środa, 12 października 2016

Zapach jesieni

Poczuła zapach jesieni. Wdzierał się zimnym wiatrem przez niedomknięte okno. Niósł ze sobą woń martwych liści i wilgotnej, ciężkiej ziemi. Zadrżała. Otuliła się miękkim wełnianym swetrem i podkuliła nogi. Wokół było szaro i ponuro. Zanosiło się na deszcz. Mogłaby zapalić światło i rozproszyć zapadający zbyt szybko mrok, ale musiałaby wstać i postawić stopy na zimnej podłodze. W starym domu podłogi były drewniane. Ciepłe i skrzypiące przyjacielsko. W tym miejscu, którego mimo upływu wielu lat nadal nie potrafiła nazywać domem, posadzka była marmurowa. Chłodna, jak płyta nagrobkowa. Nie pozwoli przygnieść się czymś takim. Każe się spalić. Spalić i rozsypać. I  niech posadzą  w tym miejscu drzewo. Niech posadzą brzozę. Kochała brzozy. Za ich niewinną  białą korę. Za ich wiotkie gałązki. Za ich delikatnie szeleszczące liście. Brzozy były piękne o każdej porze roku. Tak, niech posadzą brzozę. Kiedy była małą dziewczynką przyniosła ze spaceru samosiejkę brzozy i zasadziła w swoim ogrodzie. Patrzyła jak rośnie razem z nią. Tuliła się do niej , gdy było jej smutno i źle. Zwierzała się z najgłębszych tajemnic. Siadała w  przyjemnym półcieniu i marzyła o przyszłości. A potem nadeszła ta przyszłość. I musiała opuścić stary dom. I musiała zostawić swoją brzozę. Tamtej brzozy już nie ma. Ktoś brutalnie odebrał jej życie, tnąc ją na drobne kawałeczki nadające się do spalenia w kominku. Jej samej też już od dawna nie ma. Ktoś kiedyś złamał jej serce. Ktoś innym obiecał je poskładać. Nie wyszło. Nieuchronnie nadeszła jesień. Wcale nie złota. Mogłaby sama rozpalić w kominku. Mogłaby, ale musiałaby wstać i dotknąć stopami zimnej posadzki.

czwartek, 6 października 2016

Zamknięta w ogrodzie wyobraźni cd

  - Gadający ślimak. Źle ze mną… - pomyślała Klara i przymknęła oczy z nadzieją, że gdy je otworzy, ślimaka już nie będzie, a ona znajdzie się we własnym domu, na swojej wygodnej kanapie. Po kilku chwilach otworzyła oczy i pierwsze co zobaczyła, to oczywiście był Stefan.  Siedział teraz przy jej lewej stopie i nadal się na nią gapił. Na szczęście chwilowo się nie odzywał. Zamknęła oczy jeszcze raz. Może teraz uda jej się zniknąć ślimaka? Pod zamkniętymi powiekami tańczyły świetlne refleksy, tworząc wzory jak w kalejdoskopie. Przycisnęła dłońmi oczy i czekała, aż światła zgasną, aż zapadnie ciemność. Z perspektywy Stefana trwało to całą wieczność, ale cierpliwie czekał, aż Klara spojrzy na niego po raz kolejny i zaakceptuje fakt, że zamykając oczy nie da się zniknąć nikogo. Nawet siebie.
-   No, nareszcie ! – westchnął Stefan.
-   Co nareszcie?! – fuknęła Klara, zła, że Stefan wciąż tkwi przy jej stopie i wciąż gada.
-   Nareszcie zrozumiałaś – zamachał czułkami rysując w powietrzu uśmiech.
-   Co niby zrozumiałam? Że jestem skazana na towarzystwo gadającego ślimaka?
-  Od czegoś trzeba zacząć, nieprawdaż? – Stefan uśmiechał się najładniej, jak tylko mógł uśmiechać się ślimak, czym rozbroił Klarę i ona też odpowiedziała w końcu uśmiechem. Półgębkiem co prawda, nieśmiało i bez przekonania, ale jednak. Stefan uznał to za swój osobisty sukces.
-   I co dalej? – westchnęła Klara. Pytanie było takie bardziej retoryczne, ale Stefan szybciutko udzielił jej bardzo konkretnej odpowiedzi, z której wynikało mniej więcej to, że póki Klara nie odnajdzie klucza, Stefan będzie ją męczył swoim gadaniem. A gdyby miała nadzieję, że przy okazji wypapla jej gdzie ten klucz jest, to ta nadzieja płonną jest zupełnie, jako że Stefan tego akurat powiedzieć nie może, chociaż oczywiście wie.
-     No to pięknie! – Klara rozejrzała się po ogrodzie, tym razem starając się myśleć jak klucz. Szybko zorientowała się, że w tym akurat ogrodzie, to taki mały klucz od furtki ma z tysiąc miejsc, w których mógł się zagubić i kilka setek sojuszników gotowych zmylić przeciwnika. A ona jest tu sama. Zupełnie sama. Wolałaby chyba szukać igły w stogu siana niż tego cholernego klucza w tym ogromnym i zaniedbanym ogrodzie.
-    Ej, co tam? Załamka na samym począteczku? To nawet próbować nie będziemy? No ja nie chcę tutaj defetyzmu siać, ale jednakowoż tak czy siak bez klucza stad nie wyjdziesz. No chyba, że tak ci się tu spodobało, że zostajesz na zawsze? Tylko z góry mówię, że sałatą się z tobą nie podzielę.
-   Taki jesteś? Ja bym się z tobą podzieliła – Klara uśmiechała się już od ucha do ucha i czuła, ze za moment wybuchnie histeryczny śmiechem. Pochyliła się nad Stefanem i ostrzegła go, żeby ile sił w nodze zwiewał jak najdalej może, bo zaraz zrobi się bardzo niebezpiecznie, a nie chciałaby, aby jedyna istota, która wie gdzie znajduje się klucz, zginęła wdeptana w żwirek. Stefan pokiwał czułkami z niedowierzaniem, ale gdy spojrzał w oczy Klary, natychmiast zaczął przemieszczać się w bezpieczne miejsce po drugiej stronie ścieżki. Zajął pozycję za kamieniem, pod liściem paproci i czekał, aż Klara się uspokoi. Trochę to trwało.
-    No dobra, chyba już możesz wyjść.
-    Serio?
-  Tak, wyłaź, jesteś bezpieczny. I powiedz no mi kochaneczku, co ja według ciebie powinnam teraz zrobić?
-    Znaczy się szukamy, tak? No, to jak szukamy, to po pierwsze trzeba by jednak dupsko ruszyć i wstać. Ja bym proponował spacerek po ogrodzie zrobić, zobaczyć co i jak i gdzie. No i może jakiś plan działań na najbliższe lata ustalić, ale oczywiście to tylko propozycja jest, nic zobowiązującego.

-      Wstać mówisz… - Klara z wysiłkiem podniosła się ze schodków. Na lata?! – klapnęła z powrotem.