niedziela, 10 lipca 2016

Żeby dwoje chciało na raz...

          Klara nie mogła zasnąć. Nie była śpiąca. Ani trochę. Na dworze zapadł już późny, letni zmrok. Jan  od dwóch godzin spał. A ona nie była senna ani odrobinę.
- I co tu robić? - zastanawiała się patrząc w sufit - policzyłabym pęknięcia, ale nic nie widać, spróbuję policzyć barany: 1, 2, 3…. Doliczyła do 389 i nie zrobiła się ani trochę bardziej śpiąca. Za oknem panowała totalna cisza. Wiatr ustał. Nie ruszał się ani jeden listek, ani jedna gałązka. Od czasu do czasu mogła wypatrzeć w mroku sylwetkę przelatującego z lewa na prawo nietoperza. Gwiazd jeszcze nie było widać. Żadnych innych świateł też nie. Wsłuchiwała się w ciszę i ze zdumieniem stwierdziła, że jednak niezupełnie jest to cisza. Znad stawu dobiegało kumkanie żab. W trawie pod oknem koncertowały świerszcze. Jakiś spóźniony ptak świergolił w gałęziach świerku. Od czasu do czasu coś szeleściło w tujach. Gdzieś tam na skraju wsi zaszczekał pies. Z daleka dobiegał miarowy stukot przejeżdżającego pociągu i monotonny szum samochodów. Zdecydowanie zbyt blisko zabrzęczał komar. Zaklaskałaby mu chętnie, ale wtedy obudziłaby Jana, a tego nie chciała.

           Było jej niewygodnie. Leżała nieruchomo już dość długo. Jeśli teraz zmieni pozycję to narobi hałasu i obudzi Jana, a tego nie chciała. A właściwie chciała i to bardzo. Chciała go obudzić i powiedzieć mu, że nie może zasnąć i poprosić go by wstał i zabrał ją na spacer na łąkę i żeby razem patrzyli na spadające gwiazdy i może rozpaliliby ognisko, żeby nie marznąć i patrzyliby razem w ogień. Uwielbiała patrzeć w ogień. Mogła to robić godzinami. W pełzających ognikach widziała tajemnicze stwory, mroczne miasta. Ogień ją hipnotyzował. Kiedyś przesiedziała sama, wpatrując się w dogasające ognisko całą noc, do rana. Dawno, dawno temu. Wtedy jeszcze nie znała Jana i nawet nie myślała, że chciałaby go poznać. A teraz chciałaby bardzo. Tak, bardzo chciałaby obudzić Jana i żeby on o to obudzenie nie miał pretensji, tylko żeby się ucieszył nawet,  bo może śnił zły sen. Jan rzadko miewał sny, ale jeśli już miewał, to złe właśnie. Złe dla Jana. Czasem złe dla Klary. Ale tej nocy Jan spał dobrze, oddychał równo i spokojnie. Nie miała sumienia go budzić. Obudzony bez powodu Jan raczej nie dałby się wyprowadzić w pole w ciemną noc. W księżycową jasną noc być może, ale pewnie też z oporami.
         Klara musiałaby użyć jakiegoś podstępu, a tego robić ani nie lubiła ani nie umiała. Pod tym względem nie była typową kobietą. A może była, tylko nie bardzo wierzyła w swoje umiejętności? No, ale niby jakiego podstępu miałaby użyć? Że właśnie sobie przypomniała, że zapomniała i zostawiła tam na środku polany klucze i koniecznie trzeba iść i ich szukać, teraz, zaraz? Albo, że źle się poczuła, a tam na tej polanie ziółka specjalne ulgę przynoszące rosną i koniecznie trzeba tam iść i ich szukać, teraz, zaraz? A może, że jakoś tak nagle zwątpiła w dozgonną i bezgraniczną miłość Jana i ten spacer na tą łąkę teraz, zaraz, to by te zwątpienie rozwiał jak wiatr poranną mgłę?
        Czego by nie wymyśliła, Jan i tak by nie poszedł z nią na ten spacer, bo Jan spał. Spał i nawet zaczął lekko pochrapywać. Spał i chrapał. O ona spać nie mogła.  I teraz to już nie dlatego, że nie była senna, bo była. Spać nie mogła bo Jan chrapał. Chrapał coraz głośniej i głośniej i jakoś nie zamierzał przestać. A Klara była coraz bardziej senna i coraz bardziej nie mogła zasnąć. I nawet zaczęła się trochę wiercić i hałasować, bo może Jan się trochę obudzi i trochę przestanie chrapać. I wtedy ona spokojnie będzie mogła zasnąć, bo już bardzo jest śpiąca, tylko to chrapanie! Gdyby umiała gwizdać zagwizdałaby, cichutko, tak żeby Jana nie obudzić tylko chrapanie wypłoszyć. Ale nie umiała. Ani na palcach, ani bez palców. Jakoś nie potrafiła się nauczyć. Żałowała bardzo, bo mogłaby teraz obudzić Jana.  Mogłaby też wygwizdać tego i owego tu i ówdzie przy tej bądź innej okazji. Ale nie umiała i nie mogła w prosty sposób wyrazić ani swoich poglądów politycznych ani sprzeciwu wobec głośnego chrapania też nie.
-  Matko, ależ on piłuje, jak rasowy drwal - pomyślała i zdecydowanie szturchnęła Jana w bok.
-  No, co się rozpychasz?
-   Bo chrapiesz!
-  Ja chrapię? Ja nie chrapię! Ja nawet nie śpię, bo ty się wiercisz ciągle i spać nie dajesz. Może na spacer pójdziemy?

-  W środku nocy? Czyś ty zwariował?! Spaceru mu się zachciało, też coś! Dobranoc! - Klara odwróciła się na prawy bok i w ciągu minuty zasnęła głębokim, spokojnym snem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz