piątek, 8 września 2017

Powstrzymać jutro

            K. bardzo nie chciał, by nadeszło jutro. Robił co mógł, żeby powstrzymać wschód słońca. Niestety udało mu się jedynie zniechęcenie księżyca do zachodu. Wychodząc z domu  ujrzał go, jak wisiał wciąż jeszcze wysoko na niebie, cały w pełni, podczas gdy słońce już bluzgało nadmiarem promieniowania elektromagnetycznego nieprzyzwoicie rażąc w oczy.
            K. poczuł narastający niepokój w trzewiach.  Na myśl o tym, że przecież sam zgłosił się do tej misji i teraz to już raczej nie ma wyjścia i musi całą sprawę doprowadzić do końca, pokręcił z niedowierzaniem głową. Usłyszał dziwne trzeszczenie. Dźwięk przypominający zgniatanie kawałka styropianu dobiegał z wnętrza jego własnej czaszki. K. postanowił go zignorować. Wsiadł  do samochodu i ruszył. Po kilku kilometrach ogarnęły go wątpliwości, czy aby na pewno wie co robi? Zatrzymał wóz na poboczu. Wysiadł zaczerpnąć powietrza i natychmiast tego pożałował. Wyczuł zapach ozonu. Niepokój rozrósł się do rozmiarów panicznego lęku. Wrócił do samochodu. Z trudem włożył kluczyki do stacyjki. Odpalił silnik i natychmiast go zgasił. Uświadomił sobie, że nie wie gdzie ma jechać. Nie zapytał. Zadzwonił do centrali. Podali mu adres. Ruszył. Po pół godzinie był na miejscu. Zaparkował na poboczu. Wziął teczkę z dokumentami. Podszedł do furtki. Nacisnął dzwonek. Cisza. Zbyt długa.

          Znowu to trzeszczenie w czaszce. Tym razem trudno było je zignorować. Nieprzyjemnie narastało przy każdym ruchu głową. Numer domu się zgadza, ale najwyraźniej nikt tu na niego nie czeka. I nagle poczuł,  jakby go ktoś z całej siły kopnął w żołądek. Pomylił ulice. Od dawna miał problem z nazwami. Zaczęło się od pomylenia układu współczulnego z przywspółczulnym jeszcze na studiach. Powtarzał rok. Teraz był o krok od utraty pracy. Nie zdąży na czas. Musiałby jechać przez pola. Potem skrótem przez las. Nie znał go zbyt dobrze. Właściwie to wcale go nie znał. Słyszał tylko, że istnieje i ponoć jednemu z wyższych rangą kiedyś udało się tamtędy przejechać. Będzie musiał zaryzykować. Wrócił do samochodu. Ruszył powoli, żeby nie przegapić zjazdu. Wydawało mu się, że jest zdecydowany. Właściwie już skręcał na wyboistą ścieżkę. W ostatnim momencie zrezygnował. Wcisnął pedał gazu do oporu. Silnik zawył i zadymił. K. jechał przed siebie. Byle dalej stąd. Włączył radio, żeby zagłuszyć trzaski w głowie. Wyskoczył na autostradę o mało nie ocierając się o rejsowy autobus. 
          Nie, to nie była robota dla niego. Spojrzał na teczkę rzuconą niedbale na siedzenie pasażera. Wydrukowane na okładce imię i nazwisko zapulsowało ostrzegającym czerwonym światłem i po chwili zgasło. Trzeszczenie w czaszce K. zmieniło się w wysoki, nieznośny  pisk. Linia ciągła płaska. 

2 komentarze: