piątek, 10 lutego 2017

Siedem

         Wiedziała, że nie powinna iść w stronę światła. Stała przez chwilę nieruchomo, próbując znaleźć jakieś inne rozwiązanie tej niefortunnej sytuacji, kiedy poczuła lekkie dźgnięcie kościstym paluchem między łopatki. Ruszyła wolno przed siebie, ostrożnie stawiając kroki, chociaż ostrożność  teraz to już raczej  musztarda po obiedzie. Trzeba było uważać przedtem. Poczuła mocno nieświeży oddech na swoim karku.  Chciała się odwrócić i  grzecznie zaproponować „weź Halitomin”, ale właśnie została dźgnięta nieco mocniej. Przyspieszyła kroku. Ściany ciemnego korytarza pokrywała fosforyzująca, zielona, glutowata substancja. Ble… nigdy nie znosiła rzeczy o konsystencji kisielu lub rzadkiej kaszki manny, budziły w niej wstręt. Tak, to też! Nie, nie miała żadnych złych doświadczeń. Była po prostu nadwrażliwa. Nie tolerowała również wykrochmalonej pościeli, sztruksu i zapachu łososia. Hm.. chyba powinna myśleć o bardziej wzniosłych rzeczach, póki jeszcze może myśleć. Do końca drogi zostało jej jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów. Próbowała  przywołać jakąkolwiek wzniosłą myśl, ale przychodziły jej do głowy same błahostki. Nieistotne i pierdołowate płytkie myśli. Nic, co chociaż troszeczkę przypominałoby przesłanie dla potomnych. Jakich potomnych?! Jako kilkunastoletnia dziewczyna zdecydowała, że po pierwsze zestaw genów, jaki miałaby ewentualnie  do przekazania jest dosyć marny, a po drugie świat, na którym pojawić miałby się hipotetyczny potomek też do najlepszych nie należy, więc… Nie, nie żałowała tej decyzji nigdy. No może raz i to tylko troszeczkę. Zdecydowanie bardziej żałowała teraz tego nie dojedzonego kawałka czekoladowego tortu. Matko, jaki absurd! No trudno. Już nic nie zmieni. Co się pomyślało to się nie odmyśli. Koścista łapa pchnęła ją w kierunku ogromnego biurka, za którym siedziała postać raczej niematerialna i na pewno bezpłciowa. Usłyszała dziwaczną propozycję. Zaoferowano jej siedem tygodni do wykorzystania na stopniowe rozstawanie się ze znanym jej dotychczas światem. Ale jak to? Spytała,  czy zanim udzieli odpowiedzi, mogłaby na chwilę zerknąć w lusterko. Podano jej bardzo eleganckie, w srebrnej oprawie. Spojrzała. No tak! Maska starego chińczyka! Założyła ją dla żartu, a potem nie miał kto jej ściągnąć. Mogłaby ciągnąć tą maskaradę i skorzystać z darowanego czasu. Mogłaby. Tylko czy to by cokolwiek zmieniło? Czy było cokolwiek co chciałaby tam jeszcze zrobić? Przecież nie będzie żarła czekoladowego tortu przez siedem tygodni! Zdjęła maskę. Nieco zmieszana postać podsunęła jej do podpisu oficjalne pismo stwierdzające doprowadzenie tego etapu życia do końca i rozpoczęciu nowego, będącego konsekwentnym następstwem poprzedniego. Podpisała. Konsekwentnym następstwem… to ma przechlapane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz