niedziela, 31 grudnia 2017


Dobry rok

- No, to siadaj i opowiadaj mi tu zaraz wszystko po kolei – Krycha, swobodnym gestem wskazała Klarze miejsce po swojej lewej stronie przy kawiarnianym stoliku – nie widziałyśmy się chyba cały rok?
- Tak, chyba rok… - Klara siadając, próbowała szybko odszukać w pamięci ich ostatnie spotkanie. Miała kłopot, bo jej pamięć nie działała chronologicznie. Przypominała raczej wielki czarny wór. Zdarzenia wpadały do środka chaotycznie i wydobywanie ich przy użyciu tradycyjnego kodu dat było praktycznie niemożliwe. Klara oczywiście pamiętała wszystkie ważniejsze wydarzenia, ale pamiętała je inaczej. Historie błahe i dla innych nieistotne, w pamięci Klary były wielkie i ważkie.  Zdarzenia doniosłe i historyczne zawieruszały się w pamięci Klary, jak drobinki piasku w bucie albo igły w stogu siana. Sprawy, nad którymi inni dawno przechodzili do porządku dziennego, Klara jeszcze długo przeżywała w koszmarnych snach. I nigdy nie była pewna, czy coś wydarzyło się przedtem czy raczej potem – śnieżyca wtedy była straszna…
- Była.  Ale chyba nie będziemy o pogodzie rozmawiały?  CV napisałaś? Pracę zmieniłaś?
- Nie. Nie napisałam. Nie zmieniłam. Nie musiałam.
      Krycha przysunęła bliżej swoje krzesło i przybrała minę profesjonalnego wysłuchiwacza zwierzeń, a Klara kontynuowała:
- Pamiętasz, jak wybierałam te zdjęcia u ciebie na sesji? Wyobraź sobie, że to wszystko dało się zrealizować w starej pracy. Robię to, co lubię. Mam dużo przestrzeni. Ludzie mnie nie męczą. Bawię się z dzieciakami. Mogę się realizować twórczo.  Dyrekcja docenia…
- Dyrekcja?! Docenia? Niemożliwe! Ta Dyrekcja?! – Krycha zrobiła wielkie oczy i krzyknęła nieco zbyt głośno. Facet siedzący przy stoliku pod oknem spojrzał na nią z dezaprobatą, ale gdy tylko Krycha się do niego przepraszająco uśmiechnęła, wrócił do lektury gazety. A raczej udawał, że wrócił, bo teraz to zza tej gazety na Krychę zerkał z coraz większą aprobatą przechodząca powoli w zachwyt.
- Nie, nowa Dyrekcja. Na szczęście! Wiesz jak bardzo nie miałam ochoty na szukanie nowej pracy…
- Oj, wiem, wiem… Ale mogłaś, chociaż te oferty porozsyłać, tak dla treningu, no trudno! Widocznie nie byłaś gotowa. U ciebie wszystko trwa dłużej – Krycha roześmiała się a facet spod okna już nawet nie udawał, że czyta, tylko wgapiał się w Krychę maślanymi oczami. Zresztą nawet ładne te oczy miał. Niebieskie.
- A jeszcze by mnie gdzieś przyjęli i co ja bym wtedy zrobiła?
- No tak… - teraz śmiały się już obie, tylko na Klarę nikt z zachwytem nie patrzył, bo nikogo poza nimi i tym facetem z oczami w kawiarni nie było. Nawet kelnerka gdzieś zniknęła.  
- Czyli w pracy wszystko dobrze. Cieszę się. Jednak nie tylko pracą człowiek żyje, mam nadzieję…
- Nie tylko - Klara uśmiechnęła się tajemniczo i podała Kryśce elegancko opakowany rulon – to dla ciebie, proszę!
- A co to ….? – Krycha szybko rozpakowała pakunek – Kalendarz!  Twoje zdjęcia?
        Klara zarumieniła się lekko. Jeszcze nie nauczyła się przyjmowania komplementów. Jeszcze nie wierzyła tak do końca w to, że jej prace mogą się komuś podobać, a Krycha właśnie zaczęła udzielać Klarze wyczerpującej i bardzo pozytywnej informacji zwrotnej.
- Są naprawdę dobre. Piękny… powieszę w centralnej części salonu.
- Seria kolekcjonerska, mocno limitowana.
- Serio, to powinnaś pomyśleć o tym poważnie w przyszłym roku – Krycha przeglądała strony kalendarza coraz bardziej zachwycona i Klara zaczęła się obawiać, że ta wariatka zaraz wstanie i temu z oczami pokaże jej zdjęcia. Facet byłby zachwycony gdyby Krycha do niego podeszła.
- Pomyślę. Pomyślę. Nie tylko o kalendarzu pomyślę.
- No, no! Proszę, proszę, czyli jednak się koleżanka zdecydowała?
       Krycha odłożyła kalendarz, Klara odetchnęła z ulgą a kelnerka w końcu pojawiła się z dawno zamówionymi filiżankami gorącej czekolady.
- Wiesz, to był chyba mój najlepszy jak dotąd rok. Nie, nie chyba. Na pewno!  Mój pierwszy rok bez lęku. Nawet nie przypuszczałam, że może być tak… tak normalnie.
- Brawo Ty! – Wykrzyknęła Krycha i uniosła filiżankę z czekoladą jak do toastu.

- Brawo ja!  -  Odpowiedziała cicho Klara i śmiejąc się zanurzyła usta w bitej śmietanie. 

piątek, 29 grudnia 2017

Obrazki z życia Hrabiny i Witusia - Rwa

          Hrabina siedziała przy stole, zmuszając się do zjedzenia przygotowanego przez Witusia śniadania, w szlafroku narzuconym na nocną koszulę i ciepłych kapciach.
          Wełniane kapcie na nogach Hrabiny to widok dość niecodzienny, albowiem zazwyczaj nosiła jednak eleganckie klapki na koturnie. Nikt nie podejrzewał Hrabiny o to, by chciała zrobić przyjemność Witusiowi, który jej te kapciuszki w prezencie kupił, nie mogąc patrzeć na wiecznie gołe i bez wątpienia zimne stopy małżonki. Powód był zgoła odmienny i absolutnie pozbawiony romantycznych pobudek. Hrabinę dopadła rwa. Kulszowa. A dopadła ją ta rwa przedwczoraj, gdy Hrabina usiłowała poderwać padającego, wybaczcie kolokwializm, na pysk, Witusia.
          Wituś swoje waży. Ze sto kilo lekko będzie. Sam poderwać się do pionu nie może, bo nogi dawno mu posłuszeństwa odmówiły i nie niosą Witusia już nie tylko w siną dal, ale nawet do sąsiedniego pokoju. I w tym pokoju właśnie Wituś na przeszkodę niespodziewaną w postaci zydelka niepozornego natrafił, rąbnął jak długi, nosem o poręcz fotela się oparł i krzyczeć w niebogłosy wzywając pomocy zaczął.
           Hrabina z łóżka, w którym polegiwała mimo południowej pory, zerwała się natychmiast, nie bacząc by najpierw do pionu wstać a potem dopiero do przodu ruszyć, do Witusia w tempie rekordowym dobiegła, pod pachy bezwładnego chłopa złapała i dawaj go do góry wyrwała, jak zawodowy sztangista. Wituś szczęśliwie bez większego uszczerbku na zdrowiu, a nawet jakby kilku pomniejszych dolegliwości się pozbywszy, z tej historii wyszedł, niestety Hrabina zaniemogła.
          Siedzi teraz, bo chodzić nie może, w tych ciepłych kapciuszkach, dla bezpieczeństwa większego i nadziwić się nie może, jak ona to tego Witusia z podłogi podniosła? Przecież ona stara jest i chora. Przecież z domu nie wychodzi wcale, no chyba, że do kawiarni z Baronową, ale to już coraz rzadziej. Przecież śmieci nawet do kosza nie wynosi, bo ciężkie są takie, całe dwa kilo ważą, w porywach do dwóch i pół, jak jakiś słoik się trafi. I w ogóle serce ma słabe takie… I oddychać nie może… Co to ta adrenalina potrafi?!

        A Wituś patrzy z uwielbieniem na małżonkę i bogu dziękuje, mimo że w żadnego konkretnego nie wierzy, bo co by nie mówić, to mu Hrabina te jego kalekie życie uratowała. I niechże szybko ktoś Hrabinę uleczy, bo w tym stanie to ona raczej kolejny raz uratować go nie zdoła, a on już w kościach czuje, że zły los szykuje kolejną pułapkę. 

środa, 27 grudnia 2017

Postanowienie noworoczne

             Ostatnie dni roku. W centrach handlowych tłumy ludzi niezadowolonych z otrzymanych prezentów i naiwnie liczących na szalone promocje. W Internetach, po epidemii wesołych świąt, pandemia podsumowywań wszelakich. Lada chwila nastąpi wysyp noworocznych postanowień. A to, że dieta, tak na serio i tym razem skutecznie. A to, że pracować mniej, albo wręcz przeciwnie w końcu uczciwie do roboty.  Jedni zaklinać się będą, że w tym roku to już na pewno odwykną, inni że na bank  w nawyk im wejdzie. Że sport systematycznie, realnie czy wirtualnie nieistotne, ważne, że codziennie. Że  hobby jakieś, najlepiej pasja prawdziwa, bo przecież sobą być trzeba, a jak tu sobą bez pasji, no nie da się i już, więc od stycznia zacząć trzeba. Albo wolontariat chociaż. Pomaganie takie szlachetne. Wyboru tylko dokonać należy, czy ludziom czy zwierzętom, czy swoim czy obcym raczej, czy chorym czy zdrowym, bo wszystkim przecież nie. A może nie pomagać ale oszczędzać. Dla siebie, dla żony, dla dzieci. Na wakacje. Na samochód. Na endoprotezę biodra, aparat ortodontyczny, przeszczep szpiku. Na emeryturę ostatecznie.

            A może tak po prostu, zwyczajnie, przeżyć 365 dni, od poranka bez „cholera, znowu do tej pieprzonej roboty” do wieczora bez „o matko, ale jestem zmęczona”? 

wtorek, 5 grudnia 2017

Rozmowy o kapiszonach - Pisarz

- Kto to jest pisarz?! – Chłopiec wykrzykiwał pytanie już od progu.
- Pisarz albo pisarka to taka osoba, która pisze książki – odpowiedziała, podczas gdy malec już wdrapywał się na krzesło przy kuchennym stole i zerkał czy nie został przypadkiem kawałek tego pysznego ciasta z wczoraj.
- Przecież ty mi zawsze powtarzasz, żeby nie pisać po książkach, bo książki trzeba szanować, a taki pisarz to chyba nie szanuje książek.  
- Pisarze nie piszą po książkach tylko piszą książki.
    Chłopiec patrzył z niedowierzaniem.
- Ale jak oni piszą te książki? Przecież w książkach są literki drukowane a nie pisane, to oni to są chyba drukarze a wcale nie pisarze!
- Masz rację – próbowała zachować powagę – drukarze książki drukują, ale najpierw pisarze muszą je napisać. Przynieś mi, proszę, książkę, którą najbardziej lubisz.
     Chłopiec pobiegł do swojego pokoju i po krótkiej chwili wrócił, trzymając w lewej ręce „Opowiadania z doliny Muminków” a w prawej książeczkę o przygodach Pajączka Łukasza.
- Dwie przyniosłem! Bo ja tą... – uniósł lewą rękę wysoko nad głowę – lubię jak mi tata czyta wieczorem, a tą - tym razem podniósł prawą rękę i pomachał książeczką tak, że aż zaszeleściły kartki- to lubię czytać sam albo z mamą, bo jak czytam z mamą to jeszcze rysujemy, bo zobacz, tu jest taka kolorowanka  albo się bawimy.
- Umiesz już czytać sam?
- Jak są obrazki to umiem! – W głosie chłopca zabrzmiała prawdziwa duma.
- No, to pokaż mi te książeczki. Zobaczymy, kto je napisał. Widzisz tu na górze jest nazwisko Tove Janson. A tu są dwa nazwiska…
- Po co dwa? – Przerwał chłopiec.
- Dwa, bo tę książeczkę napisały dwie panie.
-  Dwie? Ale dlaczego? Ta jedna nie umiała? Jak ja czasem nie umiem zasznurować butów to mama musi mi pomagać i wtedy już potrafię.
- Książki można pisać samemu i można je pisać razem z innym pisarzem, albo nawet z kilkoma.  
- Wiem! To jak zabawa. Czasem wolę się bawić sam, jak mnie brat zdenerwuje. I lubię się bawić z kolegami, w berka albo w chowanego. Nie da się bawić w berka sam, musi cię ktoś gonić i złapać, wiesz? Wtedy jest wesoło.
- Masz rację, jak robimy coś ze swoimi przyjaciółmi to jest wesoło.
- To ja też będę pisarzem! I napisze sto książek, albo tysiąc! – Chłopiec zaczął podskakiwać wesoło i wymachiwać rękami – A ile trzeba mieć lat, żeby być pisarzem, bo tata mówił, że żeby zostać kierowcą to muszę być dorosły, a pisarzem też muszę być dorosły?
- Nie musisz. Możesz zostać pisarzem nawet teraz, jeśli tylko chcesz.
-   Chce! Chce!! – Podskakiwał coraz wyżej i wykrzykiwał coraz głośniej.
- To przynieś tu szybciutko blok rysunkowy i mazaki, a ja pójdę po dziurkacz i wstążkę.
- Po co wstążkę?
- Zobaczysz – uśmiechnęła się tajemniczo i uprzątnęła stół.
     Kiedy chłopiec wrócił taszcząc duży blok i mazaki, na stole leżały już kolorowe szablony do rysowania, wstążeczki, dziurkacz, linijka i nożyczki.
- Gotowy do zabawy?
-   Tak! – Malec zasalutował udając żołnierza.
- To o czym będzie twoja książka?
- O mnie! Może być o mnie?
- Pewnie, że może. Świetny pomysł! Taka książka, w której autor pisze sam o sobie nazywa się autobiografia. Możesz opisać swoje przygody. Zaczniemy od okładki. Wymyśl tytuł.
- „Moje przygody” – wykrzyknął chłopiec i aż mu się oczy zaświeciły z radości.
- Najpierw zapiszemy, kto jest autorem…
-   Pisarzem! Ja! – Złapał czarny mazak i z wysiłkiem, wysuwając język i posapując wykaligrafował swoje imię na środku kartki, robiąc tylko jeden, malutki błąd. Zapisane w lustrzanym odbiciu „N” wyglądało jak oryginalnie zaprojektowana grafika. Znak firmowy autora.
- Bardzo ładnie. To teraz ja napiszę tytuł, a ty zaprojektujesz okładkę. Pomyśl o tym, co lubisz najbardziej, w co się lubisz bawić i narysuj tu te wszystkie rzeczy. Możesz wykorzystać szablony. Zobacz, tu są zwierzaki, a tu samochody…
       Chłopiec nie zastanawiał się długo. Odrysował psa, kota, traktor, latarnię morską i rower. A potem starannie je pokolorował.
- Fantastycznie. Masz już okładkę. Teraz zdecyduj ile stron będzie miała twoja książka.
- Tysiąc! Albo sześć!
- Sześć tysięcy?! To strasznie dużo!
- Nie, sześć – pokazał na palcach. Odliczyli odpowiednią ilość kartek i chłopiec przycisnął mocno dziurkacz.
- Teraz zwiążemy je wstążką, żeby się nie pogubiły. Umiesz zawiązać kokardkę? 
         Pierwsze dwie próby nie były nieudane, ale za trzecim razem już powstała zupełnie zgrabna kokardka. Dłuższy koniec został uroczyście obcięty nożyczkami. Chłopczyk był bardzo zadowolony, bo zrobił to sam, bez żadnej pomocy.  
- No, to na dzisiaj koniec. Jutro napiszesz pierwszy rozdział. Pomyśl,  jaką przygodę chciałbyś opisać.
- A potem damy mamie! Mama mówi, że książki to najlepsze prezenty.

- Mama ma rację. Książki to najlepsze prezenty. 

wtorek, 14 listopada 2017

Zgubione znalezione

Zmrok zapadał tak wcześnie, że Popołudnie zajmowało na kanapie coraz mniej miejsca, za to Wieczór rozpychał się nieprzyzwoicie. Bywały takie dni, że anektował całą kanapę i nie chciał z niej zejść ani na chwilkę. W te mgliste, dżdżyste i przenikliwie zimne, Poranek nie miał żadnych szans i smutny udawał, że nadal śpi, mimo że Noc dawno już przestała śpiewać swoją kołysankę. Jedynie Przedpołudnie jakoś się trzymało, przejmowało więc wszystkie domowe obowiązki i próbowało zapanować nad całym towarzystwem. Najskuteczniejsze okazywały się bajki. Wszyscy zbiegali się wtedy do salonu i wsłuchiwali w opowieść:

niedziela, 29 października 2017

Moja mała frustracyjka

        Cholera! Przecież umiem pisać… co jest grane? Siedzę trzeci dzień nad czymś, co powinnam napisać najwyżej w ciągu godziny, a w zasadzie podobno nawet w dziesięć minut. Kiedyś ktoś podał mi taki czas, jako zasadniczo możliwy, a nawet wskazany. Nawet w starej wersji nie dałabym rady w dziesięć minut!. Jak siedem stron w dziesięć minut?! Samo przepisywanie zajęłoby mi więcej czasu, a ja to przecież muszę stworzyć. Nie, nie stworzyć, to złe słowo.  Samo tworzenie byłoby nawet przyjemne. Ja to muszę dopasować do wzoru. Ja to muszę w odpowiednich rubrykach umieścić. Ja to muszę rozpisać na cele takie śmakie i owakie.  W formy i metody ubrać. I wielokrotnie  uzasadnić. I nie potrafię. Nie potrafię! Mimo siedemnastu lat doświadczenia. Mimo posiadania specjalistycznej wiedzy. Mimo wyjątkowej łatwości posługiwania się słowem. Mimo umiejętności samodzielnego i krytycznego myślenia. A może przez nią właśnie. Może przez nią! Termin się zbliża, a moje przesadnie zdroworozsądkowe myślenie podrzuca mi kłody pod palce. Termin nadchodzi nieodwołalnie a mój mózg broni się przed wtłoczeniem w tabelki i schematy.  Mam wszystkie potrzebne informacje i za diabła nie potrafię z nich skorzystać. Z moim myśleniem coś musi być bardzo nie tak… Może podstępny proces chorobowy prostuje moje dotychczas nieźle pofałdowane zwoje? Może mały, żarłoczny mózgojad rozpoczął przygotowania do zimowego snu i obżera się dzisiaj wyjątkowo gwałtownie? Może z wizytą zapowiada się daleki krewny z Niemiec, ten, jak mu to… Alzhaimer? Albo tylko Grisza Cyklon zamieszał mi w głowie? Przecież to miała być dobra zmiana! Dobra! Taka na lepiej. A ja czuję się gorzej. Coraz gorzej. A czas biegnie i nawet  dodatkowa godzina, podobno też ostatni raz mi dana, nie pomaga, bo i tak nadejdzie poniedziałek. Czy w poniedziałek będę już umiała? Czy we śnie dokona się cudowne samouzdrowienie? Znajdę rozwiązanie? Wpadnę na pomysł genialny i nie zapomnę go otwierając rano oczy? Może nie będę ich otwierać. Tak na wszelki wypadek. Może, gdy zasłonię oczy, poniedziałek nie nadejdzie? A jeśli nadejdzie mimo to, może mnie nie zauważy? 

piątek, 15 września 2017

Rozmowy o kapiszonach - Stara gazeta

-  Ja nie chcę jutro do szkoły! Nie chcę!!!
-  Ale czemu nie chcesz? Przecież jeszcze wczoraj chciałeś? Cieszyłeś się z nowego tornistra…
-  Tak, ale dzisiaj już nie chcę.
-  Czy coś się stało? Spotkała cię jakaś przykrość?
-  Nie.
-  No, to o co chodzi? Szkoła nie jest już fajna?
-  Nie! Szkoła jest jak stara gazeta!
-  Stara gazeta? Nic nie rozumiem…
-  Tak, szkoła jest jak stara gazeta! Nudna i głupia, jak stara gazeta.
-  Stara gazeta jest nudna?
-  Strasznie nudna. I nieaktualna. Już się do niczego nie przyda. Jak szkoła.
-  Rozumiem. Podaj mi proszę tamtą starą gazetę.
-  Po co?
-  Zobaczysz. Przynieś jeszcze nożyczki, klej i czyste kartki.
-  Ale po co?
-  Przynieś i siadaj tu obok mnie – zaczęła przeglądać gazetę, wycinać z niej pojedyncze słowa, fragmenty tekstów, jakieś obrazki i wszystko to naklejać na kartkę. Powstał śmieszny wierszyk a do niego równie wesoła ilustracja – Podoba ci się?
-   Yhm… fajne, mogę też?
-   Pewnie. Weź sobie drugą gazetę i zrób swój obrazek. – W czasie, gdy chłopiec wycinał i wyklejał, ona zaczęła zwijać kartki gazety w cieniutkie ruloniki i sklejać je taśmą klejącą.
-   Gotowe!
-   Pokaż. O! To prawdziwe dzieło sztuki!
-   Zobacz, przykleiłem samochód, bo lubię samochody. A tu jest pies, bo chciałbym mieć kiedyś psa… I jeszcze tytuł dałem, widzisz?
-    Widzę. Marzenia. Bardzo dobry tytuł. To teraz pomóż mi zwijać te ruloniki.
-    Po co?
-    Zaraz zobaczysz. Staraj się zwijać jak najciaśniej.
-    Tak dobrze?
-    Świetnie ci idzie! A teraz policz ile już mamy tych ruloników?
-    8, 9 …. 13, 15… 20!
-    To teraz patrz… – Wzięła do ręki wszystkie ruloniki, jak patyczki do gry w bierki i rozsypała na stole.
-   Spróbuj teraz zebrać jak najwięcej, tylko pamiętaj, żeby nie ruszyć żadnego innego niż ten który chcesz zabrać. Jak w bierkach. Ostrożnie.
-   Wygrałem! Gramy jeszcze raz?
-   Nie mamy już czasu. Teraz posprzątamy. Postaw to puste pudełko tam pod szafą. A teraz wszystkie papierki, które nam zostały zgniatamy w kulki. Umiesz to zrobić jedną ręką?
-   Umiem.  Nie  umiem…. Trudne… Udało mi się!
-   A teraz spróbuj trafić kulką do pudełka.
-   Brawo ty! No, kończymy zabawę. Zaraz będzie kolacja. A potem do łóżka, bo jutro wcześnie wstajesz do szkoły – pogłaskała chłopca po głowie.
-   A szkoła jest jak stara gazeta! – Wykrzyknął radośnie i pognał myć ręce
-   Tak… szkoła jest jak stara gazeta.


piątek, 8 września 2017

Powstrzymać jutro

            K. bardzo nie chciał, by nadeszło jutro. Robił co mógł, żeby powstrzymać wschód słońca. Niestety udało mu się jedynie zniechęcenie księżyca do zachodu. Wychodząc z domu  ujrzał go, jak wisiał wciąż jeszcze wysoko na niebie, cały w pełni, podczas gdy słońce już bluzgało nadmiarem promieniowania elektromagnetycznego nieprzyzwoicie rażąc w oczy.
            K. poczuł narastający niepokój w trzewiach.  Na myśl o tym, że przecież sam zgłosił się do tej misji i teraz to już raczej nie ma wyjścia i musi całą sprawę doprowadzić do końca, pokręcił z niedowierzaniem głową. Usłyszał dziwne trzeszczenie. Dźwięk przypominający zgniatanie kawałka styropianu dobiegał z wnętrza jego własnej czaszki. K. postanowił go zignorować. Wsiadł  do samochodu i ruszył. Po kilku kilometrach ogarnęły go wątpliwości, czy aby na pewno wie co robi? Zatrzymał wóz na poboczu. Wysiadł zaczerpnąć powietrza i natychmiast tego pożałował. Wyczuł zapach ozonu. Niepokój rozrósł się do rozmiarów panicznego lęku. Wrócił do samochodu. Z trudem włożył kluczyki do stacyjki. Odpalił silnik i natychmiast go zgasił. Uświadomił sobie, że nie wie gdzie ma jechać. Nie zapytał. Zadzwonił do centrali. Podali mu adres. Ruszył. Po pół godzinie był na miejscu. Zaparkował na poboczu. Wziął teczkę z dokumentami. Podszedł do furtki. Nacisnął dzwonek. Cisza. Zbyt długa.

          Znowu to trzeszczenie w czaszce. Tym razem trudno było je zignorować. Nieprzyjemnie narastało przy każdym ruchu głową. Numer domu się zgadza, ale najwyraźniej nikt tu na niego nie czeka. I nagle poczuł,  jakby go ktoś z całej siły kopnął w żołądek. Pomylił ulice. Od dawna miał problem z nazwami. Zaczęło się od pomylenia układu współczulnego z przywspółczulnym jeszcze na studiach. Powtarzał rok. Teraz był o krok od utraty pracy. Nie zdąży na czas. Musiałby jechać przez pola. Potem skrótem przez las. Nie znał go zbyt dobrze. Właściwie to wcale go nie znał. Słyszał tylko, że istnieje i ponoć jednemu z wyższych rangą kiedyś udało się tamtędy przejechać. Będzie musiał zaryzykować. Wrócił do samochodu. Ruszył powoli, żeby nie przegapić zjazdu. Wydawało mu się, że jest zdecydowany. Właściwie już skręcał na wyboistą ścieżkę. W ostatnim momencie zrezygnował. Wcisnął pedał gazu do oporu. Silnik zawył i zadymił. K. jechał przed siebie. Byle dalej stąd. Włączył radio, żeby zagłuszyć trzaski w głowie. Wyskoczył na autostradę o mało nie ocierając się o rejsowy autobus. 
          Nie, to nie była robota dla niego. Spojrzał na teczkę rzuconą niedbale na siedzenie pasażera. Wydrukowane na okładce imię i nazwisko zapulsowało ostrzegającym czerwonym światłem i po chwili zgasło. Trzeszczenie w czaszce K. zmieniło się w wysoki, nieznośny  pisk. Linia ciągła płaska. 

wtorek, 29 sierpnia 2017

Koniec lata

             Chłodne poranki. Szybko zapadający zmrok. Unoszący się w powietrzu coraz wyraźniej wyczuwalny zapach rozkładu. Pojedyncze, przedwcześnie pożółkłe liście, opadające znienacka. Już czerwona, dojrzała jarzębina a wśród owoców pojedyncze, kwitnące zupełnie absurdalnie kwiaty o zapachu, który każde z nich odbierało zupełnie inaczej. Tak, jak i nadchodzącą jesień. Dla niego wszystko się kończyło. Dla niej właśnie teraz zaczynał się nowy rok. On z dnia na dzień tracił energię. Ona rozkwitała. Patrząc w tym samym kierunku, widzieli zupełnie inne obrazy. Ona zachwycała się złotym światłem, podczas gdy on dostrzegał tylko coraz ciemniejsze odcienie szarości. Zostało im jeszcze  kilka wspólnych dni. Potem on zapadnie w  odrętwienie. Ona wręcz przeciwnie. Spotkają się znowu wiosną. Pójdą na spacer ulicą Piękną. On zerwie dla niej gałązkę bzu. Ona popatrzy mu głęboko w oczy. Mają tak mało czasu…

sobota, 26 sierpnia 2017

Furtka

        Klara podłożyła sobie zwinięty w rulon sweter pod głowę, położyła się  na rozgrzanych kamieniach tarasu i zamknęła oczy.  Musiała zasnąć, bo nagle znalazła się na maleńkim wybrukowanym placyku oświetlonym jedynie blaskiem księżyca. Dłuższą chwilę trwało zanim jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Wokół panowała prawie całkowita cisza. Jedynym dźwiękiem, jaki do niej docierał, był łomot jej własnego serca. Nie bała się ciemności, nawet w dzieciństwie, ale panicznie bała się nieznanego. Nie mogła jednak stać tutaj w nieskończoność. Zrobiła kilka małych, niepewnych kroczków przed siebie, asekuracyjnie rozkładając szeroko ręce. Pusto. Całkiem pusto. Zastanawiała się, czy nie zawrócić, ale postanowiła zrobić jeszcze kilka kroków. Niespodziewanie wyrósł przed nią mur. Chłodny. Chropowaty.
-    Jest mur to musi być i furtka – pomyślała i zaczęła przesuwać się powoli zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
          Miała wrażenie, że idzie już bardzo długo. Znowu przemknęła jej przez głowę myśl, że może lepiej wrócić, ale zaraz uprzytomniła sobie, że przecież nawet nie rozpoznałaby miejsca, z którego rozpoczęła wędrówkę. Szła więc dalej, jedną dłonią dotykając muru, drugą machając bezładnie w ciemności. Nagle potknęła się o coś twardego i usłyszała stukot turlającego się po bruku kamienia. Z trudem utrzymała równowagę.  Zatrzymała się i oparła plecami o mur. Musiała uspokoić oddech.
-   Jeszcze by tego brakowało, żebym tu wyrżnęła jak długa. Nikt by mnie tutaj nie znalazł. Sama nie wiem gdzie jestem … - i już miała kontynuować wędrówkę, gdy w oddali, dokładnie na wprost, spostrzegła coś, jakby migoczące światełko. Przetarła oczy i spojrzała jeszcze raz przed siebie. Ewidentnie światełko. Maleńkie. Ale światełko! Odkleiła się od ściany i ruszyła przed siebie. Powoli. Pokracznie. Zatrzymując się co kilka kroków z powodu zawrotów głowy. Trwało to strasznie długo, a te cholerne światełko było cały czas bardzo daleko.
-   Nie, no to jest bez sensu… - zrezygnowana usiadła na bruku. Wokół ciągle ta sama cisza. Nad nią ogromny księżyc z miną, jakby za chwilę chciał ją obdarzyć najpotężniejszym pomieszaniem zmysłów –    Niedoczekanie twoje  - wyszeptała pod nosem – Idę!
          Po kilkunastu minutach, a może po kilku godzinach, nie była w stanie tego określić, znalazła się tak blisko światełka, że mogła rozpoznać kształt dziurki od klucza. Przyspieszyła kroku i gdyby nie wyciągnięte do przodu ręce, wyrżnęłaby głową w mur. Przytknęła oko do dziurki i zaraz tego pożałowała. Zaatakowała ją oślepiająca jasność. Po drugiej stronie muru najwyraźniej był środek wyjątkowo słonecznego dnia. Nieduży brukowany placyk, może rynek. Kilka straganów. Tu kwiaty, tam owoce. Dookoła kolorowe kamieniczki. Każda inna. Po lewej chyba ratusz. A może kościół. Nie widziała dokładnie. Niespiesznie przechodzący ludzie sprawiali wrażenie zadowolonych z życia. Uśmiechali się do siebie nawzajem. Wymieniali pozdrowienia.

-    Ciekawe, czy byłoby dla mnie miejsce w tym miasteczku? – pomyślała i zaraz skarciła samą siebie za źle postawione pytanie. Wymacała klamkę. Chłód metalu ostudził emocje. Wzięła trzy głębokie oddechy i powtarzając w myślach zaklęcie: żeby tylko była otwarta…, żeby tylko była otwarta…, żeby tylko była otwarta… nacisnęła z całej siły.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Rozmowy o kapiszonach - Las

-  Co to jest las?
-  To taki stary, stabilny, samowystarczalny ekosystem.
-  Taki stary jak ty?
-  Dużo starszy. Ej, ja nie jestem, wcale taka stara!
-  Pokażesz mi las?
-  Tak wyglądał. Patrz – wyciągnęła z kieszeni bardzo starą fotografię.
-  Co to?
-  Drzewa.
-  A to?
-  To paprocie.
-  A to tutaj?
-  To mech.
-  Fajny. Pojedziemy tam? Gdzie to jest? Pojedźmy! Jutro! Dobrze? Pojedziemy? Proszę…
-  Lasu już tam nie ma.
-  Poszedł sobie? Wiesz gdzie? Poszukamy go? Ja chcę go zobaczyć!
-  Nie możesz go zobaczyć. Nikt już nie może go zobaczyć…
-  Ale dlaczego? Ja chcę !!!
-  Ja też bardzo bym chciała. Nie możemy go zobaczyć, bo… umarł.
-  Jak mój chomik?
-  Tak, jak twój chomik.
-  To zobaczmy inny las. Jest inny las?
-  Nie ma. Ten był ostatni. Ale poczekaj, mam pomysł! – wyszła na chwilę i wróciła trzymając rękach duży szklany słój -  Zobacz, to jest las. Powąchaj.
-   Ale pachnie! Co to za zapach?
-   To świeże powietrze. Kiedyś tak pachniał cały świat.
-   Ładnie. Mogę jeszcze?
-   Możesz, pewnie że możesz. A teraz wyobraź sobie, że jesteś malutki jak mikro-czip i wchodzisz do środka i drzewa są wysokie do samego nieba…  





poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Rzut kostką

-  Jasne. W poniedziałek. Nie ma sprawy. Do zobaczenia – odłożył telefon i zerknął na dworcowy zegar. Czwarta rano. Pasażerowie szybko opuszczali peron. Po kilku minutach zostały tylko gołębie i jedna pszczoła ucztująca na porzuconym przez długonogą blondynę ogryzku jabłka. Zastanawiał się nad wyborem kierunku. Za kwadrans odjeżdżał osobowy na południe. Gdyby się zdecydował, mógłby pójść na spacer do lasu. Kiedy ostatnio spacerował po lesie? Powróciły wspomnienia długich wycieczek z ojcem, budowanie szałasu ze świerkowych gałęzi, zabawy w partyzantów… A może poczekać godzinę i zdecydować się na zmarnowanie kolejnych pięciu na podroż, by w nagrodę znaleźć  się nad brzegiem morza, zdjąć buty i poczuć piach miedzy palcami stóp? Zdążyłby wrócić na czas. Usiadł na ławce, by spokojnie podjąć decyzję. I wtedy ją zauważył. Stała na drugim peronie. Zdecydowanie zbyt blisko krawędzi. Pomachał do niej w nadziei, że go zobaczy. Chciał ją zawołać. Nadjeżdżający pociąg zagłuszył krzyk.

czwartek, 20 lipca 2017

Biblioteka

-   „Przeszywa mnie dreszcz emocji, gdy przedstawiam wam »tekst z podtekstem«” – przeczytała cicho Klara i natychmiast odłożyła książkę na półkę. Czego, jak czego, ale wszelkiego rodzaju podtekstów miała serdecznie dość. Tych wszystkich metafor, przenośni, owijania w wiele warstw bawełny, przymrużania oczu. Nie chciała już niczego się domyślać. Nie miała siły na dokopywanie się do drugiego, trzeciego czy siódmego dna. Była zmęczona delikatną ironią, inteligentnym sarkazmem i ciężkim cynizmem. Wyczuwając najdrobniejszą aluzję, krzywiła się ze wstrętem. Żarty, nawet te najwyższych lotów, omijała szerokim łukiem. Potrzebowała szczerości. Czystej, dziecięcej, może nawet troszkę autystycznej, bezpośredniości.
-   „Miałem krewnego, który studiował trygonometrię, aż mu wąsy odpadły, a kiedy już się wszystkiego nauczył, przyszła jakaś Buka i go zjadła. No i leżał potem w brzuchu Buki z całą tą swoją mądrością!” – uśmiechnęła się do siebie i podała książkę Bibliotekarce.
-    Ma pani naszą kartę? – rutynowe pytanie wprowadziło Klarę w konsternację.  Miała. Kartę do bankomatu, kartę kredytową, kartę stałego klienta drogerii, zakładu fryzjerskiego, pijalni soków, baru „Dobra Kura”, lojalnościową kartę zagranicznego koncernu paliwowego i parę innych absolutnie nieprzydatnych kart. Karty bibliotecznej nie miała.
-    Mam, ale niestety nie przy sobie…
-    To w takim razie dowód osobisty poproszę – Bibliotekarka cierpliwie poczekała, aż Klara wydobędzie dokument – Kiedy była pani u nas ostatni raz?
-    Nie pamiętam dokładnie, ze dwa… trzy lata temu?
-   Zmieniła pani nazwisko? Nie mogę znaleźć w systemie - Klara podała nazwisko panieńskie.
-    O jest pani! To wyrobimy kartę. Mamy teraz nowy system. Można rezerwować książki przez Internet. Proszę, tu się pani zaloguje – Bibliotekarka podała Klarze karteczkę z adresem strony i hasłem i bardzo szczegółowo poinformowała o regulaminie, delikatnie akcentując konsekwencje nie oddania książki w terminie.
-     Dziękuję – wyszeptała Klara i wyszła z biblioteki. Tuż za drzwiami, sprawdzając czy na pewno nikt jej nie widzi, uniosła książkę do twarzy i wciągnęła w nozdrza zapach pożółkłych, zakurzonych kartek. Kojarzył jej się z domem, niezupełnie beztroskim dzieciństwem i całym wszechświatem  możliwości.


wtorek, 11 lipca 2017

Kradzież

Próbowała sobie przypomnieć kiedy ostatnio wstała wyspana, radosna i gotowa na zmierzenie się ze wszystkimi wyzwaniami życia. Sięgała pamięcią najdalej, jak tylko potrafiła i nie odnajdywała takiego wspomnienia. Czyżby w ogóle go nie było? A może powinna założyć  okulary, mogłaby wtedy spojrzeć dalej. Albo spoglądać przez teleskop! Może wówczas, patrząc na małą dziewczynkę zrywającą się o świcie z łóżka, by zajrzeć do pudełka z biedronkami i dokładnie je policzyć, dostrzegłaby utraconą radość. Może, gdyby zdołała sięgnąć wzrokiem poza horyzont,  zobaczyłaby też co lub kto pozbawił ją całej energii. Bo o tym, że nie był to tylko upływający bezlitośnie czas była od dawna przekonana. Wystarczyło spojrzeć na dziewięćdziesięcioletnią sąsiadkę, jak z uśmiechem na ustach, mimo trzydziestostopniowego upału, poleruje szyby w oknach. Albo na tego starszego pana z naprzeciwka, który codziennie o siódmej rano szedł sprężystym krokiem do pobliskiego sklepiku po świeże bułeczki, witając się radośnie z każdym napotkanym przechodniem i życząc mu miłego dnia tak serdecznie, że nie można było nawet pokochać poniedziałek. Nie, nie, to nie był czas. Ten co najwyżej dorysowałby jej kilka zmarszczek, dołożył kilkanaście kilogramów tu i tam, kościstymi paluchami podziurawił odrobinkę pamięć. To musiało być coś innego. Może kiedyś, gdzieś, przypadkiem, wydarzył się jakiś wypadek, w którym jej zbiornik z energią został uszkodzony i nikt tego nie zauważył. I od tamtej chwili, kropelka po kropelce wyciekało z niej życie. I zostało go już tylko troszeczkę, na samym dnie. Ot tyle, żeby się obudzić, ale już nie tyle, żeby od razu wstać. Wystarczająco na to, by przetrwać dzień, ale już nie tyle by podejmować zbędne aktywności, takie jak radosny podskok na wieść o tym, że właśnie przyszło lato albo szczery uśmiech na widok stawiającego pierwsze kroki dziecka. Tyle, by podejść do samochodu, ale za mało, by podbiec do tramwaju. Może wystarczyłoby jeszcze na snucie marzeń, ale na realizację choćby tego najmniejszego, to już raczej nie. Chociaż, gdyby ułożyła się jakoś na skos, albo mocno sobą potrząsnęła, energia spłynęłaby? A jeśli to nie jest nieszczelność systemu spowodowana dawnym urazem? Może ktoś się włamał do skarbca i bezczelnie wynosi po kawałeczku jej życiową siłę? Ale kto? Kiedy? I jak mogła tego nie zauważyć? No, teoretycznie mogła. A praktycznie, to raczej nie miała żadnej szansy się zorientować. Nie miała bowiem w zwyczaju ani jakoś szczególnie kontrolować własnych zasobów, ani w żaden sposób ich zabezpieczać. Wierzyła, że na początku otrzymała ilość wystarczającą i ufała, że całość jest absolutnie bezpieczna. O święta naiwności!  A jeśli już na samym początku ktoś podebrał cichaczem sporą część? Że niby i tak wszystko zostanie w rodzinie, że przecież kiedyś odda. Nie upominała się, bo to jednak rodzina, to nie wypada, trzeba czekać, wierzyć. Może zapomniał? Na pewno odda kiedy ona będzie bardzo potrzebować. Teraz potrzebuje! A może to wcale nie ktoś spokrewniony? Może pozwoliła się bezczelnie okraść obcemu i tak jej było wstyd, że nie przyznała się nawet przed samą sobą? To wielce prawdopodobne. Ktoś ją okradł. Ratunku! Złodziej! Łapać go! Ludzie, na pomoc! 

środa, 28 czerwca 2017

Rozmowy o kapiszonach - Kapcie

    -  Co to jest?
    -  To są kapcie, dziecko, ciepłe kapcie.
    -  Po co ci kapcie? Nie masz butów?
    -  Mam buty. O patrz, tam stoją.
    -  Czemu stoją? Czemu ich nie masz na nogach?
    -  Założę, kiedy będę wychodzić.
    -  Ale dlaczego je zdjęłaś?
    -  Zdjęłam, bo już dzisiaj nigdzie nie pójdę.
    -  Będziesz siedzieć cały czas w fotelu? Nie pójdziesz nawet siusiu?
    -  Pewnie pójdę nie raz. I do kuchni pójdę herbatę zrobić. I kwiatki w salonie pójdę podlać.
    -  I wtedy założysz buty?
    -  Nie.
    -  Dlaczego? Przecież chodzi się butach.
    -  W butach się wychodzi. W butach wychodzi się na zewnątrz.
    -  A w kapciach się wchodzi do środka, tak?
    -  Tak, żeby wejść do środka musisz zdjąć buty.
    -  A Dziadek nie ma kapci. Dziadek ma buty. Dlaczego?
    -  Bo Dziadek się boi.
    -  Dlaczego? Przecież kapcie są miękkie i ciepłe. Ja się nie boję kapci. Mogę je pogłaskać!
    -  Dziadek się boi wejść do środka.
    -  Dlaczego?
    -  Boi się, że jak wejdzie, to potem będzie mu trudno wyjść. Dlatego Dziadek zawsze chodzi w butach i nigdy nie rozpakował swojej walizki.
    -   I nie wyciągnął z niej swoich kapci, tak?
    -   Dziadek chyba nawet nie wie, czy je ma. Nigdy tam nie zaglądał.
    -   Dlaczego?
    -   Dziadek boi się węży.
    -   Dziadek ma w walizce węże? Mogę zobaczyć? Proszę…
    -   W walizce nie ma węży. Dziadek myśli, że mogłyby tam być. W walizce są kapcie i piżama.
    -   Skąd wiesz?
    -   W każdej walizce są  kapcie i w każdej walizce jest piżama.
    -   W mojej też?
    -   Tak, w twojej też.
    -   Takie ciepłe jak twoje?
    -    Możliwe. Zobaczysz kiedy otworzysz walizkę.  
    -   A kiedy to będzie? Jutro? We wtorek?
    -   Otworzysz, kiedy znajdziesz swój dom.
    -   A Dziadek ma dom i nie otworzył, dlaczego?
    -  Widzisz, dziecko, Dziadek swojego prawdziwego domu nigdy nie znalazł. Nawet nie zaczął go szukać… Dziadek został w moim domu.
    -   Czy ja też mogę tu zostać?
    -   A masz ochotę już założyć kapcie?


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Obrazki z życia Hrabiny i Witusia - Zaproszenie

             Nadeszła wiosna i wraz z nią Hrabina odzyskała życiową energię. Odzyskała ją w nadmiarze. Najwyraźniej odebrała sporą jej część Witusiowi, gdyż ten od jakiegoś czasu pogrążał się coraz głębiej w otchłani depresji. Im bardziej Wituś zapadał się w ciemność, tym bardziej Hrabina emanowała wyimaginowanym blaskiem.  Wydobyła z szafy od dawna nie noszone jedwabne suknie, wsunęła na palec sygnet z rodowym herbem i przybrała wyniosły ton głosu, odpowiedni do wydawania rozkazów. Pod ręką, na wszelki wypadek, miała też sole trzeźwiące i chusteczki. Nieodłączny zestaw do manipulowania otoczeniem. Wituś dla odmiany zapadł się w fotel z kubkiem ziołowej herbatki i tylko od czasu do czasu łapał się za głowę albo zatykał sobie uszy. Nie mógł pojąć ani otaczającego go wrogiego świata ani niczym nie uzasadnionego wobec niego i niepokojąco narastającego  entuzjazmu Hrabiny. Hrabina natomiast pojąć nie mogła jakim cudem ona tyle lat wytrzymała z takim niedołęgą. Nie omieszkała tego Witusiowi wypominać mniej więcej co jakieś piętnaście minut, a w ostatnich dniach nawet częściej. Hrabina otrzymała bowiem zaproszenie na wernisaż. Swoje prace wystawiała po raz pierwszy wnuczka Hrabiny. Nie była to co prawda rodzona wnuczka albowiem Hrabina nigdy nie zniosłaby, gdyby ktoś zwracał się do niej per „babciu” i w odpowiednim czasie stanowczo poinformowała o tym własną córkę. Była to córka córki chrzestnej Witusia, uzdolniona studentka ASP, której Hrabina poświęcała od dawna sporo, bynajmniej nie bezinteresownej, uwagi.  
-       Kiedy ostatnio byłam na wernisażu Ireny we Wrocławiu …
-       To było pięćdziesiąt lat temu! – warknął Wituś
-       …. były tłumy! Wernisaż organizowała Uczelnia. A tu nic nie pisze, że to Akademia zaprasza.
-     Dzidzia cię zaprasza. Sama organizuje. W domu kultury – Wituś tłumaczył, próbując zachować spokój.
-       Jak to sama? Wernisaż zawsze organizowała Uczelnia! U Waldemara też byłam… O! Tam to było eleganckie towarzystwo! Profesorowie! Jak to sama!? To niemożliwe! – Hrabina czwarty raz czytała treść zaproszenia, nie mogąc odnaleźć informacji o udziale Akademii w organizacji wydarzenia.
-        Ty chcesz tam jechać?! – Wituś był naprawdę przerażony. Przerażała go myśl o tym, że Hrabina każe się tam wieźć, a to późnym wieczorem jest i on wieczorem to się już raczej kiepsko czuje. Jeszcze bardziej przerażało go to, że Hrabina mogłaby tam pojechać sama. Taksówką. I on czekałby na nią w domu, wyobrażając sobie jak ona ginie zasztyletowana przez taksówkarza – psychopatę.
-        Oczywiście! Przecież to Wernisaż! Zostałam zaproszona!
-       To nie jest zaproszenie. To jest tylko informacja – Wituś próbował jak mógł zniechęcić Hrabinę do opuszczenia domu.
-    Jaka informacja? To Zaproszenie! O, patrz! Zaproszenie! -  Hrabina z wyrzutem podsunęła kolorowy kartonik Witusiowi pod nos.
-    Ale nie jest imienne – z satysfakcja zauważył Wituś, czym dotknął Hrabinę do żywego i natychmiast pożałował. Oczy Hrabiny zwilgotniały a głos zaczął się łamać. Przez chwilę wahała się czy omdleć, czy uderzyć w płacz. Wybrała to drugie.

-       Tak, bo ty zawsze do wszystkiego mnie zniechęcisz… jak więzień w tym domu siedzę, ludzi nie widuję już wcale… we Wrocławiu to ja na wszystkie wystawy chodziłam, na bale mnie zapraszano, na wernisaże… a tutaj co? Nic ! Tylko twojego marudzenia słucham od rana do wieczora… - Hrabina ostentacyjnie sięgnęła po chusteczkę a Wituś złapał się za serce ciężko wzdychając.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Entliczek, pętliczek...

Od kilku miesięcy w Zakładzie działo się coś naprawdę niedobrego. Wszyscy to czuli, ale nikt nie potrafił zdefiniować. Pierwszy rozchorował się Król Julian. Rozchorował się bardzo poważnie. Nikt nie wiedział na co konkretnie, ale biedak pojawiał się i znikał niespodziewanie. Potem  Rehabilitant złamał sobie obojczyk. Tak zwyczajnie. Urlop. Narty. Upadek. Gips. Dwa miesiące zwolnienia.  Następnie hurtem pochorowały się dzieciaki pań z działu przedszkolnego i wymagały długotrwałej opieki swoich mam. Nieobecność Mam-Pracownic spowodowała niezadowolenie Mam-Klientek i serię telefonów z pretensjami, które zmuszona była odpierać Przyszła Mama - Sekretarka. Po kilku tygodniach wysłuchiwania próśb, błagań, a w końcu także gróźb, nie wytrzymała. Z czterdziestostopniową gorączką została odwieziona do szpitala. Szybko okazało się,  że pozostanie tam na długo. Na drzwiach sekretariatu Filii Zakładu zawisła odręcznie nabazgrana karteczka, że „nieczynne do odwołania” i „proszę dzwonić tam”. Zawisłaby ładna wydrukowana, niestety drukarka odmówiła współpracy a Informatyk tylko rozkładał ręce mówiąc coś o jakiś nowych sterownikach i braku tego „dinksa” w miejscu, gdzie być powinien. Tam dzwonili więc  klienci. Tam dzwonili też zdezorientowani pracownicy. Zdezorientowani tym bardziej, że i Tam od kilku dni  nikt nie odbierał telefonów. Tam powinna być Doświadczona i Wszechwiedząca Sekretarka. I byłaby na pewno, gdyby nie straszny wypadek jej męża. Mąż górnik. W kopalni zawał. Na szczęście żyje! Ale unieruchomiony. Potrzebuje całodobowej opieki żony. Tu głuchy telefon i Tam głuchy telefon. Coraz większy chaos. Galopująca dezorganizacja. Pracująca za dwie Ambitna Amelia próbując odkręcić uparty słoik kaleczy się tak nieszczęśliwie, że prawie odcina sobie kciuk. Krew. Pogotowie. Operacja. Rehabilitacja. W tym roku Amelia już nie będzie pracować. Patrząc na to, co się dzieje, Przezorna Zuzanna szybciutko zredukowała swój wymiar godzin do połowy. Krycha z Zochą, odczuwając od kilku dni podejrzane i niespecyficzne objawy somatyczne, czym prędzej uciekły w teren. Klara przyglądała się temu wszystkiemu próbując zachować zdrowy dystans, jednak, gdy w pewien poniedziałek nagle i niespodziewanie stłukł się jej ulubiony kubeczek z wiewiórką, stwierdziła, że najbezpieczniej będzie jeśli natychmiast uda się na kilkudniowy urlop. Na posterunku trwała jeszcze, bo ktoś przecież trwać musiał, Zdesperowana Wice. Zocha przyjmowała zakłady, jak długo Wice wytrzyma, bo z dnia na dzień wyglądała gorzej. Chuda, blada, spuchły jej kolana, wypadł przedni ząb, a nie dalej jak wczoraj, jakiś fiut zaparkował auto w bagażniku jej wysłużonego fiata. Jak tak dalej pójdzie, to do końca kwietnia wyeliminowani zostaną wszyscy pracownicy Zakładu i trzeba będzie wywiesić tabliczkę: „zamknięte bo nieczynne”.

[pięć miesięcy wcześniej]

- Stasiu, niczego nie dotykaj, bardzo cię proszę – powiedziała elegancka blondynka zerkając na synka znad Smartfona. Chłopczyk był bardzo ruchliwy i konieczność kilkuminutowego oczekiwania na wizytę, urozmaicał sobie wędrówką po długim korytarzu i zaglądaniem we wszystkie możliwe zakamarki. W jednym z nich odkrył właśnie coś absolutnie fascynującego.
- Nie dotykam, mamo! – Staś szybciutko cofnął paluszek, wcisnąwszy jednak wcześniej malutki czerwony guziczek do oporu i podbiegł do matki, przybierając po drodze minę niewiniątka.
 -   Mamusiu, a co to znaczy „autodestrukcja”?
-  Dziecko! Skąd ty znasz takie słowa? Zabraniam ci się przyjaźnić z  Leosiem!
-    Ale mamo ….
-  To zły chłopak jest! Zabraniam i już! I chodź już, bo pani nas prosi.

piątek, 24 marca 2017

Motyw

Dzień zaczął się zwyczajnie. Budzik. Prysznic. Kawa. Kanapki do torby. Kurtka. Klucze. Kilka stopni w dół. I nagle skurcz jelit. I już wiedział, że dziś to ma raczej przesrane. Już nic nie ułoży się tak, jak sobie zaplanował. Właściwie rowie dobrze mógłby zostać w domu, wrócić do łóżka i spać do jutra, jutro zacząłby od nowa. Chciał nawet  zadzwonić do szefa i jakimś wiarygodnym kłamstewkiem usprawiedliwić swoją nieobecność, gdy telefon zawibrował mu w dłoni.

czwartek, 9 marca 2017

Telefon

       Minęły ledwie dwa miesiące od jej powrotu do pracy, a Klara zaliczyła już zapalenie mięśnia gruszkowatego prawego, ostre zapalenie migdała lewego, katar, nieżyt żołądka i upierdliwą infekcję intymną w efekcie skutecznego leczenia antybiotykiem zapalonego migdała oraz kilka migren. Dzisiaj do całego zestawu dołączył bolący ząb.
       Korzystając z tego, że do Zakładu miała jechać dopiero po południu postanowiła niezwłocznie udać się do stomatologa. Zwykle unikała wizyt u dentysty z powodu panicznego lęku, tym razem jednak postanowiła być odważna. Odważnie wybrała więc numer gabinetu, odważnie poprosiła o ustalenie wizyty i odważnie zgodziła się na … przyszły wtorek. A skoro miała już wolne przedpołudnie....

wtorek, 21 lutego 2017

Torcik

       Siedziała w kawiarni już drugą godzinę. Zielona jaśminowa herbata zupełnie wystygła. Kelnerka trzy razy pytała ją, czy może coś jeszcze podać i Klara czuła, że jeśli zostanie zapytana po raz czwarty, to ulegnie pokusie i zamówi kawał czekoladowego tortu albo puchar lodów z wielką czapą bitej śmietany. Mogła wybrać się do parku. Tam nikt nie namawiałby jej do jedzenia słodyczy. Mogła. Park był jednak tradycyjnym miejscem schadzek zakochanych, a ona chwilowo nie była zakochana ani zakochania nie planowała. Nie planowała nawet napisania powieści o zakochanych. Jedyne, co miała w planie to, po ostatnich wydarzeniach, szybki wyjazd poza granice tego kraju. Wyobraziła sobie już nawet własne nowe mieszkanie w urokliwym skandynawskim miasteczku. Z okna miałaby widok na skrzyżowanie dwóch głównych ulic, a właściwie uliczek i zabytkowy, kamienny mostek. Nie bardzo mogła się zdecydować, czy wolałaby przyjąć nudną posadę w klubie seniora, mieszczącym się tuż obok popularnej dyskoteki czy raczej zgodzić się na prowadzenie miejscowego domu kultury. Skłaniała się raczej ku tej drugiej opcji. Miała już nawet pomysł na zorganizowanie wystawy sztuki dziecięcej. O właśnie! Sztuki! A może zamiast siedzieć tutaj nad zimną herbatą i czekać na natchnienie, które najwyraźniej nie zamierza się dzisiaj pojawić, pójdzie do galerii. Może znajdzie coś małego, nadającego się na prezent? Zrobiłaby Janowi niespodziankę. Byli umówieni wieczorem w tej eleganckiej restauracji na molo. Tak, zdecydowanie, musi się stąd ruszyć zanim kelnerka znowu do niej podejdzie. Pójdzie sobie na spacer. Okolica jest taka piękna. I pogoda ładna. A może na rynku znowu jej ulubiony kwartet smyczkowy będzie grał swój koncert? Tak, poszuka natchnienia gdzieś indziej. I zdecydowanie wolałaby dostać inną kartę. Może Wisielca? A jeszcze chętniej Świat. No ostatecznie Śmierć. Niestety, rano wyjęła ze skrzynki pocztowej kopertę a w niej …. Kochankowie!
- Może jednak coś podać? – tym razem kelnerka spojrzała na Klarę takim wzrokiem, że ta odruchowo złożyła zamówienie.
-  Cholera jasna! Kochankowie! Silne pokusy… uległam. A opowiadanie nie napisane. Za to torcik – pycha…


piątek, 10 lutego 2017

Siedem

Wiedziała, że nie powinna iść w stronę światła. 
Stała przez chwilę nieruchomo, 
próbując znaleźć jakieś inne rozwiązanie 
tej niefortunnej sytuacji, 
kiedy poczuła lekkie dźgnięcie 
kościstym paluchem między łopatki. 
Ruszyła wolno przed siebie, 
ostrożnie stawiając kroki, 
chociaż ostrożność  teraz to już raczej  
musztarda po obiedzie. 
Trzeba było uważać przedtem. 
Poczuła mocno nieświeży oddech na swoim karku.  Chciała się odwrócić 
i  grzecznie zaproponować „weź Halitomin”, 
ale właśnie została dźgnięta nieco mocniej. Przyspieszyła kroku. 
Ściany ciemnego korytarza pokrywała fosforyzująca, zielona, glutowata substancja. 
Ble… nigdy nie znosiła rzeczy o konsystencji kisielu lub rzadkiej kaszki manny, 
budziły w niej wstręt. 
Tak, to też! 
Nie, nie miała żadnych złych doświadczeń. 
Była po prostu nadwrażliwa. 
Nie tolerowała również wykrochmalonej pościeli, sztruksu i zapachu łososia. 
Hm.. chyba powinna myśleć o bardziej wzniosłych rzeczach, póki jeszcze może myśleć. 
Do końca drogi zostało jej jakieś dwadzieścia, 
może trzydzieści metrów. 
Próbowała  przywołać jakąkolwiek wzniosłą myśl, 
ale przychodziły jej do głowy same błahostki. Nieistotne i pierdołowate płytkie myśli. 
Nic, co chociaż troszeczkę 
przypominałoby przesłanie dla potomnych. 
Jakich potomnych?! 
Jako kilkunastoletnia dziewczyna zdecydowała, 
że po pierwsze zestaw genów, 
jaki miałaby ewentualnie  do przekazania 
jest dosyć marny, 
a po drugie świat, 
na którym pojawić miałby się hipotetyczny potomek też do najlepszych nie należy, więc… 
Nie, nie żałowała tej decyzji nigdy. 
No może raz i to tylko troszeczkę. 
Zdecydowanie bardziej żałowała teraz 
tego niedojedzonego kawałka  tortu. 
Matko, jaki absurd! 
No trudno. 
Już nic nie zmieni. 
Co się pomyślało to się nie odmyśli. 
Koścista łapa pchnęła ją w kierunku ogromnego biurka, za którym siedziała postać 
raczej niematerialna i na pewno bezpłciowa. Usłyszała dziwaczną propozycję. 
Zaoferowano jej siedem tygodni 
do wykorzystania na stopniowe rozstawanie się 
ze znanym jej dotychczas światem. 
Ale jak to? 
Spytała,  czy zanim udzieli odpowiedzi, 
mogłaby na chwilę zerknąć w lusterko. 
Podano jej bardzo eleganckie, w srebrnej oprawie. Spojrzała. 
No tak! Maska starego chińczyka! 
Założyła ją dla żartu, 
a potem zapomniała zdjąć. 
Mogłaby ciągnąć tą maskaradę 
i skorzystać z darowanego czasu. 
Mogłaby. Tylko czy to by cokolwiek zmieniło? 
Czy było cokolwiek co chciałaby tam jeszcze zrobić? Przecież nie będzie żarła  tortu przez siedem tygodni! Zdjęła maskę. 
Nieco zmieszana postać podsunęła jej do podpisu oficjalne pismo 
stwierdzające doprowadzenie tego etapu życia do końca 
i rozpoczęciu nowego, 
będącego konsekwentnym następstwem poprzedniego. 
Podpisała. 
Konsekwentnym następstwem… 
No, to ma przechlapane.

wtorek, 24 stycznia 2017

Koszmarny sen introwertyczki

   -   Jak myślisz, ten czy ten? – Klara od kilkunastu minut zarzucała na ramiona to jeden, to drugi szal i nie mogła się zdecydować. Jan zbyt wielkiej różnicy pomiędzy nimi nie widział, odpowiedział więc jak zwykle, że i w jednym i w drugim wygląda pięknie, niepotrzebnie dodając, że w związku z tym jemu zasadniczo jest  wszystko jedno. Klara fuknęła coś pod nosem i wybrała trzeci, w kolorowe kwiaty – I co? Może być?  - Jan podszedł do niej, pocałował w czoło i serwując  lekkiego kopniaka na szczęście, zalecił szybkie wyjście z domu.
     Faktycznie zrobiło się późno. Klara musiała zrezygnować ze spaceru i podjechać samochodem. Miała kłopot ze znalezieniem miejsca parkingowego, ostatecznie zaparkowała kilka przecznic dalej. Wyłączyła silnik, ale nie wysiadała. Nie lubiła tłumów ani wystąpień publicznych. Nienawidziła bycia w centrum uwagi. Ostre światło reflektorów było dla niej wręcz fizycznie bolesne. Najchętniej wysłałaby na to spotkanie którąś ze swoich bohaterek. Niestety, pochopnie zgodziła się na udział w tym całym cyrku i teraz już nie mogła się wycofać. To znaczy oczywiście mogłaby nie wysiadać z samochodu i wrócić do domu, ale niestety miała pewną okropną wadę – zawsze dotrzymywała danego słowa. Zawsze! Nauczyła się oczywiście unikać większości sytuacji, w których ktoś w ogóle mógłby ją o cokolwiek poprosić. Miała też cały wachlarz misternie uplecionych wymówek i ostatecznych, niepodważalnych argumentów przeciw. Jak to się stało, że tym razem straciła czujność i obiecała? No trudno, jakoś się stało i teraz musi tam pójść. Musi wejść do tej przesadnie eleganckiej sali, zasiąść na scenie i przed tłumem zgromadzonych „robić za gwiazdę”. Pewnie będą ją pytać o to, jak to się wszystko zaczęło?  Dlaczego akurat to, a nie coś zupełnie innego? Skąd pomysły? A czy postaci prawdziwe, czy wymyślone? I czy wstaje codziennie o piątej rano czy może wychodzi do kawiarni? Czy z tego da się żyć? Czy bez tego da się żyć? Czy tego się można nauczyć? A może jednak trzeba mieć talent? I skąd wiadomo, że się go ma? Czy na pewno to wszystko to ona tak sama? Czy ma coś jeszcze w szufladzie? A czy mogłaby poradzić, od czego zacząć? I czy lepiej długopisem, piórem czy stukając w klawiaturę? I ona będzie próbowała na te wszystkie pytania odpowiedzieć. Rzeczowo, konkretnie, zgodnie z oczekiwaniami publiczności i nie zawsze zgodnie z prawdą, za to z tym swoim słynnym poczuciem humoru. A potem oni wszyscy ustawią się w bardzo długiej kolejce i będą czekać godzinami tylko po to, by nagryzmoliła im odręcznie kilka słów na wielokrotnie przeczytanym od deski do deski egzemplarzu którejś z jej dwunastu powieści. I będą wniebowzięci, że postawionym autografem poświadczyła osobistą znajomość.
-  Puk! Puk! -  wyrwana z zamyślenia Klara gwałtownie odwróciła się w lewo. Nieodpięte pasy przyblokowały ją boleśnie.  Ksawery Sukces otworzył drzwi i pomógł jej się wyplątać.  – Co ty tu jeszcze robisz? Wszyscy już tam na ciebie czekają.  Pięknie wyglądasz… No już, chodź, szybciutko! – podał jej ramię – A gdzie Jan?

-    Wiesz, że on nienawidzi tłumów jeszcze bardziej niż ja. Nie przyszedłby nawet, gdyby wręczano mi nagrodę Nobla! Będzie czekał w domu z szampanem, mam nadzieję! – roześmiała się Klara i trzymając się mocno ramienia Ksawerego weszła do zatłoczonej sali. Tak… osiągnęłam sukces – pomyślała i przez ułamek sekundy poczuła, że był on całkowicie zasłużony.

sobota, 14 stycznia 2017

Zimowy poranek

        Poniedziałek. Znowu poniedziałek. Musi wstać. Musi umyć włosy. Musi nałożyć na twarz maskę. I musi jechać zarabiać na życie. Musi. Musi? Sprawdziła wyniki lotto. Musi! Szlag! Wyjrzała za okno. W nocy zdążyła napadać kupa śniegu. Wygląda to ślicznie. W promieniach wschodzącego słońca skrzą się diamenciki lodu unoszące się w powietrzu. Jest pewnie diabelnie zimno. Po cichu liczyła na to, że stary Ford zamarzł i będzie mogła zafundować sobie dzień nieplanowanego urlopu.
        Brnąc przez nieodśnieżony chodnik Klara zastanawiała się nad tym, że przecież kiedyś lubiła zimę. Wyczekiwała na pierwszy śnieg, który pojawiał się zwykle w dzień jej urodzin i zalegał grubą warstwą mniej więcej do końca lutego. Wychodziła na środek zasypanego białym puchem boiska i wydeptywała tajemnicze wzory. Zaszyfrowane wiadomości dla aniołów. Prośby o pomoc i ochronę. Podania o odwzajemnioną miłość. Wieczorami wchodziła na strych i sprawdzała, czy odpowiedziały. Czasem zostawiały dla niej obrazy na zamarzniętych szybach. Wierzyła, że malują je skrzydłami. Kiedy padał śnieg, szukała dwóch takich samych płatków, tak jak latem, na łące, szuka się czterolistnej koniczyny. Tak, kiedyś kochała zimę. Ale taka zima, jaką znała z dzieciństwa odeszła już dawno. Odeszła bez pożegnania i bez obiecywania, że wróci.
-   I dobrze! Niech nie wraca. Teraz śnieg to tylko upierdliwość. Skrobanie szyb, śliskie chodniki, niebezpieczne drogi, skręcone kostki. Niech nie wraca!-Klara umordowana odśnieżaniem samochodu usiadła za kierownicą, włożyła kluczyk do stacyjki, odczekała chwilę i przekręciła kluczyk. Silnik odpalił od razu. Nie miała żadnej wymówki. Musiała jechać. Ruszyła ostrożnie. Tuż za bramką parkingu  musiała się jednak zatrzymać.
 -   Matko jedyna i co ja teraz zrobię?! Przecież nie dam rady przejechać. No, za cholerę się nie zmieszczę. A ten stoi jak krowa na środku drogi. Migadełka włączył i zadowolony. I jak długo tak będzie stał?  Przecież ja do pracy muszę!!! Jak tu postoje jeszcze kilka minut to nie zdążę. No nie zdążę… Cholera jasna. Jak można być takim idiotą?! No i czego ten baran za mną trąbi i łapkami wymachuje? Jak bym mogła to bym pojechała, a nie mogę. A też se migadełka włączę, a co tam. Włączone migadełka usprawiedliwiają barykadowanie drogi. Będziemy sobie tak stać i migać. No, przestał trąbić. Jejku, przesunąłby się o pól metra, to bym przejechała. Pół metra. Ale nie! Będzie stał. A może jednak spróbuję? No, nie da rady. Za cholerę! Nie zgina mi się samochód w połowie. Jakby mi się zginał, to bym przejechała. Za to łokieć mi się zgina. Chyba mnie szlag za chwilę trafi. Ile to będzie jeszcze trwało?! Może ja sobie też zatrąbię? Zatrąbię sobie! Głośno i długo sobie zatrąbię. Może usłyszy dureń jeden i zobaczy co się za nim dzieje? Zero reakcji. No pewnie. Cały świat ma w dupie! Niech się ludzie do pracy spóźniają. Niech karetka do chorego nie dojedzie. Niech się pali i wali na około, a ten będzie stał. Jak długo jeszcze?! Taki jeden kretyn z samego rana i cały dzień człowiekowi potrafi zepsuć. I na nic joga. Na nic relaksacje, medytacje, oczyszczanie umysłu, reiki i inne fiki –miki. Ciśnienie 180/220. I wrzody mi się już odzywają. I zaraz mnie znowu w krzyżu łupnie. A to ósma rano dopiero! Jezus Maria ósma?! Ósma!!!  A ja tu stoję za tą wielką śmierdząca śmieciarą. Nie!!! O idzie jakiś koleś w roboczym ubranku. Tak, jasne uważaj bo się zmieszczę. Gdyby mogła to bym już pół godziny temu przejechała. No kurde jak?! Sam się w łeb puknij. Puknij się, a potem przesuń tą kupę złomu! Do czego się tak schylasz? A to nie można było tego stopnia od razu do góry podnieść?! Co, sama se to miałam zrobić?! Może te pojemniki ze śmieciami też ja wam ma opróżnić?! I nie machaj mi tu! No już jadę, jadę. Może się zmieszczę? Na styk, cholera! I gówno widać zza tego złomu. A jadę, pieprzę, najwyżej w kogoś wrąbię, mam to gdzieś, i tak się spóźnię do roboty. I tak cały dzień do dupy! Jezu, jak mi gorąco…  
       Wyjechała na główną drogę i nagle zaczęła się śmiać. Głośno. Nie mogła powstrzymać śmiechu. Łzy napłynęły jej do oczu.
-    Ale ze mnie głupia baba! Przecież to absurdalne! Czemu ja nie reaguję tylko czekam, aż się samo zmieni?! Nie wysiadłam z samochodu, nie podeszłam do kierowcy tej cholernej śmieciary, nie powiedziałam miło „dzień dobry!” i nie poprosiłam grzecznie o to, żeby troszkę pociągnął do przodu. Przecież by mnie nie zjadł na śniadanie? Chyba… Samochodu też by mi nikt nie ukradł, bo i tak by nim nie odjechał. Wystarczyło tylko ruszyć tyłek… - Klara nagle uświadomiła sobie, że praktycznie całe życie stoi przyblokowana za wielką cuchnącą śmieciarą i czeka – O, nie!!! Koniec z tym! – wykrzyknęła i ostro ruszyła spod świateł. 

czwartek, 5 stycznia 2017

Kilka pytań

      Nie potrafiła zrozumieć dlaczego? Przeczuwała, że to wyłącznie jej wina, no bo niby czyja miałaby być? Rodziców? Sąsiadów? Tego faceta, który zniknął wtedy a może tego, który nigdy się nie pojawił? Albo tej kobiety, która kiedyś krzywo na nią spojrzała i pewnie urok rzuciła przy okazji? No przecież, że nie! Chociaż byłoby prościej.  A tak jest trudno. Dużo trudniej. Najtrudniej. Bo jak żyć dalej ze sobą, kiedy się ma siebie tak serdecznie dosyć?! Kiedy się siebie szczerze nienawidzi za wszystko czego się nie zrobiło?! Kiedy się już wie, że wszystko, co się do tej pory robiło było tak naprawdę samobójstwem. Rozwleczonym na dziesiątki lat, ale jakże skutecznym. Autodestrukcja idealna. Do ostatniego kawałeczka. I wcale nie po to, by jak Feniks z popiołów. I wcale nie po to, by jakiś tam w popiołach odnaleźć diament. Nie. Nie będzie diamentów. Nie będzie odrodzenia. Nie będzie, bo nic już nie zostało. Nie ma też czasu. Czas się skończył. Wybrzmiał z ostatnim uderzeniem zegara. Nieodwołalnie. Nieodwracalnie. Żadnej podróży do przeszłości nie będzie. Żadnej  projekcji w przyszłość też nie. Nie ma żadnego tu i teraz. Nic już nie ma. Kupka śmieci. Pożółkłe kartki. Pudełko połamanych kredek. Wyschnięte farbki. Rzucone na wiatr i opadłe jak jesienne liście słowa, których nikt nie usłyszy. Trochę kurzu i piachu, który rozwieje północny wiatr. I tyle. I nic więcej. I nikomu nie zabraknie. Nikt nie zatęskni. Więc dlaczego jeszcze żyje ?! Dlaczego nie palnie sobie w łeb, nie powiesi się na suchej gałęzi, nie poderżnie sobie żył, nie połknie dających wieczny sen tabletek, nie utopi się w łyżce wody, nie skoczy z mostu, nie położy się w poprzek torów, nie włoży głowy do piekarnika? Z tego samego powodu, dla którego nie maluje, nie pisze, nie tańczy, nie śpiewa, nie podróżuje, nie kocha ani się nie modli. Nie żyje. Nie żyje, ale gdybyś podszedł blisko i chciał szturchnąć butem, by sprawdzić, czy nie żyje faktycznie na śmierć czy tylko troszkę i gdybyś chciał ją z litości dobić, żeby już nie cierpiała, żeby się nie męczyła, zerwałaby się nagle i zaczęłaby z tobą walczyć. O to życie – nie życie. O te pozory istnienia. O to bycie byle jakie, ale jednak.  Gryzłaby i drapała pazurami. Biegłaby ile sił w nogach. Próbowałaby uciec od ciebie jak najdalej, łudząc się, że tym razem uda jej się uciec od siebie samej i zacząć jeszcze raz, chociaż wie, że to niemożliwe. Nie można zacząć raz jeszcze czegoś, co nie zaczęło się nigdy. Musiałaby zrobić to po raz pierwszy. Ale nie można urodzić się po raz pierwszy, gdy już się to kiedyś raz zrobiło bezmyślnie, głupio i przypadkiem. Więc goni bez sensu. Miota się niepotrzebnie. Resztki sił traci na marne, bo urodzić po raz pierwszy mogłaby się znowu tylko jeśli teraz pozwoliłaby się zabić. Dlaczego nie  chce tego zrozumieć? Dlaczego jest tak głupio uparta? Czego się boi? W końcu cóż może być straszniejszego  niż życie?