wtorek, 12 lipca 2016

Skarb

Zeszła po nierównych, kamiennych schodkach, trzymając się odrapanej, zmurszałej ściany i uważając, by nie zahaczyć głową o niską framugę. Było ciemno, pachniało wilgocią i pajęczynami. Po omacku szukała przełącznika i liczyła na to, że chociaż jedna z żarówek jeszcze będzie świecić. Niestety. Krótki błysk i głośny trzask pozbawiły ją złudzeń. Trzeba będzie szukać po ciemku. Zatrzymała się i czekała, aż jej wzrok przyzwyczai się do piwnicznej ciemności. Dostrzegła wielkie metalowe drzwi z ogromną zasuwą. Takie drzwi zapewniały całkowite bezpieczeństwo komuś, kto siedziałby za nimi. Takie drzwi zapewniały też całkowitą izolację od świata. Żaden dźwięk, żaden zapach, żaden promyk światła nie mógł się przez nie przedostać. Ktoś bardzo dawno temu je zamknął, po to, aby chronić swój najcenniejszy skarb. A potem zapomniał. Zapomniał że miał skarb. Zapomniał, że go zamknął za ciężkimi jak ołów drzwiami. I dzisiaj ona stoi przed tymi drzwiami i wie, że musi je otworzyć. Wie też, że zostało  mało czasu. Nie wie ile dokładnie.  Nikt nie chciał jej tego powiedzieć, ale wie, czuje, że bardzo mało. Nie boi się. Bała się jeszcze wczoraj, ale dzisiaj już się nie boi. Wie, że tylko ona może te cholerne drzwi otworzyć i dlatego jest tutaj sama. Drzwi wyglądają na bardzo ciężkie. Ogromna zasuwa jest już mocno zardzewiała. Musi za nią mocno pociągnąć, z całej siły. Będzie miała tylko jedną szansę. Jedną próbę. Jeśli się jej nie uda, nikt nie da jej drugiej szansy. Bo to już była druga szansa. Pierwszą zaprzepaścił ten, który zamykał drzwi. On zaprzepaścił, a jej nie dano. Bywa i tak. Teraz musi się skoncentrować. Uspokoić oddech. Upewnić się, że tego właśnie chce. Pewnie uchwycić zasuwę i jednym stanowczym ruchem otworzyć drzwi. Położyła dłoń na zimnym, chropowatym metalu. Zacisnęła palce. Teraz! Drzwi otworzyły się lekko i bezdźwięcznie. Na moment oślepiło ją jasne światło. Zmrużyła oczy. Weszła do środka. Powinna być zaskoczona. Powinna, ale nie była. Sięgnęła do torby. Wyciągnęła pudełko kredek i dużą białą kartkę. Usiadła na podłodze. Otworzyła pudełko, wzięła do ręki kredkę i zaczęła rysować. Narysowała prostą polną dróżkę, łany dojrzewającego zboża, maki i chabry, chmury na błękitnym niebie i wiatr, i jaskółki. A kiedy narysowała też brzozę z rozwianymi na wietrze gałązkami i świetlistą białą korą, mała dziewczynka siedząca w kącie wstała, i podeszła bliżej. Popatrzyła na nią i na rysunek. Uśmiechnęła się. Podeszła jeszcze bliżej i uściskała ją mocno, najmocniej jak potrafiła, a potem śmiejąc się i podskakując wbiegła na ścieżkę. Odwróciła się jeszcze na chwilę, radośnie pomachała drobną rączką, w której trzymała zerwane przed chwilą polne kwiatki i pobiegła przed siebie. I nic, ale to nic, nie mogło jej już zatrzymać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz