poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Obrazki z życia Hrabiny i Witusia - Zaproszenie

             Nadeszła wiosna i wraz z nią Hrabina odzyskała życiową energię. Odzyskała ją w nadmiarze. Najwyraźniej odebrała sporą jej część Witusiowi, gdyż ten od jakiegoś czasu pogrążał się coraz głębiej w otchłani depresji. Im bardziej Wituś zapadał się w ciemność, tym bardziej Hrabina emanowała wyimaginowanym blaskiem.  Wydobyła z szafy od dawna nie noszone jedwabne suknie, wsunęła na palec sygnet z rodowym herbem i przybrała wyniosły ton głosu, odpowiedni do wydawania rozkazów. Pod ręką, na wszelki wypadek, miała też sole trzeźwiące i chusteczki. Nieodłączny zestaw do manipulowania otoczeniem. Wituś dla odmiany zapadł się w fotel z kubkiem ziołowej herbatki i tylko od czasu do czasu łapał się za głowę albo zatykał sobie uszy. Nie mógł pojąć ani otaczającego go wrogiego świata ani niczym nie uzasadnionego wobec niego i niepokojąco narastającego  entuzjazmu Hrabiny. Hrabina natomiast pojąć nie mogła jakim cudem ona tyle lat wytrzymała z takim niedołęgą. Nie omieszkała tego Witusiowi wypominać mniej więcej co jakieś piętnaście minut, a w ostatnich dniach nawet częściej. Hrabina otrzymała bowiem zaproszenie na wernisaż. Swoje prace wystawiała po raz pierwszy wnuczka Hrabiny. Nie była to co prawda rodzona wnuczka albowiem Hrabina nigdy nie zniosłaby, gdyby ktoś zwracał się do niej per „babciu” i w odpowiednim czasie stanowczo poinformowała o tym własną córkę. Była to córka córki chrzestnej Witusia, uzdolniona studentka ASP, której Hrabina poświęcała od dawna sporo, bynajmniej nie bezinteresownej, uwagi.  
-       Kiedy ostatnio byłam na wernisażu Ireny we Wrocławiu …
-       To było pięćdziesiąt lat temu! – warknął Wituś
-       …. były tłumy! Wernisaż organizowała Uczelnia. A tu nic nie pisze, że to Akademia zaprasza.
-     Dzidzia cię zaprasza. Sama organizuje. W domu kultury – Wituś tłumaczył, próbując zachować spokój.
-       Jak to sama? Wernisaż zawsze organizowała Uczelnia! U Waldemara też byłam… O! Tam to było eleganckie towarzystwo! Profesorowie! Jak to sama!? To niemożliwe! – Hrabina czwarty raz czytała treść zaproszenia, nie mogąc odnaleźć informacji o udziale Akademii w organizacji wydarzenia.
-        Ty chcesz tam jechać?! – Wituś był naprawdę przerażony. Przerażała go myśl o tym, że Hrabina każe się tam wieźć, a to późnym wieczorem jest i on wieczorem to się już raczej kiepsko czuje. Jeszcze bardziej przerażało go to, że Hrabina mogłaby tam pojechać sama. Taksówką. I on czekałby na nią w domu, wyobrażając sobie jak ona ginie zasztyletowana przez taksówkarza – psychopatę.
-        Oczywiście! Przecież to Wernisaż! Zostałam zaproszona!
-       To nie jest zaproszenie. To jest tylko informacja – Wituś próbował jak mógł zniechęcić Hrabinę do opuszczenia domu.
-    Jaka informacja? To Zaproszenie! O, patrz! Zaproszenie! -  Hrabina z wyrzutem podsunęła kolorowy kartonik Witusiowi pod nos.
-    Ale nie jest imienne – z satysfakcja zauważył Wituś, czym dotknął Hrabinę do żywego i natychmiast pożałował. Oczy Hrabiny zwilgotniały a głos zaczął się łamać. Przez chwilę wahała się czy omdleć, czy uderzyć w płacz. Wybrała to drugie.

-       Tak, bo ty zawsze do wszystkiego mnie zniechęcisz… jak więzień w tym domu siedzę, ludzi nie widuję już wcale… we Wrocławiu to ja na wszystkie wystawy chodziłam, na bale mnie zapraszano, na wernisaże… a tutaj co? Nic ! Tylko twojego marudzenia słucham od rana do wieczora… - Hrabina ostentacyjnie sięgnęła po chusteczkę a Wituś złapał się za serce ciężko wzdychając.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Entliczek, pętliczek...

Od kilku miesięcy w Zakładzie działo się coś naprawdę niedobrego. Wszyscy to czuli, ale nikt nie potrafił zdefiniować. Pierwszy rozchorował się Król Julian. Rozchorował się bardzo poważnie. Nikt nie wiedział na co konkretnie, ale biedak pojawiał się i znikał niespodziewanie. Potem  Rehabilitant złamał sobie obojczyk. Tak zwyczajnie. Urlop. Narty. Upadek. Gips. Dwa miesiące zwolnienia.  Następnie hurtem pochorowały się dzieciaki pań z działu przedszkolnego i wymagały długotrwałej opieki swoich mam. Nieobecność Mam-Pracownic spowodowała niezadowolenie Mam-Klientek i serię telefonów z pretensjami, które zmuszona była odpierać Przyszła Mama - Sekretarka. Po kilku tygodniach wysłuchiwania próśb, błagań, a w końcu także gróźb, nie wytrzymała. Z czterdziestostopniową gorączką została odwieziona do szpitala. Szybko okazało się,  że pozostanie tam na długo. Na drzwiach sekretariatu Filii Zakładu zawisła odręcznie nabazgrana karteczka, że „nieczynne do odwołania” i „proszę dzwonić tam”. Zawisłaby ładna wydrukowana, niestety drukarka odmówiła współpracy a Informatyk tylko rozkładał ręce mówiąc coś o jakiś nowych sterownikach i braku tego „dinksa” w miejscu, gdzie być powinien. Tam dzwonili więc  klienci. Tam dzwonili też zdezorientowani pracownicy. Zdezorientowani tym bardziej, że i Tam od kilku dni  nikt nie odbierał telefonów. Tam powinna być Doświadczona i Wszechwiedząca Sekretarka. I byłaby na pewno, gdyby nie straszny wypadek jej męża. Mąż górnik. W kopalni zawał. Na szczęście żyje! Ale unieruchomiony. Potrzebuje całodobowej opieki żony. Tu głuchy telefon i Tam głuchy telefon. Coraz większy chaos. Galopująca dezorganizacja. Pracująca za dwie Ambitna Amelia próbując odkręcić uparty słoik kaleczy się tak nieszczęśliwie, że prawie odcina sobie kciuk. Krew. Pogotowie. Operacja. Rehabilitacja. W tym roku Amelia już nie będzie pracować. Patrząc na to, co się dzieje, Przezorna Zuzanna szybciutko zredukowała swój wymiar godzin do połowy. Krycha z Zochą, odczuwając od kilku dni podejrzane i niespecyficzne objawy somatyczne, czym prędzej uciekły w teren. Klara przyglądała się temu wszystkiemu próbując zachować zdrowy dystans, jednak, gdy w pewien poniedziałek nagle i niespodziewanie stłukł się jej ulubiony kubeczek z wiewiórką, stwierdziła, że najbezpieczniej będzie jeśli natychmiast uda się na kilkudniowy urlop. Na posterunku trwała jeszcze, bo ktoś przecież trwać musiał, Zdesperowana Wice. Zocha przyjmowała zakłady, jak długo Wice wytrzyma, bo z dnia na dzień wyglądała gorzej. Chuda, blada, spuchły jej kolana, wypadł przedni ząb, a nie dalej jak wczoraj, jakiś fiut zaparkował auto w bagażniku jej wysłużonego fiata. Jak tak dalej pójdzie, to do końca kwietnia wyeliminowani zostaną wszyscy pracownicy Zakładu i trzeba będzie wywiesić tabliczkę: „zamknięte bo nieczynne”.

[pięć miesięcy wcześniej]

- Stasiu, niczego nie dotykaj, bardzo cię proszę – powiedziała elegancka blondynka zerkając na synka znad Smartfona. Chłopczyk był bardzo ruchliwy i konieczność kilkuminutowego oczekiwania na wizytę, urozmaicał sobie wędrówką po długim korytarzu i zaglądaniem we wszystkie możliwe zakamarki. W jednym z nich odkrył właśnie coś absolutnie fascynującego.
- Nie dotykam, mamo! – Staś szybciutko cofnął paluszek, wcisnąwszy jednak wcześniej malutki czerwony guziczek do oporu i podbiegł do matki, przybierając po drodze minę niewiniątka.
 -   Mamusiu, a co to znaczy „autodestrukcja”?
-  Dziecko! Skąd ty znasz takie słowa? Zabraniam ci się przyjaźnić z  Leosiem!
-    Ale mamo ….
-  To zły chłopak jest! Zabraniam i już! I chodź już, bo pani nas prosi.