czwartek, 20 lipca 2017

Biblioteka

-   „Przeszywa mnie dreszcz emocji, gdy przedstawiam wam »tekst z podtekstem«” – przeczytała cicho Klara i natychmiast odłożyła książkę na półkę. Czego, jak czego, ale wszelkiego rodzaju podtekstów miała serdecznie dość. Tych wszystkich metafor, przenośni, owijania w wiele warstw bawełny, przymrużania oczu. Nie chciała już niczego się domyślać. Nie miała siły na dokopywanie się do drugiego, trzeciego czy siódmego dna. Była zmęczona delikatną ironią, inteligentnym sarkazmem i ciężkim cynizmem. Wyczuwając najdrobniejszą aluzję, krzywiła się ze wstrętem. Żarty, nawet te najwyższych lotów, omijała szerokim łukiem. Potrzebowała szczerości. Czystej, dziecięcej, może nawet troszkę autystycznej, bezpośredniości.
-   „Miałem krewnego, który studiował trygonometrię, aż mu wąsy odpadły, a kiedy już się wszystkiego nauczył, przyszła jakaś Buka i go zjadła. No i leżał potem w brzuchu Buki z całą tą swoją mądrością!” – uśmiechnęła się do siebie i podała książkę Bibliotekarce.
-    Ma pani naszą kartę? – rutynowe pytanie wprowadziło Klarę w konsternację.  Miała. Kartę do bankomatu, kartę kredytową, kartę stałego klienta drogerii, zakładu fryzjerskiego, pijalni soków, baru „Dobra Kura”, lojalnościową kartę zagranicznego koncernu paliwowego i parę innych absolutnie nieprzydatnych kart. Karty bibliotecznej nie miała.
-    Mam, ale niestety nie przy sobie…
-    To w takim razie dowód osobisty poproszę – Bibliotekarka cierpliwie poczekała, aż Klara wydobędzie dokument – Kiedy była pani u nas ostatni raz?
-    Nie pamiętam dokładnie, ze dwa… trzy lata temu?
-   Zmieniła pani nazwisko? Nie mogę znaleźć w systemie - Klara podała nazwisko panieńskie.
-    O jest pani! To wyrobimy kartę. Mamy teraz nowy system. Można rezerwować książki przez Internet. Proszę, tu się pani zaloguje – Bibliotekarka podała Klarze karteczkę z adresem strony i hasłem i bardzo szczegółowo poinformowała o regulaminie, delikatnie akcentując konsekwencje nie oddania książki w terminie.
-     Dziękuję – wyszeptała Klara i wyszła z biblioteki. Tuż za drzwiami, sprawdzając czy na pewno nikt jej nie widzi, uniosła książkę do twarzy i wciągnęła w nozdrza zapach pożółkłych, zakurzonych kartek. Kojarzył jej się z domem, niezupełnie beztroskim dzieciństwem i całym wszechświatem  możliwości.


wtorek, 11 lipca 2017

Kradzież

Próbowała sobie przypomnieć kiedy ostatnio wstała wyspana, radosna i gotowa na zmierzenie się ze wszystkimi wyzwaniami życia. Sięgała pamięcią najdalej, jak tylko potrafiła i nie odnajdywała takiego wspomnienia. Czyżby w ogóle go nie było? A może powinna założyć  okulary, mogłaby wtedy spojrzeć dalej. Albo spoglądać przez teleskop! Może wówczas, patrząc na małą dziewczynkę zrywającą się o świcie z łóżka, by zajrzeć do pudełka z biedronkami i dokładnie je policzyć, dostrzegłaby utraconą radość. Może, gdyby zdołała sięgnąć wzrokiem poza horyzont,  zobaczyłaby też co lub kto pozbawił ją całej energii. Bo o tym, że nie był to tylko upływający bezlitośnie czas była od dawna przekonana. Wystarczyło spojrzeć na dziewięćdziesięcioletnią sąsiadkę, jak z uśmiechem na ustach, mimo trzydziestostopniowego upału, poleruje szyby w oknach. Albo na tego starszego pana z naprzeciwka, który codziennie o siódmej rano szedł sprężystym krokiem do pobliskiego sklepiku po świeże bułeczki, witając się radośnie z każdym napotkanym przechodniem i życząc mu miłego dnia tak serdecznie, że nie można było nawet pokochać poniedziałek. Nie, nie, to nie był czas. Ten co najwyżej dorysowałby jej kilka zmarszczek, dołożył kilkanaście kilogramów tu i tam, kościstymi paluchami podziurawił odrobinkę pamięć. To musiało być coś innego. Może kiedyś, gdzieś, przypadkiem, wydarzył się jakiś wypadek, w którym jej zbiornik z energią został uszkodzony i nikt tego nie zauważył. I od tamtej chwili, kropelka po kropelce wyciekało z niej życie. I zostało go już tylko troszeczkę, na samym dnie. Ot tyle, żeby się obudzić, ale już nie tyle, żeby od razu wstać. Wystarczająco na to, by przetrwać dzień, ale już nie tyle by podejmować zbędne aktywności, takie jak radosny podskok na wieść o tym, że właśnie przyszło lato albo szczery uśmiech na widok stawiającego pierwsze kroki dziecka. Tyle, by podejść do samochodu, ale za mało, by podbiec do tramwaju. Może wystarczyłoby jeszcze na snucie marzeń, ale na realizację choćby tego najmniejszego, to już raczej nie. Chociaż, gdyby ułożyła się jakoś na skos, albo mocno sobą potrząsnęła, energia spłynęłaby? A jeśli to nie jest nieszczelność systemu spowodowana dawnym urazem? Może ktoś się włamał do skarbca i bezczelnie wynosi po kawałeczku jej życiową siłę? Ale kto? Kiedy? I jak mogła tego nie zauważyć? No, teoretycznie mogła. A praktycznie, to raczej nie miała żadnej szansy się zorientować. Nie miała bowiem w zwyczaju ani jakoś szczególnie kontrolować własnych zasobów, ani w żaden sposób ich zabezpieczać. Wierzyła, że na początku otrzymała ilość wystarczającą i ufała, że całość jest absolutnie bezpieczna. O święta naiwności!  A jeśli już na samym początku ktoś podebrał cichaczem sporą część? Że niby i tak wszystko zostanie w rodzinie, że przecież kiedyś odda. Nie upominała się, bo to jednak rodzina, to nie wypada, trzeba czekać, wierzyć. Może zapomniał? Na pewno odda kiedy ona będzie bardzo potrzebować. Teraz potrzebuje! A może to wcale nie ktoś spokrewniony? Może pozwoliła się bezczelnie okraść obcemu i tak jej było wstyd, że nie przyznała się nawet przed samą sobą? To wielce prawdopodobne. Ktoś ją okradł. Ratunku! Złodziej! Łapać go! Ludzie, na pomoc!