26 sierpnia 2016

Przezroczysta

         Kiedyś, dawno, zabrakło dla niej, właśnie dla niej, lizaka. Takiego zwyczajnego lizaka, jakiego chłopaki dawali wszystkim dziewczynom w klasie na Dzień Kobiet. Były przecież odliczone, więc dlaczego zabrakło? I dlaczego właśnie dla niej? Nie była przecież najbrzydszą dziewczyną w klasie. A może właśnie była. Może była. Najbrzydszą. I najgłupszą. Może dlatego wtedy zabrakło dla niej lizaka, a potem zabrakło dla niej miejsca. Miejsca na studiach. Miejsca w autobusie. Miejsca przy stole. Miejsca w jego sercu. Jakoś to znosiła. Chyba uznała, że tak być musi. Że inni są ważni, a ona nieważna. Inni odgrywali istotne role. Ona stała z boku i czekała, aż ktoś ją zauważy. Musiała być przezroczysta, bo przechodzili obok i nie zauważali. Czasem ktoś szturchnął, popchnął, przydepnął. To wszystko. Gdyby była inna podstawiłaby komuś nogę, weszła w drogę, napluła w twarz, kopnęła w tyłek, wykrzyczała prawdę w oczy. Gdyby była inna zrobiłaby którąś z tych podłych rzeczy i zdobyła to swoje miejsce. Potrafiłaby. Potrafiłaby ukraść. Dowiedziała się tego o sobie, gdy miała 10 lat. Potrafiłaby zabić. Tego dowiedziała się, gdy miała lat 12. Potrafiłaby zdradzić tajemnicę. To wiedziała, od swoich 16 urodzin. Potrafiłaby złamać obietnicę. To do niej dotarło, gdy miała lat 20. Potrafiła odrzucić wszystko i wszystkich. Wiedziała o tym jeszcze przed trzydziestką. Nigdy nie skorzystała ze swoich mocy. Nie zwalczyła o żadną z głównych ról. Odpuściła też te drugoplanowe. Nauczyła się unikać ciosów, schodzić z drogi, nie zasłaniać ekranu, nie wchodzić w kadr, nie zabierać głosu, nie wymuszać pierwszeństwa, nie znajdować się między młotem a kowadłem. I wszystko byłoby dobrze. I przetrwałaby tak do końca. I nawet nie tęskniłaby za innym życiem. Gdyby. Gdyby nie to, że wokół zrobiło się zbyt tłoczno. Gdyby nie to, że usuwając się z drogi jednemu, wpadła na drugiego, potrąciła trzeciego i rozsypała się po zderzeniu z czwartym

piątek, 5 sierpnia 2016

w ogrodzie wyobraźni cd.

            Tu też zaczynało się lato. Wszystko kwitło, pachniało i rosło jak szalone. Pszczoły, osy, trzmiele, szerszenie i parę setek innych gatunków owadów żądlących  oraz wszelkiej maści muchy, upatrzyły sobie najwyższy świerk i uwijały się wokół niego, bucząc jak samochody na autostradzie w godzinach największego natężenia ruchu. Monotonny dźwięk zadziałał kojąco. Na chwilę przestała dyskutować z rzeczywistością. Wzięła głęboki wdech. Powietrze pachniało sosnową szyszką kąpielową i zieloną jaśminową herbatą. Lekki powiew wiatru dodał do tego jeszcze upojny aromat bułgarskiego olejku różanego. Wdychała ten zapachowy koktajl tak zachłannie, że aż się jej w głowie zakręciło. Pochyliła się chowając głowę w ramiona. Obserwowała żwirowe kamyczki pod nogami. Wzięła kilka do ręki. Były ciepłe, suche, gładkie. Każdy inny. Zamknęła je  w dłoni, jak garść orzeszków, a potem wysypała na ścieżkę. Narobiły hałasu większego niż się spodziewała. Jeszcze raz wzięła kilka sztuk i jeszcze raz wysypała. I jeszcze raz, i jeszcze…
-    Musisz tak hałasować? – usłyszała niewyraźny głosik gdzieś mniej więcej spod swojego prawego buta. Wysypała kamyki ostatni raz i nasłuchiwała. Przestała nawet na chwilę oddychać i zamarła w totalnym bezruchu.
-    Uf, nareszcie cisza – powiedział głosik – Chrzęścisz, krzyczysz, grzmocisz kamolami, nie jesteś tu sama, kultury trochę!
      Klara próbowała dostrzec źródło pretensji, ale nie widziała nikogo. Ogarnął ją niepokój. -    Nikogo nie ma a ja słyszę głos, to nie jest dobry objaw – omiatała wzrokiem  kamyki – No, przyznać się, który to?
-   Ty, z tobą naprawdę jest źle! Gdzieś ty widziała gadające kamyki? No, wariatka mi się trafiła, prawdziwa wariatka! – głosik stawał się coraz donośniejszy i coraz bardziej denerwujący. Klara zaczęła rozglądać się nerwowo, ale w ogrodzie nikogo nie było. No nie było. Zresztą kto mógłby  tu być? No ale jednak słyszy głos, więc…
-   To chyba nie ty? – Klara spojrzała z wyrzutem na kosa a ten tylko łebek w prawo, łebek w lewo. – Nie ty. To kto do jasnej Anielki!?
-   Wariatka, daję słowo, wariatka. I do tego ślepa! – głosik był już bardzo wyraźnym głosem.
-  Bo jak wstanę i cię znajdę to… - Klara zamierzała podnieść się ze schodków i rozprawić z tym bezczelnym typkiem, który najwyraźniej leci sobie w kulki, ale powstrzymał ją przeraźliwy krzyk:
-   Nie ruszaj się!!! Nie ruszaj się!!! Nie ruszaj się !!!
-  Nie ruszam się. – spokojnie powiedziała Klara i została na  miejscu – No widzisz, siedzę. Nie ruszam się. Siedzę i nadal cię nie widzę. Byłoby nam zdecydowanie łatwiej rozmawiać, gdybym cię widziała, bo jak rozumiem istniejesz poza moją wyobraźnią?
-   Na dół popatrz. Nie tam, w prawo trochę.
-  W moje prawo czy w twoje?
-  W twoje, w twoje. Jeszcze trochę. Ta dam!!!
- Ale jak?! Niemożliwe?! Przecież… - tuż koło jej prawej stopy był ślimak, dosyć spory, winniczek chyba. Wybałuszał na nią swoje oczka i wyglądał zupełnie jak miniaturowy kosmita.
 - Przecież ślimaki nie gadają… to chciałaś powiedzieć, prawda? – przerwał jej bezczelnie i zaczął wywijać ósemki tymi swoimi oczkami na antenkach. Klarze znowu zakręciło się w głowie – Przecież ja nie odpowiadam za twoją wyobraźnię.



Wszystko w porządku

-    Rany boskie czemu tak wrzeszczysz ?! – szorstkim tonem zapytał Jan wyrwany z pierwszego, płytkiego snu.
-     A nic, nic… coś mi się śniło…., śpij.., śpij… - uspokoiła go Klara i wstała z łóżka najciszej jak potrafiła, żeby nie obudzić psa. On w przeciwieństwie do Jana już by nie zasnął i nie bacząc na godzinę 3.33 głośno domagałby się spaceru - Matko jedyna, co za koszmar! Skąd mi się takie rzeczy biorą? – myślała Klara czekając, aż zagotuje się woda. Już nie zaśnie, nie ma mowy - Zrobię sobie herbaty i posiedzę w salonie, przeczekam do rana.
-      Co tu tak siedzisz? Czemu nie śpisz? – pytanie Jana wyrwało ją z zamyślenia. Próbowała jakoś zrozumieć swój sen i nijak nie mogła go rozszyfrować.  – Coś ci jest?
-    Głupi sen miałam. Posiedzę tu sobie. Nie przejmuj się -  Jan uspokojony odpowiedzią wrócił do łóżka, a Klarze  zrobiło się  smutno. Chyba jednak liczyła na to, że on przy niej usiądzie, przytuli, powie coś, po czym ona poczuje się bezpieczna i kochana, że posiedzą sobie tak razem do świtu. Kiedyś powiedział „zaufaj mi, umiem dbać o miłość”. Sądziła, że miał na myśli miłość do niej. Że chodziło mu o drobne gesty czułości, różę co piątek, o „jestem przy Tobie, wszystko będzie dobrze”, o spojrzenie pod którym czuła się najpiękniejszą kobietą świata, o wspólne długie spacery i głośny śmiech z byle czego, o marzenia i skrzydła, o znam cię coraz lepiej a kocham  coraz bardziej, o …  Po kilku latach małżeństwa pamiętała te jego słowa bardzo dobrze, ale była coraz bardziej zaskoczona, zdziwiona i rozczarowana codziennością. A on chyba zapomniał. Zapomniał … - Klara nie była w stanie powstrzymać łez. Płynęły cichym strumieniem. Będzie miała spuchnięte oczy i czerwony nos.

***

-   To  jedziemy? Zbierasz się już? – Jan trzeci raz pytał Klarę, niestety nie otrzymał odpowiedzi – Znowu nie słyszy, głucha czy umarła? – wstał z kanapy  i poszedł sprawdzić co się dzieje. Klara siedziała na swoim fotelu i patrzyła w ekran telewizora.
-    Słyszysz mnie w ogóle? – tonem na wszelki wypadek podniesionym zapytał Jan raz jeszcze.
-       No słyszę, nie musisz krzyczeć, o co chodzi?
-       Nie jedziemy?
-      Gdzie? – Klara nie miała pojęcia o czym mówi Jan. Spojrzała na zegar. Była siedemnasta dwadzieścia cztery.
-       Nigdzie! – Jan obrócił się na pięcie.
-     Jezu, nie pamiętam! Nie możesz mi normalnie powiedzieć gdzie mamy jechać? Czy ja wszystko muszę pamiętać ?! Gdzie ty idziesz… - Klara usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Jan wyszedł. Nie wiedziała kiedy wróci. Wiedziała natomiast, że wróci na pewno. I na pewno będzie na nią zły. I nie będzie się do niej odzywał. I…
-      O matko jedyna! Jak mogłam zapomnieć ?! No to dupa! Dupa, dupa, dupa ! – zgasiła telewizor. W mieszkaniu zapanowała cisza. Zdezorientowany pies położył się w przedpokoju, z nosem w kierunku drzwi, za którymi właśnie zniknął jego ukochany pan i nie wiadomo kiedy wróci -  Co się ze mną dzieje? Powinnam pamiętać takie rzeczy! Powinnam… - była na siebie wściekła. Ostatnio coraz częściej zdarzało jej się zapomnieć, przegapić, zagapić się, nie zauważyć. Niezapłacone rachunki. Niezmienione opony. Niekupione psie kulki. Zagubiona książka wozu. Chodziła wściekła na siebie i wściekła na tych, którzy wściekali się na nią o to, że zapomniała. Była już tym szukaniem i wkurzaniem się bardzo zmęczona. Najchętniej zapadłaby w coś w rodzaju zimowego snu, albo dałaby się zahibernować, żeby nie musieć szukać i nie musieć się denerwować. Albo wynajęłaby kogoś do odszukiwania wszystkich zaginionych i zapomnianych rzeczy. Kogoś, kto robiłby to za nią. Kogoś, kto przez chwilę za nią by żył, a ona mogłaby sobie odpocząć.      

***

-  Klara co ci jest? – zapytał z troską Jan.
-  A nic, nic …  tak mi się jakoś w głowie zakręciło. Zjem coś to mi przejdzie. Chyba przez to wszystko zapomniałam o śniadaniu. I jeszcze ta wizyta jutro. Jakaś podenerwowana jestem – Klara podeszła do lodówki. Nie ser nie…zdecydowanie nie. O, jogurt sobie wezmę, chcesz też? – zawołała z kuchni – Nie to nie, ja sobie zjem. Usiadła w pokoju i włączyła telewizor. Znowu zapowiadali upały.
-  Czy to lato nigdy się nie skończy?! Ja już nie wytrzymam! – wyłączyła telewizor. Od samego patrzenia na prognozę pogody robiło jej się słabo. Niby nie musiała już jeździć do pracy. Niby mogła spokojnie zalegać i dochodzić do siebie. Niby tak, ale o ileż byłoby jej lżej, gdyby chociaż temperatury wróciły do normy. Jutro musi wyjść z domu. Musi wyjść i pojechać do lekarza.  Do sąsiedniego miasta, żeby nikt jej nie widział. Chociaż to głupie, bo przecież i tam może spotkać kogoś znajomego. Chociaż to głupie bo to przecież normalny lekarz. Jak boli ząb to się idzie do dentysty i nikt nie uważa tego za dziwne. Jak boli kolanko to do ortopedy i jedynym zmartwieniem jest to, czy on aby będzie przystojny. Jak literki nagle robią się zbyt małe a rączki zbyt krótkie to w te pędy do okulisty a zmartwienie to dopiero potem, przy wyborze oprawek, żeby modne były i ładnie żeby było. Ale jak umysł za rzeczywistością nie nadąża, jak postronki nerwów puszczają, jak słów brak za to łez za dużo, to jakoś tak niechętnie i nie od razu do psychiatry. Bo przecież … Bo właśnie!
-   Chcesz, to pojadę z Tobą – zaproponował Jan, ale Klara wolała sama. Zawsze wolała sama. Do dentysty też sama chodziła. Jakoś tak sama mobilizowała się bardziej, bardziej zbierała do kupy, bardziej brała w garść. Więc teraz też. Sama.
-   No jak wolisz… - Jan wolałby, żeby chciała, żeby on z nią, ale ona woli sama, to przykre, ale skoro woli, niech tak będzie, on tu poczeka, jakoś wytrzyma sam martwiąc się o nią, czy dojechała, czy się nie rozsypała po drodze, czy lekarz w porządku, czy jej pomoże – to prześpij się może trochę, odpocznij – próbował pomóc jakkolwiek.

-   Może faktycznie, może się prześpię – Klara zamknęła oczy i próbowała nie myśleć o jutrze, o pogodzie, o przyszłości. Próbowała chociaż przez chwilę nie myśleć w ogóle o niczym. Bezskutecznie. Tabletki by pomogły. Zasnęłaby szybko, spałaby do jutra nawet nie wiedząc, że śpi. Tak byłby prościej. Byłoby, ale Klara najprostszych rozwiązań bała się najbardziej. A jeszcze bardziej bała się utracić kontrolę. Leżała więc z zamkniętymi oczami i wsłuchiwała się w odgłosy domu. W sapanie śpiącego psa, w delikatny szmer bąbelków w akwarium, w na przekór wszystkiemu radosny śpiew kanarka sąsiadów, w ciche kroki Jana sprawdzającego, czy wszystko w porządku. Nie było w porządku. O tym, jak bardzo nie było, Klara miała się przekonać już niebawem. 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Po drugiej stronie mostu

-      No, dobra, mam czego chciałam. Jestem sama, w wielkim mieście. Nie mam pracy. Nie mam mieszkania. Na seks też się nie zanosi – Klara rozglądała się za jakimś miejscem, gdzie mogłaby spokojnie pomyśleć i ułożyć jakiś sensowny plan. Tak, powinna go była mieć zanim przelazła przez most, który bujał się jeszcze ledwo dostrzegalnie, powinna, ale nie miała. I nie zamierzała teraz mieć z tego powodu złego zdania o sobie samej. Przecież ma przy sobie wszystko i tym razem nie zawaha się tego użyć. Usiadła na ławce z zamiarem zrobienia przeglądu tego wszystkiego i w tym właśnie momencie pojawił się znikąd czerwony, bardzo sportowy samochód i zatrzymał się tuż przy niej. Za kierownicą siedział bardzo przystojny facet. Miała wrażenie, że skądś go zna, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd, gdzie? Nawet jeśli go znała to na pewno nie w parze z takim samochodem.
-      To jak? Wsiadasz czy będziesz się jeszcze zastanawiać? – jego głos sprawił, że zadrżała i poczuła lekkie mrowienie z tyłu głowy.
-       Pozastanawiam się chwileczkę – odpowiedziała z uśmiechem i usilnie próbowała sobie przypomnieć skąd zna tego człowieka, bo że go zna była pewna.
-    Tym razem dam ci czas. Daj znać jak już będziesz pewna – rzucił i … odjechał. Wolniutko i bezszelestnie.
-       Jakie tym razem? Jakie dam ci czas? Skąd ja go….? O cholera! – Klara zaczęła nerwowo grzebać w plecaku – Gdzie ja go mam? Musi tu być…. Jest! Tak, to on, to na pewno on. Ten głos, to spojrzenie. Ale jakim cudem… ? skąd on … ? i dlaczego nie…? – przypomniała sobie dokładnie ich pierwsze spotkanie. Nie było zbyt miłe. Najwyraźniej on się z tej czarnej wydostał – Klara się roześmiała - A ja się w niej za chwilę znajdę... 
        Zaczęła przeglądać notes jeszcze raz, strona po stronie. Jakieś rysuneczki, fajne nawet. Jakieś zdania wyrwane z kontekstu i pozbawione sensu, ale same w sobie zupełnie zgrabne. Fragment planu jakiegoś miasta… zaraz,  zaraz. Nie jakiegoś, tylko tego właśnie. I nie byle jaki fragment, tylko kilka najbliższych ulic, które właśnie rozpoznała.
     -  A to co znowu? – Klara dostrzegła malutki krzyżyk w miejscu skrzyżowania ulic Mrocznej i Świetlistej. Niedaleko. Mogłaby pójść i zobaczyć co tam jest. Nie ma nic innego do roboty. Plan będzie wymyślać później. Pozbierała wszystko do plecaka. Trzy razy sprawdziła, czy nie zgubiła czegoś najważniejszego i ruszyła przed siebie. O tej porze miasto było jeszcze puste, nie licząc kotów i gołębi. Klara nie przepadała ani za jednymi ani za drugimi. Wolała psy. Psy nie chodziły po stołach i nie wspinały się po firankach, nie sikały na klawiaturę laptopa ani do walizki. Zdecydowanie wolała psy, mimo tego koty usilnie próbowały ją do siebie przekonywać, za co nie lubiła ich jeszcze bardziej. Wszystkie okoliczne sklepiki były jeszcze zamknięte, tylko z piekarni dochodził już zapach chleba tak świeżego, że Klara aż poczuła jego smak i usłyszała odgłos  chrupiącej skórki. Ależ była głodna! 


niedziela, 31 lipca 2016

Nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać.

       Najwyraźniej zmarnowała życie. Co prawda tylko to dotychczasowe, ale była na najlepszej drodze, by zmarnować też całą resztę. Nie potrafiła się z tym pogodzić. Siedziała na kanapie, patrząc tempo w migający ekran telewizora i próbowała zrozumieć, jak to się stało? W którym momencie zawiodła siebie samą? Kiedy dokonała tego fatalnego wyboru i dlaczego, do cholery, nadal w nim trwa? I nie znajdowała żadnej, nawet głupiej i banalnej odpowiedzi, która przyniosłaby jej ulgę. O odpowiedzi, która poderwałaby ją z miejsca nawet nie marzyła. Ale żeby tak koncertowo wszystko spieprzyć ?! Żeby własnoręcznie, bo do tego że sama sobie winna już zdążyła dotrzeć, rozmontować sobie życie i zawodowe i osobiste … I paradoksalnie, to, że wciąż miała gdzie wracać, też było porażką. Bo logicznie byłoby jednak spalić mosty. Bo logicznie byłoby jednak odejść na zawsze. Bo jeśli już, to do końca! Ale nie ona, o nie. Bo jeszcze okazałoby się, że jednak czeka na nią coś lepszego. Bo jeszcze okazałoby się, że mogłaby być szczęśliwa. Bo nie daj bóg, a by się udało. A ona przecież nie zasługuje, nie jest godna. Ona przecież nic nie wie, nic nie potrafi. To tylko iluzja. To sprytne oszustwo. To dobre pierwsze wrażenie. I nie zdawajcie kolejnego pytania, bo ona przeczytała tylko tytuły rozdziałów. Resztę zostawiła na później, a później już było za późno.  I niby lepiej późno, niż później, ale jednak głupio tak, na starość. I niby wie, że  teraz jej starość, to jeszcze nie starość. Że starość to dopiero jutro. I może jutro się zmobilizuje. Może jutro nabierze odwagi. Może w końcu jutro zrobi to, co chce, a nie to, co jej się wydaje, że powinna. Może jutro będzie wiedziała czego chce. Tak, jutro na pewno już będzie wiedziała. Jutro…
-  Klara, będziesz jakieś pranie robić? Gatek nie  mam!

-  Jutro!

poniedziałek, 18 lipca 2016

Dylematy Klary


***
      
     Ja naprawdę nie wiem, co robić? Przecież ja nic innego nie potrafię. Nawet nie jestem przekonana, że potrafię robić to, co robiłam do tej pory, skoro znalazłam się w takiej sytuacji. I co? Mam to wszystko rzucić w cholerę?! A ten cały zainwestowany czas, wysiłek, doświadczenie, te wszystkie kupione książki, wypracowane materiały? I za co ja będę żyć? Nie mam żadnych oszczędności. Nie mam ani złota, ani brylantów, które mogłabym sprzedać. Nic nie mam! W totka nawet trójki trafić nie mogę. Zresztą nawet gdybym wygrała miliony, nie wiedziałabym, co z nimi zrobić. Oczywiście, że wiedziałabym, jak je szybko wydać. Ale gdybym miała zainwestować i jakiś pomysł na życie zrealizować własny, to już bym nie wiedziała co. No, bo co ja bym mogła robić? Pewnie wszystko! Ale co ja bym chciała robić? O i tu jest problem. Duży problem. Ogromny problem. Bo ja tego nie wiem… - Klara spuściła głowę i obserwowała czubki swoich butów. Znowu czuła się jak mała dziewczynka. Nienawidziła tego. Nienawidziła nie wiedzieć. Nienawidziła siebie za to, że nie wie. Jak można nie wiedzieć kim się chce być? Jak można nie wiedzieć kim się jest ?! Jak można tego nie wiedzieć?! Nienawidziła i wstydziła się. Wstydziła się tej niewiedzy. Wstydziła się tej nienawiści. Wstydziła się potwornie. Taka duża dziewczynka, a nie wie. Taka niby mądra, a nie wie. Jaka głupia!
-      To niech się pani dowie. Do zobaczenia za tydzień.

piątek, 15 lipca 2016

Most

       Mrok nie był już taki mroczny. Zaczynała dostrzegać świetliste punkty. Gwiazdy odbijające się w kałużach, migoczące światła świec poustawianych w oknach, szybko znikające płomyki zapalanych zapałek i żarzące się ogniki papierosów. Zbliżała się do centrum. Ulice zrobiły się szersze, domy wyższe. Świece w oknach ustąpiły miejsca  latarkom. Gwiazdy pochowały się zawstydzone jasnymi światłami  reflektorów luksusowych aut.
      Była już blisko celu.

czwartek, 14 lipca 2016

Pierwsze kroki

***

       Klara weszła lekko spóźniona, o jakieś piętnaście – dwadzieścia lat, ale najwyraźniej nikt tego nie zauważył. Rozejrzała się po sali. Dostrzegła wolne miejsce obok Zochy, którą poznała kilka minut temu przy automacie z kawą. Zdążyła je zająć zanim weszła Prowadząca.
-  Witam państwa na pierwszych zajęciach. Poćwiczymy sobie dzisiaj pisanie litery A - usłyszała i nie dowierzają własnym uszom zapytała siedzącą obok Zochę, czy ona też usłyszała to samo?
  - No, będziemy ćwiczyć pisanie litery A, dobrze słyszałaś - spokojnie odpowiedziała Zocha, wyciągając z torby ołówek i temperówkę.

wtorek, 12 lipca 2016

Skarb

Zeszła po nierównych, kamiennych schodkach, trzymając się odrapanej, zmurszałej ściany, uważając, by nie zahaczyć głową o niską framugę. 
Było ciemno, pachniało wilgocią i pajęczynami. Po omacku szukała przełącznika licząc na to, że chociaż jedna z żarówek jeszcze świeci. Niestety. Krótki błysk 
i głośny trzask pozbawiły ją złudzeń. Trzeba będzie szukać po ciemku. 
Zatrzymała się i czekała, aż jej wzrok przyzwyczai się do piwnicznej ciemności. Dostrzegła wielkie metalowe drzwi z ogromną zasuwą. 
Takie drzwi zapewniłyby całkowite bezpieczeństwo komuś, kto siedziałby za nimi. Takie drzwi gwarantowały też całkowitą izolację od świata. 
Żaden dźwięk, żaden zapach, żaden promyk światła nie mógł się przez nie przedostać. 
Ktoś bardzo dawno temu je zamknął, po to, aby chronić swój najcenniejszy skarb. A potem zapomniał. 
Zapomniał że miał skarb. 
Zapomniał, że go zamknął za ciężkimi jak ołów drzwiami. 
Teraz ona stoi przed tymi drzwiami i wie, że musi je otworzyć. 
Wie też, że zostało już bardzo  mało czasu. 
Nie wie niestety  ile dokładnie.  
Nikt nie chciał jej tego powiedzieć, ale wyraźnie czuje, że bardzo mało. 
Nie boi się. 
Bała się  wczoraj, ale dzisiaj już nie. 
Wie, że tylko ona może te cholerne drzwi otworzyć 
i wie dlaczego jest tutaj sama. 
Drzwi wyglądają na bardzo ciężkie. 
Ogromna zasuwa jest już mocno zardzewiała. 
Musi za nią mocno pociągnąć, z całej siły. Będzie miała tylko jedną próbę. 
Jeżeli się jej nie uda, nikt nie da jej drugiej szansy. Bo to już była druga szansa. Pierwszą zaprzepaścił ten, który zamykał drzwi. On zaprzepaścił, a jej nie dano. Bywa i tak. 
Teraz musi się skoncentrować. Uspokoić oddech. Upewnić się, że tego właśnie chce. Pewnie uchwycić zasuwę i jednym stanowczym ruchem otworzyć drzwi.

Położyła dłoń na zimnym, chropowatym metalu. 
Zacisnęła palce. 
Teraz! 

Drzwi otworzyły się lekko i bezdźwięcznie. Na moment oślepiło ją jasne światło. Zmrużyła oczy. Weszła do środka. Powinna być zaskoczona. Powinna, ale nie była. Sięgnęła do torby. Wyciągnęła pudełko kredek i dużą białą kartkę. Usiadła na podłodze. Otworzyła pudełko, wzięła do ręki kredkę i zaczęła rysować. Narysowała prostą polną dróżkę, łany dojrzewającego zboża, maki i chabry, chmury na błękitnym niebie i wiatr, i jaskółki. 
A kiedy narysowała też brzozę z rozwianymi na wietrze gałązkami i świetlistą białą korą, mała dziewczynka siedząca w kącie wstała i podeszła bliżej. Popatrzyła na nią i na rysunek. 
Uśmiechnęły się do siebie. 
Dziewczynka podeszła jeszcze bliżej i uściskała ją mocno, 
najmocniej jak tylko potrafiła, a potem śmiejąc się i podskakując wbiegła na narysowaną ścieżkę. Odwróciła się jeszcze na chwilę, radośnie pomachała drobną rączką, w której trzymała zerwane przed chwilą polne kwiatki i pobiegła przed siebie. 
I już nic, ale to nic, nie mogło jej  zatrzymać. 




poniedziałek, 11 lipca 2016

Marzenie Klary

         
       Od tamtego spotkania z Krychą minął już prawie rok. Klara postanowiła spróbować jednak raz jeszcze. Musiała się dowiedzieć, jak ona to robi. Po prostu musiała. W jakiś sposób były do siebie podobne. Klara zauważyła to już w trakcie studiów. Postrzegała Krychę, jako kobietę piękną, mądrą, silną i odważną, taką, jaką sama zawsze chciała być. Podziwiała ją z dystansu, marząc o tym, by ta wspaniała Krycha zauważyła ją i może odrobinkę polubiła. I Klara podziwiałaby skrycie Krychę, jeszcze przez kolejne cztery lata, gdyby nie pewien egzamin. Przedmiot sakramencko trudny a egzaminator legendarnie wredny. Klara wiedziała, że testu pisemnego nie będzie w stanie zaliczyć nigdy w życiu i jedynym sposobem uniknięcia porażki jest podjęcie próby zaliczenia ustnego w trybie zerowym. 
       Uzbrojona w silne przekonanie, że podoła, stawiła się o wyznaczonej godzinie pod drzwiami gabinetu strasznego doktorka. I tam właśnie spotkała Krychę. Spojrzały na siebie i natychmiast zdecydowały, że wejdą tam razem. Obie pewne siebie, obie dobrze przygotowane, obie dotychczas bardzo dobrze oceniane. Wylosowały pytania i …

niedziela, 10 lipca 2016

Żeby dwoje chciało na raz...

          Klara nie mogła zasnąć. Nie była śpiąca. Ani trochę. Na dworze zapadł już późny, letni zmrok. Jan  od dwóch godzin spał. A ona nie była senna ani odrobinę.
- I co tu robić? - zastanawiała się patrząc w sufit - policzyłabym pęknięcia, ale nic nie widać, spróbuję policzyć barany: 1, 2, 3…. Doliczyła do 389 i nie zrobiła się ani trochę bardziej śpiąca. Za oknem panowała totalna cisza. Wiatr ustał. Nie ruszał się ani jeden listek, ani jedna gałązka. Od czasu do czasu mogła wypatrzeć w mroku sylwetkę przelatującego z lewa na prawo nietoperza. Gwiazd jeszcze nie było widać. Żadnych innych świateł też nie. Wsłuchiwała się w ciszę i ze zdumieniem stwierdziła, że jednak niezupełnie jest to cisza. Znad stawu dobiegało kumkanie żab. W trawie pod oknem koncertowały świerszcze. Jakiś spóźniony ptak świergolił w gałęziach świerku. Od czasu do czasu coś szeleściło w tujach. Gdzieś tam na skraju wsi zaszczekał pies. Z daleka dobiegał miarowy stukot przejeżdżającego pociągu i monotonny szum samochodów. Zdecydowanie zbyt blisko zabrzęczał komar. Zaklaskałaby mu chętnie, ale wtedy obudziłaby Jana, a tego nie chciała.

wtorek, 5 lipca 2016

Pocztówka z dzieciństwa

         Klara siedziała na podłodze już od dwóch godzin. Przed nią stara dębowa komoda z rzeźbionymi szufladami, za nią ogromy stos zeszytów, segregatorów, teczek, dokumentów, kartek, karteczek i karteluszek. Wszystkie solidnie zakurzone. Właściwie to wyciągnęła je w celu oddania do recyklingu. Przeciętny mieszkaniec ziemi zużywa podobno pięćdziesiąt kilogramów papieru rocznie. Pod tym względem Klara była zdecydowanie nieprzeciętna. Dowód tej nieprzeciętności piętrzył się właśnie tuż za nią. Czego tam nie było! Notatki z wykładów z czasów studiów zapisane równym i ładnym, aczkolwiek totalnie nieczytelnym dla osób niebędących Klarą, pismem. Kserokopie ważniejszych artykułów, nigdy po raz drugi nieprzeczytanych. Wycinki z gazet zawierające kiedyś istotne treści. Roczniki czasopism, które dawniej prenumerowała, z dziedzin tak różnych, że jej samej trudno było uwierzyć w to, że wiedza ta była jej wtedy absolutnie i niezbędnie potrzebna. No i oczywiście niezliczone ilości dawno zapłaconych rachunków, pism informujących o tym i owym, bankowych wyciągów i faktur w archaicznej papierowej formie.

sobota, 2 lipca 2016

Ku autodestrukcji

       Lato zeszłego roku było sakramencko upalne. Klara ledwie wytrzymywała w mieszkaniu. Klimatyzator warczał od szóstej rano do dwudziestej trzeciej wieczorem. Cała jej aktywność ograniczała się do krótkiego spaceru z psem o świcie, zamówienia zakupów przez Internet, przygotowania czegoś lekkiego do zjedzenia. Energii starczało jej tak mniej więcej do godziny dziewiątej. Później mogła już tylko zalegać. Zalegała więc na kanapie, pozostawiając wszelkie domowe obowiązki w rękach Jana. Nie mogła pojąć jakim cudem ten mężczyzna wytrzymuje takie upały! Ona umiera a on idzie w samo południe na spacer do miasta. Ale to dobrze, to bardzo dobrze.  Gdyby nie było Jana umarłaby naprawdę.
       Zalegając obejrzała ze trzy razy wszystkie możliwe i niemożliwe filmy. Przeczytała czekającą od jesieni książkę, prezent urodzinowy od Jana. Ułożyła cztery komplety puzzli, każdy po dwa tysiące elementów. Czuła się jak więzień skazany na dożywocie.

czwartek, 30 czerwca 2016

Wyspa

             Wyspa była odcięta od świata. Ona jednak nie zwracała na to uwagi. Miała tu wszystko czego potrzebowała, a nawet więcej. Czasem zastanawiała się jak to się dzieje, że jeszcze zanim uświadomiła sobie, że czegoś potrzebuje, to coś pojawiało się w zasięgu jej ręki. Najczęściej były to malutkie kolorowe kanapeczki. Czasem obłędnie pachnący omlet z dżemem truskawkowym. Raz pojawiły się  piękne czerwone kozaczki. Innym razem śnieżnobiałe łyżwy. Miała tu też rower, taki z dzwonkiem. I malutki magnetofon. I aparat fotograficzny. Raz w roku pojawiał się tort orzechowy, jesienią. Wiosną materializował się czekoladowy mazurek. Kiedyś znalazła nawet złoty pierścionek. Niektóre rzeczy pachniały tak, że gdy je wąchała, wyspa zdawała się rosnąć w nieskończoność. Inne miały zapach kurzu i pleśni. Wtedy wyspa kurczyła się do rozmiarów pokoiku w domku dla lalek. Pewnego dnia na wyspę trafiły świnka morska i kanarek. Potem pojawiła się malutka żółciutka kaczuszka. Wreszcie piesek. Nie wiedzieć czemu nigdy nie pojawił się na wyspie koń. Taki biały. Z Księciem na grzbiecie. Nigdy nie znalazła też eleganckich czarnych szpilek na wysokim obcasie i małej czarnej do kompletu. Czasem wydawało się jej, że słyszy głosy. Siadała wtedy na brzegu i wypatrywała. Kiedyś udało się jej zobaczyć mały czarny punkcik przesuwający się wzdłuż linii horyzontu. Pojęcia nie miała co to mogło być. Potem  przez kilka dni o tej samej porze siadała i patrzyła, ale już drugi raz nie wypatrzyła. Widocznie to nie było nic czego potrzebowała. Jeden jedyny raz zobaczyła coś dziwnego. Była noc. Obudziła się i nie mogła zasnąć. Było jej za ciepło. Nigdy wcześniej nie było jej za ciepło, a tamtej nocy było. Nad horyzontem zobaczyła dziwną gwiazdę. Wyglądała jak dziurka od klucza. Przetarła oczy, ale gwiazda nadal wyglądała jak wielka dziura od klucza. Jak wielkie dziursko od wielkiego kluczyska do  jakiś monstrualnie wielkich drzwi. Przyjrzała się linii horyzontu. Na całej długości jarzyło się ciepłe, żółte światło. Światło?  Przecież nikt nie zapala światła, żeby je ukrywać za zamkniętymi drzwiami ?!



---------------------------------------------------------------------------------------------------------
 „Nikt nie zapala światła, aby je ukrywać za zamkniętymi drzwiami” (P. Coelho).