wtorek, 5 lipca 2016

Pocztówka z dzieciństwa

         Klara siedziała na podłodze już od dwóch godzin. Przed nią stara dębowa komoda z rzeźbionymi szufladami, za nią ogromy stos zeszytów, segregatorów, teczek, dokumentów, kartek, karteczek i karteluszek. Wszystkie solidnie zakurzone. Właściwie to wyciągnęła je w celu oddania do recyklingu. Przeciętny mieszkaniec ziemi zużywa podobno pięćdziesiąt kilogramów papieru rocznie. Pod tym względem Klara była zdecydowanie nieprzeciętna. Dowód tej nieprzeciętności piętrzył się właśnie tuż za nią. Czego tam nie było! Notatki z wykładów z czasów studiów zapisane równym i ładnym, aczkolwiek totalnie nieczytelnym dla osób niebędących Klarą, pismem. Kserokopie ważniejszych artykułów, nigdy po raz drugi nieprzeczytanych. Wycinki z gazet zawierające kiedyś istotne treści. Roczniki czasopism, które dawniej prenumerowała, z dziedzin tak różnych, że jej samej trudno było uwierzyć w to, że wiedza ta była jej wtedy absolutnie i niezbędnie potrzebna. No i oczywiście niezliczone ilości dawno zapłaconych rachunków, pism informujących o tym i owym, bankowych wyciągów i faktur w archaicznej papierowej formie.

         Siedziała w niezbyt wygodnej pozycji. Jutro nie będzie się mogła ruszyć, ale trudno, obiecała sobie, że zrobi porządek. W papierach i w swoim życiu też. Powywala wszystko, co zalega, co z przeszłości, co z tamtego życia, z czym już nie po drodze. Powywala i wcale nie będzie jej żal.  Brała do ręki każdą pożółkłą kartkę papieru z zamiarem wywalenia, ale jako osoba rozsądna każdorazowo też sprawdzała, czy może jednak czasem nie jest to wyjątkowo ważny dokument. Najczęściej stwierdzała, że owszem, właśnie jest bardzo ważny i w żadnym wypadku nie można go jeszcze zrecyklingować. Przygotowany karton był prawie pusty, nie licząc kilku wyblakłych paragonów i kserokopii jakiejś diety cud.
- Aleś tu barykadę ustawiła! – Jan próbował przedostać się do swojego biurka – Wywal to w pierony wszystko i tak tam nigdy nie zaglądasz.
- Ale się może przydać… - Klara przeciągnęła się próbując jakoś odciążyć plecy.
- No to rób co chcesz. Długo tak jeszcze będziesz siedzieć?
- Nie wiem, a co?
- Nic, tak pytam… a kiedy będzie obiad?
- Obiad? Nie wiem, nie jestem głodna…
- Ale ja jestem – Jan nie był zadowolony z tych nagłych porządków i perspektywy braku solidnego posiłku, co najmniej przez kilka dni.
- Zupkę chińską z Radomia sobie zrób! – rzuciła z uśmiechem Klara i dalej przekładała papiery z kupki na kupkę. Matko ile ja tego nazbierałam – westchnęła – przez miesiąc tego nie ogarnę… o, a to, co? – wzięła do ręki stare drewniane pudełeczko, pachnące jeszcze mimo upływu czasu, śliwkami w czekoladzie.
          W środku były widokówki. Wszystkie adresowane do rodziców Klary i gęsto zapisane jej nierównym jeszcze i niezbyt ładnym, ale za to czytelnym absolutnie dla każdego pismem drugoklasistki. Był to bardzo szczegółowy zapis samopoczucia małej dziewczynki, będącej, wbrew własnej woli zresztą, po raz pierwszy w życiu na koloniach. Pierwsza z widokówek zawierała entuzjastyczny opis ośrodka oraz nieco mniej entuzjastyczną relację z pierwszej spędzonej w nim nocy. Druga była niezbyt pochlebną recenzją kolonijnej stołówki i podawanych tam, wybitnie nietrafiających w gust małej Klary, dań. Trzecia zawierała relację w wycieczki w góry oraz szczegółowy spis przedmiotów zakupionych w sklepiku z pamiątkami. W czwartej uważny czytelnik mógł wyczytać między wierszami, że życie towarzyskie Klary na koloniach nie do końca jest takie, jakiego oczekiwała i niestety dokładnie takie, jakiego się obawiała. Pocztówka piąta zawierała krwawy opis nieszczęśliwego wypadku, jakiemu Klara uległa podczas zabawy nad rzeką i zapewnienie, że mimo kilku szwów na udzie dzielna mała dziewczynka postanawia nadal wytrwać w tej karnej kolonii, by nie robić przykrości ukochanym rodzicom.  Ostatnia, szósta pocztówka, zawierała oprócz adresu jedno jedyne zdanie, wypisane dużymi drukowanymi literami i zakończone aż trzema wykrzyknikami: ŻABY ZNIOSŁY SKRZEK!!! I tylko Klara wiedziała, że nie była to radosna informacja o pomyślnym przebiegu hodowli, złapanych kilkanaście dni wcześniej w przydrożnej kałuży kijanek, przetrzymywanych w wielkim słoiku po ogórkach na parapecie kolonijnej sali numer 5, ku obrzydzeniu wychowawczyni i ciekawości współspaczek. I tylko Klara wiedziała, że siódmej widokówki być już nie mogło.

-  Jak ja bym chciała teraz móc wysłać taką kartkę… i żeby mnie ktoś zabrał w bezpieczne miejsce…- pomyślała Klara i otarła z łzę z policzka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz