niedziela, 11 września 2016

Dzień dobry...

          Klara od rana czuła się źle. Wstała z łóżka jakaś poobijana. Zupełnie jakby w nocy ktoś okładał ją kijami po bokach. Podeszła do lustra, uniosła piżamę i ze zdumieniem zauważyła siniaki na żebrach. Przeszedł ja dreszcz i oblała się zimnym potem. Po chwili poczuła silne uderzenie pięścią w żołądek i niesmak w ustach. Szurając nogami, zgarbiona, poszła do kuchni. Czekając, aż zagotuje się woda, próbowała zapomnieć koszmarny sen, ale absurdalne sceny wciąż się pojawiały. Była przyzwyczajona do dziwacznych snów, pełnych kolorów, dźwięków, smaków, tajemniczych miejsc i obcych ludzi, ale to, co zobaczyła dzisiejszej nocy przekraczało wszelkie senne normy. Nawet nie będzie próbowała tego zapisywać. Nie byłaby w stanie. Kiedy w końcu ktoś wymyśli sprytne ustrojstwo za pomocą którego będzie można zapisywać sny w formie filmów na pewno będzie bogata. O ile wcześniej nie zwariuje. O ile już nie zwariowała. A najwyraźniej tak. Na pewno zwariowała. Ktoś ją pobił, a ona nie pamięta, kto i kiedy. I nawet nie ma kogo zapytać, bo Jan od tygodnia w sanatorium na drugim końcu Polski. W sumie może to i lepiej, bo gdyby tu był automatycznie stałby się głównym podejrzanym. No, ale jeśli nie Jan, to kto? Klara narzuciła szlafrok i podreptała do sąsiadki. Może ona coś słyszała? Może widziała? Może wie? Nie wiedziała.

          W pierwszym odruchu Klara chciała obejść wszystkich sąsiadów i przeprowadzić szczegółowe śledztwo, jednak po chwili namysłu wróciła do swojego mieszkania. Jakieś resztki instynktu samozachowawczego jednak w niej zostały. Sąsiedzi zapewne szybko wezwaliby odpowiednie służby i Klara znalazłaby się w zabytkowym budynku pałacowym zaadoptowanym pod koniec XIX wieku na Szpital Psychiatryczny bez jakiejkolwiek możliwości przekonania lekarzy i siebie samej również, że to absolutna pomyłka. Usiadła więc na kanapie, uspokoiła oddech i zaczęła analizować sytuację. Po około trzech godzinach intensywnej pracy umysłowej doszła do wniosku, że jednak skatowała się sama. Wniosek był przykry, no, bo jak to tak? Sobie samej takie rzeczy?! Nie mogąc zaakceptować tej wersji wydarzeń przez kolejne trzy godziny przeszukiwała mieszkanie, licząc na odnalezienie śladów włamania i zestawu „kijów samobijów” wrednie podrzuconych pod łóżkiem przez jakiegoś jej zajadłego wroga. Nie znalazła nic. Obolała i wykończona usiadła na podłodze na środku salonu i zalała się łzami. Powinna była zalać się winem, wszak „in vino veritas”, a prawda jak wiadomo wyzwala. Niestety dokonała złego wyboru. A właściwie nie dokonała żadnego wyboru. Zalewanie się łzami było reakcją impulsywną i nieprzemyślaną, za to najprostszą do wykonania. Największą wadą Klary było właśnie takie nieprzemyślane impulsywne reagowanie i pozbawianie się możliwości dokonywania wyboru. Miało to swoje dobre strony. Klara nie musiała być za nic odpowiedzialna. To nie ona wszakże decydowała, ale los, przypadek, inni ludzie, okoliczności przyrody i wszystko inne, na co tylko dało się zwalić odpowiedzialność i mieć potem pretensje, marudzić, jęczeć, wzdychać, cierpieć, wkurzać się, wreszcie porzucać z hukiem i uciekać w siną dal. Miało to też niestety i złą stronę. Klara znajdowała się w przypadkowych miejscach, wśród przypadkowych ludzi i zapominając, że przecież nie dokonała żadnego wyboru, wmawiała sobie, że to właśnie miejsce, w którym jest teraz jest „jej” miejscem i przystosowywała się do niego najlepiej, jak potrafiła. Była jak kameleon. Nikt nie zauważał, że tak naprawdę wcale tu nie pasuje i pasować nie chce. Że nie lubi i nie umie. Że męczy się coraz bardziej i sił jej już brak. Że zamiast robić to, co umie i lubi, robi rzeczy, których nie lubi i nie umie. Że zamiast mówić to, co naprawdę myśli, mówi to, co jej się wydaje, że powiedzieć powinna. Że chciałaby zupełnie inaczej, ale wciąż robi tak samo. Że… cholera jasna! No nic tylko złapać za kij i obić babę po plecach i to najlepiej wtedy, gdy śpi, bo inaczej gębę wydrze i przegada na swoją stronę. I jeszcze dla pewności w bebechy przywalić, żeby tak dogłębnie poczuła. Żeby jej przestało być tak przyjemnie i komfortowo. Żeby jej przestało być wygodnie ze sobą samą. To może zacznie myśleć. To może chociaż raz sama zadecyduje. Chociaż raz uczciwie sobie powie, że tego nie chce, a znowuż tamto, to by chciała, nawet bardzo.
         Klara ryczała już siódmą godzinę. Mokre panele będą raczej do wymiany. Na bank przeziębiła sobie pęcherz siedząc tyle czasu na mokrych szmatach. Sąsiad z dołu, jak wróci do domu i zobaczy zacieki na suficie od razu pozwie ją o odszkodowanie. Oczy miała czerwone i spuchnięte tak, że do kibelka będzie biegała po omacku i przez najbliższe dwie doby nic nie przeczyta i nic nie napisze. Nadal bolały ją plecy i żołądek, a do kompletu napierdzielał ją jeszcze łeb. Miała dreszcze i wydawało jej się, że zaraz się porzyga. Jak najszybciej powinna podjąć decyzję o natychmiastowym zaprzestaniu marnowania łez, powstaniu z podłogi, przebraniu się w suche ciuchy i zjedzeniu czegoś pożywnego, żeby nie łykać proszków przeciwbólowych na pusty żołądek. Tak, to zdecydowanie decyzja, która powinna zapaść i to szybko. Tylko czy Klara naprawdę chciała podjąć taka decyzję? Czy Klara chciała przestać płakać, wstać i zacząć świadomie działać?  Czy nie wolała czasem jeszcze sobie posiedzieć chwileczkę. Jeszcze pochlipać z pół godzinki. A może w międzyczasie wróci Jan i ją podniesie? Albo zadzwoni przyjaciółka, z jakimś wielkim problemem do natychmiastowego rozwiązania. Albo sąsiadka zapuka, żeby jej może kupić mleko albo sok, albo chociaż pyzy z mięsem. Albo trąba powietrzna nagle zawiruje i zmusi Klarę by wstała i zamknęła okna. Na pewno któraś z tych rzeczy się wydarzy, jeśli Klara jeszcze chwilkę sobie tak posiedzi. Na pewno. Zawsze się wydarzają. Trzeba tylko odpowiednio długo trwać w bezruchu, a to Klara potrafiła świetnie. I siedząc tak sobie, i czekając, aż się wydarzy cokolwiek, Klara nie zauważyła skradającej się cichutko za jej plecami postaci. Była to kobieta w wieku dojrzałym, dość mocnej budowy, ubrana ze smakiem, aczkolwiek dosyć swobodnie, dzierżąca w dłoniach wielki kij bejsbolowy. Kobieta stanęła za Klarą w lekkim rozkroku, uniosła do góry ręce i wzięła potężny zamach. Celne uderzenie rozłupało czaszkę Klary ostatecznie rozdzielając prawą półkulę mózgu od lewej. Z prawej wysypały się tysiące nigdy nienapisanych słów i zaczęły pełzać w stronę drzwi.  Z lewej wyfrunęły kolorowe motyle kierując się w stronę wciąż otwartego okna. Maleńkie homunkulusy rozbiegły się po całym mieszkaniu i zaczęły wszystko, porządkować, segregować, przeliczać i układać w logiczne ciągi. Druga grupa dobrała się do kredek i farb i natychmiast dokonała całkowitej metamorfozy mieszkania Klary, wykazując się nieprzeciętną kreatywnością. Całej akcji towarzyszyła wesoła, głośna, energetyczna muzyka. Kiedy wszystko było już prawie gotowe, kobieta pochyliła się nad zwłokami Klary i używając specjalnie na tę okazję przygotowanej mikstury zutylizowała szczątki. To, co jeszcze przed chwilą było mocno nieudaną doczesną wersją Klary, zostało zamienione w chmurę mieniących się tęczą mydlanych baniek i odfrunęło w kierunku zachodzącego słońca, sprawiając niewątpliwą przyjemność okolicznym dzieciakom. Kobieta zatarła dłonie i skierowała się do kuchni. Nastawiła wodę na herbatę i wzięła swoją ulubioną porcelanową filiżankę Rosenthala w kolorowe motyle. Po chwili w mieszkaniu unosił się subtelny zapach jaśminowej herbaty. Kobieta usiadła w swoim ulubionym fotelu, zapaliła witrażową lampkę Tiffany’ego i sięgnęła po pachnący jeszcze farbą drukarską autorski egzemplarz swojej nowej powieści. Otworzyła książkę i na pierwszej stronie wpisała zielonym atramentem: „Życie jest jak puzzle. Nie należy na siłę układać niektórych rzeczy tam, gdzie nie pasują”. Odłożyła książkę. Dopiła herbatę. Wstała. Zgasiła światło. 

           Tego ranka Klara wstała z łóżka wypoczęta i radosna. Puściła swoja ulubiona płytę, która zawsze pozytywnie ją nastrajała i zaczęła tańczyć. Była dopiero szósta rano. Na dworze jeszcze było szarawo i snuły się jesienne mgły. Zaparzyła sobie ziółka i z gorącym kubkiem w dłoniach wyszła do ogrodu. Wzięła głęboki wdech. Gdzieś daleko szczekał pies. Gdzieś wysoko gęgały odlatujące kluczem gęsi. Gdzieś w środku czuła, że to będzie dobry dzień. Że teraz już każdy dzień będzie dobry. Dzień dobry, jak tosty z dżemem morelowym.

2 komentarze:

  1. Jestem tu po raz pierwszy i widzę, że mam sporo do nadrobienia :) Mam nadzieję, ze znajdę czas i na spokojnie poczytam.
    Również zapraszam Cię do mojej grupy na facebooku, gdzie blogersko się wspieramy. JEśli masz ochotę to dołącz :)
    https://www.facebook.com/groups/140958276298228/

    OdpowiedzUsuń