niedziela, 29 października 2017

Moja mała frustracyjka

        Cholera! Przecież umiem pisać… co jest grane? Siedzę trzeci dzień nad czymś, co powinnam napisać najwyżej w ciągu godziny, a w zasadzie podobno nawet w dziesięć minut. Kiedyś ktoś podał mi taki czas, jako zasadniczo możliwy, a nawet wskazany. Nawet w starej wersji nie dałabym rady w dziesięć minut!. Jak siedem stron w dziesięć minut?! Samo przepisywanie zajęłoby mi więcej czasu, a ja to przecież muszę stworzyć. Nie, nie stworzyć, to złe słowo.  Samo tworzenie byłoby nawet przyjemne. Ja to muszę dopasować do wzoru. Ja to muszę w odpowiednich rubrykach umieścić. Ja to muszę rozpisać na cele takie śmakie i owakie.  W formy i metody ubrać. I wielokrotnie  uzasadnić. I nie potrafię. Nie potrafię! Mimo siedemnastu lat doświadczenia. Mimo posiadania specjalistycznej wiedzy. Mimo wyjątkowej łatwości posługiwania się słowem. Mimo umiejętności samodzielnego i krytycznego myślenia. A może przez nią właśnie. Może przez nią! Termin się zbliża, a moje przesadnie zdroworozsądkowe myślenie podrzuca mi kłody pod palce. Termin nadchodzi nieodwołalnie a mój mózg broni się przed wtłoczeniem w tabelki i schematy.  Mam wszystkie potrzebne informacje i za diabła nie potrafię z nich skorzystać. Z moim myśleniem coś musi być bardzo nie tak… Może podstępny proces chorobowy prostuje moje dotychczas nieźle pofałdowane zwoje? Może mały, żarłoczny mózgojad rozpoczął przygotowania do zimowego snu i obżera się dzisiaj wyjątkowo gwałtownie? Może z wizytą zapowiada się daleki krewny z Niemiec, ten, jak mu to… Alzhaimer? Albo tylko Grisza Cyklon zamieszał mi w głowie? Przecież to miała być dobra zmiana! Dobra! Taka na lepiej. A ja czuję się gorzej. Coraz gorzej. A czas biegnie i nawet  dodatkowa godzina, podobno też ostatni raz mi dana, nie pomaga, bo i tak nadejdzie poniedziałek. Czy w poniedziałek będę już umiała? Czy we śnie dokona się cudowne samouzdrowienie? Znajdę rozwiązanie? Wpadnę na pomysł genialny i nie zapomnę go otwierając rano oczy? Może nie będę ich otwierać. Tak na wszelki wypadek. Może, gdy zasłonię oczy, poniedziałek nie nadejdzie? A jeśli nadejdzie mimo to, może mnie nie zauważy? 

4 komentarze:

  1. Mi najwięcej słów przychodzi do głowy, kiedy nie mam nic pod ręką, by je zapisać :) a kolejne pomysły przychodzą do głowy i zastępują te, które wydawały się idealne do tekstu. Takie życie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam to aż zbyt dobrze. Chcę coś. Wydaje się, że już to mam. Łapię za ogon i w ostatniej chwili ucieka albo zmienia mój pomysł. Wtedy muszę zmienić początek, który do reszty nie pasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niektóre teksty powstają w wielkim trudzie, a ja jestem leniwa i nie lubię takich sytuacji, ma się pisać łatwo, lekko i od razu :)

      Usuń