sobota, 2 lipca 2016

Ku autodestrukcji

       Lato zeszłego roku było sakramencko upalne. Klara ledwie wytrzymywała w mieszkaniu. Klimatyzator warczał od szóstej rano do dwudziestej trzeciej wieczorem. Cała jej aktywność ograniczała się do krótkiego spaceru z psem o świcie, zamówienia zakupów przez Internet, przygotowania czegoś lekkiego do zjedzenia. Energii starczało jej tak mniej więcej do godziny dziewiątej. Później mogła już tylko zalegać. Zalegała więc na kanapie, pozostawiając wszelkie domowe obowiązki w rękach Jana. Nie mogła pojąć jakim cudem ten mężczyzna wytrzymuje takie upały! Ona umiera a on idzie w samo południe na spacer do miasta. Ale to dobrze, to bardzo dobrze.  Gdyby nie było Jana umarłaby naprawdę.
       Zalegając obejrzała ze trzy razy wszystkie możliwe i niemożliwe filmy. Przeczytała czekającą od jesieni książkę, prezent urodzinowy od Jana. Ułożyła cztery komplety puzzli, każdy po dwa tysiące elementów. Czuła się jak więzień skazany na dożywocie.
        Całe szczęście, że miała urlop. Długi, porządny, nauczycielski urlop.  Nie była prawdziwym nauczycielem, nie pracowała przy tablicy, nie wpisywała uwag do dzienniczków,  ale miała dwumiesięczny urlop. Zwykle wystarczał akurat na gorące lato i jeszcze kilka dni zostawało w zapasie, na święta. W tym roku jednak upały zaczęły się wcześniej niż zwykle i trwały dłużej niż zwykle. Całe skrupulatne planowanie urlopu dawno diabli wzięli.
         W poniedziałek powinna wrócić do pracy, ale skoro jest sobota i za oknem trzydzieści osiem stopni w cieniu,  to nie będzie mogła pojechać do pracy, bo nawet jeśli jakimś cudem dotrze do samochodu, uruchomi klimatyzację i dojedzie na miejsce, to w gabinecie będzie stopni czterdzieści pięć i tego już nie wytrzyma. No nic, trzeba będzie wziąć jeszcze kilka dni urlopu bezpłatnego. Kiedyś przecież ten upał musi się skończyć!
         Na samą myśl o tym, że musiałaby błagać o udzielenie zgody na te dodatkowe kilka dni urlopu poczuła ból w krzyżu i mdłości. Na myśl o tym, że miałaby się pojawić w poniedziałek w Zakładzie, zrobiło jej się duszno a puls podskoczył do 120. Sięgnęła po środki uspokajające i po telefon. Po chwili znowu była spokojna. Załatwione! Mogła zalegać jeszcze tydzień.  Mogła przestać się bać tego, że będzie musiała jechać w taki żar i skupić się na lęku przed ewentualną awarią prądu lub atakiem ślepej kiszki.
         Gdy minął ten absolutnie ostatni tydzień najdłuższego dotychczas w życiu Klary urlopu,  czuła się potwornie zmęczona. Była wykończona piekielnymi temperaturami i własnymi lękami. Teraz powinna wyjechać gdzieś, najchętniej nad morze, i odetchnąć chłodnym powietrzem, i popatrzeć w dal, odpocząć.  No, ale cóż, jedyne miejsce w które mogła teraz pojechać, to niezbyt ładne małe miasteczko oddalone od domu Klary  jakieś kilkadziesiąt  kilometrów, za to puste jak Ustka poza sezonem. Budynek Zakładu też zawsze był pusty. Długie puste korytarze. Zawsze pozamykane drzwi do tajemniczych biur, w których nigdy nikt nikogo nie przyjmował. Wiecznie zepsuta winda. Dawniej budynek tętnił życiem, obecnie był utrzymywany jedynie dla zachowania pozorów. Czego? Tego Klara nie wiedziała i nie chciała wiedzieć. Od czasu do czasu pojawiali się tam podejrzani faceci w eleganckich garniturach. Kiedyś jeden z nic wszedł bez pukania do gabinetu Klary i zacytował fragment tekstu Kuby Sienkiewicza: „gdzie są klucze?!”. Oburzona wtargnięciem odpowiedziała,  że  o  żadnych kluczach nic nie  wie a w ogóle to kim pan jest i proszę mi tu nie przeszkadzać. Dzisiaj też wolałaby, by nikt jej nie przeszkadzał. Najlepiej, żeby w ogóle nikt się nie pojawił przez cały dzień. Nie miała siły na wspieranie kogokolwiek. Sama wymagała wsparcia, chociaż nie chciała przyjąć tego do wiadomości, nie mówiąc już o tym, by o nie poprosić. Ucieszyła się bardzo widząc na drzwiach sekretariatu karteczkę informującą, że zasadniczo  nie bywa czynny nigdy i zeszła z powrotem na dół, do portierni, by zadać pytanie:
-    Gdzie są klucze?
-   O, dzień dobry pani Klaro! Już po urlopie? A co, nie ma nikogo tam na górze? No, to powinny być tutaj, zaraz…  -  Zenon Gryglewski, portier, ochroniarz i złota rączka w jednej osobie, schylił się do szuflady i podał Klarze ciężki pęk kluczy – Miłego dnia!
-    Dziękuję, miłego dnia! – Klara nie miała ochoty na pogaduchy z Zenonem, wzięła klucze i wspięła się na piętro. Otworzyła sekretariat. Powitało ją gorące i duszne powietrze. Natychmiast otworzyła wszystkie okna. Zerknęła do terminarza. Niestety byli zapisani klienci. Ich nazwiska nic jej nie mówiły, więc albo nowi, albo tak długo była na urlopie, że zapomniała z kim pracowała wiosną. Zerknęła na zegar. Miała jeszcze trochę czasu. Podreptała do swojego gabinetu.
-   Nie, no ręce i nogi opadają! Ile mnie nie było? Dwa miesiące? A tu co? Istna stajnia Augiasza! – powiedziała głośno, mimo że nikt nie mógł tego usłyszeć. Że biurko przestawione przodem do okna to Pikuś, w sumie niech tam klientowi słońce w oczy wali, przecież nie musi mieć komfortowo. No, ale kanapa i fotele w tym miejscu to już porażka. Od razu na wejściu łup kolanem o kant! A to przecież ja pierwsza wchodzę. Nie, tak nie może być! – pomyślała i od razu przestawiła meble tak, jak stały przedtem -  A co to się ze ścianami stało? O ile pamiętam to były w innym kolorze, takim miłym, sympatycznym, spokojnym zielonym...  a teraz to... brr, paskudny szpitalny beżyk. Fuj! Nie wytrzymam!  O?! A gdzież się podziały moje obrazki? Ciekawe komu to przeszkadzało? – przeszukiwała gabinet -  A są, za szafę wrzucili, pomiędolone całe... równie dobrze mogli wywalić do kosza! Nie no jasne, moje obrazki były "be" a te szkaradziejstwa to "cacy" są. Już widzę, jak dzieciak wchodzi i po oczach od razu takim horrorem dostaje. Cudnie! – mamrotała pod nosem - No to do szuflady zajrzyjmy... Co my tu mamy? No tak... długopisiki poznikali, ołóweczków brak, kredeczki wybyły, plastelinki nie ma...O?! Spinacze są. Jak miło! – czuła, że zaraz wybuchnie. Starała się opanować złość.
-      To do szafki jeszcze luknijmy. No proszę! Pudełko otwarte, klocuszki powywalane, sznureczek w węzełki a piłeczki brak. A tu nawet pudełeczka już nie ma. Cudnie! – Klara mówiła coraz głośniej -  Duszno tu jak cholera, nie mogli chociaż okna otworzyć, wywietrzyć po tych upałach? Pleśnią czuć, aż wstyd tu kogoś zaprosić. Jezu jakie zacieki na suficie! Stolik cały zawalony papierzyskami… O herbatka, sprzed tygodnia chyba... Skąd tu tyle okruchów? No szkurde, ale jak się wychodzi z gabinetu to się go szkurde sprząta chyba! Kto tu był ostatni?! – teraz już krzyczała - No i oczywiście komputer nie wyłączony – opadła na krzesło  - poczta pootwierana… zaraz koleżankę załatwimy... o, już! A niech się wylogowywuje bałaganiara jedna! – kątem oka sprawdziła która jest godzina - Matko jedyna, klient za pięć minut będzie! Jak ja to ogarnę !!! Co to ja Herkules jestem czy co?!
          Na przemian pokrzykując i mamrocząc Klara miotała się po gabinecie próbując jako tako go ogarnąć i nabierając coraz głębszego przekonania, że ma tej roboty serdecznie dość.
       - A pocałujcie wy mnie wszyscy w dupę! – zamamrotała pod nosem i otworzyła drzwi zapraszając oczekującego już klienta do środka. – Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – z wysiłkiem zmuszała głos, by brzmiał życzliwie i profesjonalnie.  Po całej dniówce udawania, że świetnie sobie radzi była wykończona. Nie miała pojęcia jak wytrwa  rok. Przecież będzie musiała pracować nawet w święta. Do tego jeszcze Julian…
       -  A pocałujcież wy mnie wszyscy w dupę ! – ulżyła sobie wykrzykując w pusty korytarz.
       -  Zły dzionek pani Klaro? – Zenon wyłonił się z za rogu – Niech się pani nie denerwuje, złość piękności szkodzi !
      -   Do widzenia panie Zenku! – Klara chciałaby zapaść się pod ziemię, zniknąć w mysiej dziurze, zasnąć i obudzić się tak mniej więcej za dwa lata albo w ogóle zniknąć i nie być. Zbiegła ze schodów, by jak najszybciej znaleźć się w swoim samochodzie i wrócić do swojego domu, na swoją kanapę i zalec, zalec do jutra i nie robić nic. Jakiś dureń zaparkował tak blisko, że za cholerę nie mogła wyjechać. Czuła wzbierający gniew. Nienawidziła głupoty. Sama nie pozwalała sobie na popełnianie błędów a błędy innych doprowadzały ją do łez.
-       No nie wyjadę, kurwa, nie wyjadę! A pocałujcie mnie wszyscy w dupę !!! – Klara nacisnęła gaz i… wyjechała. Uszkodziła jedynie przedni zderzak we własnym samochodzie i pozostawiła oryginalną grafikę na boku samochodu tego debila, który tak idiotycznie zaparkował.
           Wjeżdżając na autostradę była już zupełnie spokojna. Jazda samochodem zawsze ją uspokajała. Mogła być chora, zmęczona, przygnębiona, smutna, głodna, jednak prowadząc czuła się wolna od wszelkich trosk. Czuła się całkowicie wolna. Nabrała ochoty na długą podróż. Najchętniej nad morze. Zaczęła się zastanawiać, co by było, gdyby teraz, zamiast do domu, pojechała do Gdańska. Poczuła, że to jest właściwie to, co najbardziej chciałaby teraz zrobić. Pojechać do Gdańska, a potem jeszcze dalej, na Hel. Jak dawno tam nie była? Ostatni raz to była podróż poślubna, z Janem, więc… to już siedem lat! Od siedmiu lat nigdzie nie wyjeżdżała! Nigdzie! Tylko praca-dom-praca-dom-praca….
 -    A pocałujcie wy mnie wszyscy w dupę!!! – wydarła się na całe gardło, które natychmiast zareagowało bólem. Włączyła radio. Słuchała go tylko w samochodzie. Dwie godziny dziennie, codziennie oprócz soboty i niedzieli. Od lat słuchała tej samej stacji. Dobrze znane głosy uspokajały ją. Jej ulubiony prezenter odczytywał właśnie prognozę pogody. Dziś dla miasteczek o bardzo dziwacznych i trudnych do wymówienia nazwach. Roześmiała się. Niestety mimo śmiesznych nazw prognoza śmieszna nie była. Na weekend znowu zapowiadano upał. I to nie taki sobie zwykły upał, ale afrykański. W pierwszej chwili Klarze wydawało się, że się przesłyszała, ale prezenter właśnie powtórzył, że trzydzieści dziewięć stopni w cieniu. Uśmiech zwiał. Lęk przybył. Nie pomagało podkręcanie klimatyzacji. Nie pomagała delikatnie gazowana woda mineralna. Klara rozsypała się na drobniutkie kawałeczki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz