wtorek, 29 sierpnia 2017

Koniec lata

             Chłodne poranki. Szybko zapadający zmrok. Unoszący się w powietrzu coraz wyraźniej wyczuwalny zapach rozkładu. Pojedyncze, przedwcześnie pożółkłe liście, opadające znienacka. Już czerwona, dojrzała jarzębina a wśród owoców pojedyncze, kwitnące zupełnie absurdalnie kwiaty o zapachu, który każde z nich odbierało zupełnie inaczej. Tak, jak i nadchodzącą jesień. Dla niego wszystko się kończyło. Dla niej właśnie teraz zaczynał się nowy rok. On z dnia na dzień tracił energię. Ona rozkwitała. Patrząc w tym samym kierunku, widzieli zupełnie inne obrazy. Ona zachwycała się złotym światłem, podczas gdy on dostrzegał tylko coraz ciemniejsze odcienie szarości. Zostało im jeszcze  kilka wspólnych dni. Potem on zapadnie w  odrętwienie. Ona wręcz przeciwnie. Spotkają się znowu wiosną. Pójdą na spacer ulicą Piękną. On zerwie dla niej gałązkę bzu. Ona popatrzy mu głęboko w oczy. Mają tak mało czasu…

sobota, 26 sierpnia 2017

Furtka

        Klara podłożyła sobie zwinięty w rulon sweter pod głowę, położyła się  na rozgrzanych kamieniach tarasu i zamknęła oczy.  Musiała zasnąć, bo nagle znalazła się na maleńkim wybrukowanym placyku oświetlonym jedynie blaskiem księżyca. Dłuższą chwilę trwało zanim jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Wokół panowała prawie całkowita cisza. Jedynym dźwiękiem, jaki do niej docierał, był łomot jej własnego serca. Nie bała się ciemności, nawet w dzieciństwie, ale panicznie bała się nieznanego. Nie mogła jednak stać tutaj w nieskończoność. Zrobiła kilka małych, niepewnych kroczków przed siebie, asekuracyjnie rozkładając szeroko ręce. Pusto. Całkiem pusto. Zastanawiała się, czy nie zawrócić, ale postanowiła zrobić jeszcze kilka kroków. Niespodziewanie wyrósł przed nią mur. Chłodny. Chropowaty.
-    Jest mur to musi być i furtka – pomyślała i zaczęła przesuwać się powoli zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
          Miała wrażenie, że idzie już bardzo długo. Znowu przemknęła jej przez głowę myśl, że może lepiej wrócić, ale zaraz uprzytomniła sobie, że przecież nawet nie rozpoznałaby miejsca, z którego rozpoczęła wędrówkę. Szła więc dalej, jedną dłonią dotykając muru, drugą machając bezładnie w ciemności. Nagle potknęła się o coś twardego i usłyszała stukot turlającego się po bruku kamienia. Z trudem utrzymała równowagę.  Zatrzymała się i oparła plecami o mur. Musiała uspokoić oddech.
-   Jeszcze by tego brakowało, żebym tu wyrżnęła jak długa. Nikt by mnie tutaj nie znalazł. Sama nie wiem gdzie jestem … - i już miała kontynuować wędrówkę, gdy w oddali, dokładnie na wprost, spostrzegła coś, jakby migoczące światełko. Przetarła oczy i spojrzała jeszcze raz przed siebie. Ewidentnie światełko. Maleńkie. Ale światełko! Odkleiła się od ściany i ruszyła przed siebie. Powoli. Pokracznie. Zatrzymując się co kilka kroków z powodu zawrotów głowy. Trwało to strasznie długo, a te cholerne światełko było cały czas bardzo daleko.
-   Nie, no to jest bez sensu… - zrezygnowana usiadła na bruku. Wokół ciągle ta sama cisza. Nad nią ogromny księżyc z miną, jakby za chwilę chciał ją obdarzyć najpotężniejszym pomieszaniem zmysłów –    Niedoczekanie twoje  - wyszeptała pod nosem – Idę!
          Po kilkunastu minutach, a może po kilku godzinach, nie była w stanie tego określić, znalazła się tak blisko światełka, że mogła rozpoznać kształt dziurki od klucza. Przyspieszyła kroku i gdyby nie wyciągnięte do przodu ręce, wyrżnęłaby głową w mur. Przytknęła oko do dziurki i zaraz tego pożałowała. Zaatakowała ją oślepiająca jasność. Po drugiej stronie muru najwyraźniej był środek wyjątkowo słonecznego dnia. Nieduży brukowany placyk, może rynek. Kilka straganów. Tu kwiaty, tam owoce. Dookoła kolorowe kamieniczki. Każda inna. Po lewej chyba ratusz. A może kościół. Nie widziała dokładnie. Niespiesznie przechodzący ludzie sprawiali wrażenie zadowolonych z życia. Uśmiechali się do siebie nawzajem. Wymieniali pozdrowienia.

-    Ciekawe, czy byłoby dla mnie miejsce w tym miasteczku? – pomyślała i zaraz skarciła samą siebie za źle postawione pytanie. Wymacała klamkę. Chłód metalu ostudził emocje. Wzięła trzy głębokie oddechy i powtarzając w myślach zaklęcie: żeby tylko była otwarta…, żeby tylko była otwarta…, żeby tylko była otwarta… nacisnęła z całej siły.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Rozmowy o kapiszonach - Las

-  Co to jest las?
-  To taki stary, stabilny, samowystarczalny ekosystem.
-  Taki stary jak ty?
-  Dużo starszy. Ej, ja nie jestem, wcale taka stara!
-  Pokażesz mi las?
-  Tak wyglądał. Patrz – wyciągnęła z kieszeni bardzo starą fotografię.
-  Co to?
-  Drzewa.
-  A to?
-  To paprocie.
-  A to tutaj?
-  To mech.
-  Fajny. Pojedziemy tam? Gdzie to jest? Pojedźmy! Jutro! Dobrze? Pojedziemy? Proszę…
-  Lasu już tam nie ma.
-  Poszedł sobie? Wiesz gdzie? Poszukamy go? Ja chcę go zobaczyć!
-  Nie możesz go zobaczyć. Nikt już nie może go zobaczyć…
-  Ale dlaczego? Ja chcę !!!
-  Ja też bardzo bym chciała. Nie możemy go zobaczyć, bo… umarł.
-  Jak mój chomik?
-  Tak, jak twój chomik.
-  To zobaczmy inny las. Jest inny las?
-  Nie ma. Ten był ostatni. Ale poczekaj, mam pomysł! – wyszła na chwilę i wróciła trzymając rękach duży szklany słój -  Zobacz, to jest las. Powąchaj.
-   Ale pachnie! Co to za zapach?
-   To świeże powietrze. Kiedyś tak pachniał cały świat.
-   Ładnie. Mogę jeszcze?
-   Możesz, pewnie że możesz. A teraz wyobraź sobie, że jesteś malutki jak mikro-czip i wchodzisz do środka i drzewa są wysokie do samego nieba…  





poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Rzut kostką

-  Jasne. W poniedziałek. Nie ma sprawy. Do zobaczenia – odłożył telefon i zerknął na dworcowy zegar. Czwarta rano. Pasażerowie szybko opuszczali peron. Po kilku minutach zostały tylko gołębie i jedna pszczoła ucztująca na porzuconym przez długonogą blondynę ogryzku jabłka. Zastanawiał się nad wyborem kierunku. Za kwadrans odjeżdżał osobowy na południe. Gdyby się zdecydował, mógłby pójść na spacer do lasu. Kiedy ostatnio spacerował po lesie? Powróciły wspomnienia długich wycieczek z ojcem, budowanie szałasu ze świerkowych gałęzi, zabawy w partyzantów… A może poczekać godzinę i zdecydować się na zmarnowanie kolejnych pięciu na podroż, by w nagrodę znaleźć  się nad brzegiem morza, zdjąć buty i poczuć piach miedzy palcami stóp? Zdążyłby wrócić na czas. Usiadł na ławce, by spokojnie podjąć decyzję. I wtedy ją zauważył. Stała na drugim peronie. Zdecydowanie zbyt blisko krawędzi. Pomachał do niej w nadziei, że go zobaczy. Chciał ją zawołać. Nadjeżdżający pociąg zagłuszył krzyk.