sobota, 14 stycznia 2017

Zimowy poranek

        Poniedziałek. Znowu poniedziałek. Musi wstać. Musi umyć włosy. Musi nałożyć na twarz maskę. I musi jechać zarabiać na życie. Musi. Musi? Sprawdziła wyniki lotto. Musi! Szlag! Wyjrzała za okno. W nocy zdążyła napadać kupa śniegu. Wygląda to ślicznie. W promieniach wschodzącego słońca skrzą się diamenciki lodu unoszące się w powietrzu. Jest pewnie diabelnie zimno. Po cichu liczyła na to, że stary Ford zamarzł i będzie mogła zafundować sobie dzień nieplanowanego urlopu.
        Brnąc przez nieodśnieżony chodnik Klara zastanawiała się nad tym, że przecież kiedyś lubiła zimę. Wyczekiwała na pierwszy śnieg, który pojawiał się zwykle w dzień jej urodzin i zalegał grubą warstwą mniej więcej do końca lutego. Wychodziła na środek zasypanego białym puchem boiska i wydeptywała tajemnicze wzory. Zaszyfrowane wiadomości dla aniołów. Prośby o pomoc i ochronę. Podania o odwzajemnioną miłość. Wieczorami wchodziła na strych i sprawdzała, czy odpowiedziały. Czasem zostawiały dla niej obrazy na zamarzniętych szybach. Wierzyła, że malują je skrzydłami. Kiedy padał śnieg, szukała dwóch takich samych płatków, tak jak latem, na łące, szuka się czterolistnej koniczyny. Tak, kiedyś kochała zimę. Ale taka zima, jaką znała z dzieciństwa odeszła już dawno. Odeszła bez pożegnania i bez obiecywania, że wróci.
-   I dobrze! Niech nie wraca. Teraz śnieg to tylko upierdliwość. Skrobanie szyb, śliskie chodniki, niebezpieczne drogi, skręcone kostki. Niech nie wraca!-Klara umordowana odśnieżaniem samochodu usiadła za kierownicą, włożyła kluczyk do stacyjki, odczekała chwilę i przekręciła kluczyk. Silnik odpalił od razu. Nie miała żadnej wymówki. Musiała jechać. Ruszyła ostrożnie. Tuż za bramką parkingu  musiała się jednak zatrzymać.
 -   Matko jedyna i co ja teraz zrobię?! Przecież nie dam rady przejechać. No, za cholerę się nie zmieszczę. A ten stoi jak krowa na środku drogi. Migadełka włączył i zadowolony. I jak długo tak będzie stał?  Przecież ja do pracy muszę!!! Jak tu postoje jeszcze kilka minut to nie zdążę. No nie zdążę… Cholera jasna. Jak można być takim idiotą?! No i czego ten baran za mną trąbi i łapkami wymachuje? Jak bym mogła to bym pojechała, a nie mogę. A też se migadełka włączę, a co tam. Włączone migadełka usprawiedliwiają barykadowanie drogi. Będziemy sobie tak stać i migać. No, przestał trąbić. Jejku, przesunąłby się o pól metra, to bym przejechała. Pół metra. Ale nie! Będzie stał. A może jednak spróbuję? No, nie da rady. Za cholerę! Nie zgina mi się samochód w połowie. Jakby mi się zginał, to bym przejechała. Za to łokieć mi się zgina. Chyba mnie szlag za chwilę trafi. Ile to będzie jeszcze trwało?! Może ja sobie też zatrąbię? Zatrąbię sobie! Głośno i długo sobie zatrąbię. Może usłyszy dureń jeden i zobaczy co się za nim dzieje? Zero reakcji. No pewnie. Cały świat ma w dupie! Niech się ludzie do pracy spóźniają. Niech karetka do chorego nie dojedzie. Niech się pali i wali na około, a ten będzie stał. Jak długo jeszcze?! Taki jeden kretyn z samego rana i cały dzień człowiekowi potrafi zepsuć. I na nic joga. Na nic relaksacje, medytacje, oczyszczanie umysłu, reiki i inne fiki –miki. Ciśnienie 180/220. I wrzody mi się już odzywają. I zaraz mnie znowu w krzyżu łupnie. A to ósma rano dopiero! Jezus Maria ósma?! Ósma!!!  A ja tu stoję za tą wielką śmierdząca śmieciarą. Nie!!! O idzie jakiś koleś w roboczym ubranku. Tak, jasne uważaj bo się zmieszczę. Gdyby mogła to bym już pół godziny temu przejechała. No kurde jak?! Sam się w łeb puknij. Puknij się, a potem przesuń tą kupę złomu! Do czego się tak schylasz? A to nie można było tego stopnia od razu do góry podnieść?! Co, sama se to miałam zrobić?! Może te pojemniki ze śmieciami też ja wam ma opróżnić?! I nie machaj mi tu! No już jadę, jadę. Może się zmieszczę? Na styk, cholera! I gówno widać zza tego złomu. A jadę, pieprzę, najwyżej w kogoś wrąbię, mam to gdzieś, i tak się spóźnię do roboty. I tak cały dzień do dupy! Jezu, jak mi gorąco…  
       Wyjechała na główną drogę i nagle zaczęła się śmiać. Głośno. Nie mogła powstrzymać śmiechu. Łzy napłynęły jej do oczu.
-    Ale ze mnie głupia baba! Przecież to absurdalne! Czemu ja nie reaguję tylko czekam, aż się samo zmieni?! Nie wysiadłam z samochodu, nie podeszłam do kierowcy tej cholernej śmieciary, nie powiedziałam miło „dzień dobry!” i nie poprosiłam grzecznie o to, żeby troszkę pociągnął do przodu. Przecież by mnie nie zjadł na śniadanie? Chyba… Samochodu też by mi nikt nie ukradł, bo i tak by nim nie odjechał. Wystarczyło tylko ruszyć tyłek… - Klara nagle uświadomiła sobie, że praktycznie całe życie stoi przyblokowana za wielką cuchnącą śmieciarą i czeka – O, nie!!! Koniec z tym! – wykrzyknęła i ostro ruszyła spod świateł. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz