poniedziałek, 31 grudnia 2018

nareszcie koniec!

Gdybym miała porównać mijający rok do jakiegoś przedmiotu byłby monetą z dwoma reszkami.
Cieszę się, że się kończy. 
Jestem nim bardzo zmęczona. 
Tak bardzo, że nie wiem, czy będę miała siły 
punktualnie rozpocząć rok nowy. 
Jedno wiem.
Nie będę skubańcowi wierzyć! 




środa, 28 listopada 2018

Magnes


K. wstał jak zwykle przed szóstą. Wypił gorzką, jak jego nieudane życie kawę i wyszedł do miasta. Mroźny wiatr skutecznie wywiał mu z głowy pomysł pójścia do parku. Zawrócił do centrum. Szedł teraz pustawymi jeszcze o tej porze ulicami. Obserwował spieszących się do pracy mieszkańców. Podglądał pracujących śmieciarzy, zastanawiając się czy on mógłby tak zarabiać na życie. Czy byłby zdolny do codziennego fizycznego kontaktu z gnijącą materią? Z rozmyślań wyrwał go rozpaczliwy krzyk czterolatka: Ja nie chcę do przedszkola! Ja nie chcę do przedszkola!!! K. przystanął i trwał w bezruchu tak długo, aż płacz dziecka został szczelnie zamknięty za drzwiami zabytkowego budynku. Ruszył dalej. Mijał nieatrakcyjne sklepowe wystawy. Czytał ogłoszenia porozlepiane na słupach. Zatrzymał się przy piekarni. Nie zamierzał kupować chleba, chciał tylko odnaleźć tamten zapach z dzieciństwa. Bezskutecznie. Zmarznięty i przygnębiony wrócił do domu. Stanął w przedpokoju przed lustrem, dokładnie się obejrzał. Zdjął z głowy pożółkły brzozowy liść. Strzepnął z klap płaszcza paproszek tytoniu. Wyjął z kieszeni przemokniętą i wygniecioną karteczkę z listą zakupów wypisaną starannym kaligraficznym pismem, nadgryzioną bułkę i trzy małe śrubki. Starannie wytarł chusteczką niezaschnięte jeszcze do końca łzy. Kichnął. Zawinął chusteczkę i związał w węzełek. Obejrzał dokładnie podeszwy traperów. Odkleił z lewego buta piórko gołębia i zużyty bilet tramwajowy. Prawy był czysty. Wszystkie rzeczy włożył do strunowego woreczka. Szczelnie zamknął. Zapisał datę i godzinę. Woreczek włożył do prawie już pełnego podobnych woreczków kartonowego pudła z napisem „Tom II”.

czwartek, 22 listopada 2018

Dwie kostki cukru


Przyjechała dziesięć minut za wcześnie. Jak zwykle. Nawet z najodleglejszych krańców świata Klara przybywała zawsze kilka minut przed czasem.  Taki nawyk, jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy to za najdrobniejsze spóźnienie była bezlitośnie karana. Teraz nie było już nikogo, kto mógłby Klarę ukarać w jakikolwiek sposób. Teraz dawała sobie te kilka minut w prezencie. To był czas wyłącznie dla niej. Nie było jej już „tam” i jeszcze nie było jej „tutaj”. Była w drodze. Mogła zrobić wszystko, na co tylko miała ochotę. Teraz miała ochotę na krótki spacer. Wysiadła z samochodu i poczuła przejmujące zimno. Północny wiatr przyjemnie oczyścił powietrze, ale przyniósł ze sobą chłód, którego Klara się nie spodziewała. Schroniła się przed nim w osiedlowym sklepiku. Skuszona kumulacją wykupiła jeden zakład totka i tym samym usprawiedliwiła swoją obecność w sklepie. Przejrzała gazety.

sobota, 17 listopada 2018

Ogród zoologiczny


Wielka pałacowa brama, za którą można wejść jedynie po uiszczeniu wysokiej opłaty. Tak wysokiej, że praktycznie nikt się nie decyduje. Większość zatrzymuje się przy granicy ogrodzenia. Zagląda przez sztachety płotu. Co sprawniejsi wspinają się na wysoki mur, nie bacząc na tabliczki ostrzegające, że działanie takie grozi wypadkiem, a nawet śmiercią. Z zewnątrz widać niewiele. Jedynie kilka pozorów. Z zewnątrz to miejsce doskonale udaje zwyczajność. Równo wytyczone alejki. Poprzycinane krzewy. Wypielęgnowane kwietniki. Ławeczki. Huśtawki. Opróżnione kosze na śmieci. Wytyczony jedynie słuszny kierunek zwiedzania, o którym leniwym tonem informuje najpierw rozespana bileterka, a potem nachalnie przypominają drogowskazy. Jeśli ich posłuchasz, nabierzesz się niechybnie. Poprowadzą cię ścieżką dla głupców. Zamydlą ci oczy. Przekupią cukrową watą  i lodem na patyku. Zobaczysz słonie bawiące się starymi oponami na wybiegu wielkości przeciętnego salonu.  Żyrafy z nudów splatające szyje w warkocze. Przez szybkę pogłaszczesz tygrysa. Pawian pokaże ci swój czerwony tyłek. Wyjdziesz zadowolony, z kiczowatym balonikiem w ręce i tak naprawdę nie zobaczysz nic. Niczego nie poczujesz. A przecież tuż przed twoim nosem Szczurołap gra na flecie. Skamieniałe stadko gryzoni zamarło u jego stóp. Nie zdążyły przed tobą uciec.  Kilka metrów dalej, zupełnie bez sensu, na samym środku ścieżki stanął połyskujący zimnym metalem nosorożec. Pewnie sądzi, że jeśli wytrzyma bez ruchu, nie zauważysz go wcale. Gdyby nie zbłąkany promień słońca, pewnie by mu się udało. Niestety, zdradziło go stadko zajączków. Spiżowy niedźwiedź z jabłkiem w pysku próbuje niezdarnie zakopać się w opadłych liściach. Biały miś udaje reklamę hamburgerów. Gipsowy bocian nigdy nie odlatuje do ciepłych krajów a ogromny rak czerwienieje ze wstydu przyłapany w pół kroku między stawem a małym nieczynnym bistro. Tylko dinozaury są tym, czym naprawdę są. Wymarły w odpowiednim czasie, by żaden człowiek nie musiał mieć wyrzutów sumienia.




środa, 14 listopada 2018

O włos


- Zadanie do wykonania jest. Na wczoraj zasadniczo. Który na ochotnika? – Perfekcyjna wyczekująco lustrowała załogę. Wszyscy, jak jeden mąż, natychmiast zaczęli skrupulatnie analizować rysy na linoleum.
- Ty, patrz, tego śladu tu chyba wczoraj nie było? - Wyszeptał Józek do Staśka.
- E, coś ty, ten to tu jest od tygodnia. Zenek kłem zarysował, jak mu szczęka opadła, kiedy się dowiedział, ile będzie musiał zapłacić, żeby nadal móc pracować. Ale tego o tu, po lewo, to na pewno nie było, ten to nowy jest. Nowiutki. – Stanisław wskazał palcem cienką czarną rysę, a Józek z uznaniem pokiwał głową.
-  Pewnikiem Waldek zostawił – kontynuował Stasiek. - Wczoraj mu powiedzieli, że jeszcze piętnaście lat do emerytury będzie musiał targać, ręce mu opadły, sygnetem poharatał. Żal chłopa, oj żal!
-  Staszek, a te czarne o tu, tu obok biurka, to od czego? – Józek ewidentnie Staszka podpuszczał, albowiem tym razem kolega nie mógł wiedzieć kto dał plamę.
-   To czarne mówisz? – Stanisław zamyślił się i podrapał w głowę. Perfekcyjna przyuważyła ruch ręki i zareagowała natychmiast.
-  Fantastycznie panie Staszku, wiedziałam, że na pana zawsze można liczyć, szczególnie w takich sprawach…
-   E… ale właściwie, to o co dokładnie chodzi? – Wymamrotał Staszek.
-   No jak co, będziesz włosa na czworo dzielił, mam rację szefowo? – zarechotał Józek.
-  Jak zawsze Józeczku, jak zawsze. – Perfekcyjna posłała Józkowi coś na kształt uśmiechu, a może się chłopu tylko wydawało i był to jedynie grymas ogólnego rozczarowania życiem.
- No, panowie, do roboty! Do roboty!
       Zaszurały krzesła. Zastukały obcasy. Kamień spadający z serca Waldemara pozostawił spore wgłębienie w wykładzinie. Tymi swoimi opadniętymi łapami, to by raczej jeszcze nie dal rady tak precyzyjnie tego włosa na czworo. Dobrze, że na Staszka padło.


niedziela, 30 września 2018

Sidła


      Pewnym krokiem wyszła z domu.
       Lewa, prawa, lewa, prawa. Buty wystukiwały równy rytm.
       Miała jasno określony, jak najbardziej realizowalny i absolutnie mierzalny cel i zamierzała go osiągnąć w wyznaczonym  terminie. Konkretnie natychmiast.
       Nie zwracała uwagi na nielicznych o tej porze dnia przechodniów. Zignorowała przebiegającego jej drogę prążkowanego kota. Co innego gdyby kot był czarny. Splunęłaby wtedy szybko przez lewe ramię i na wszelki wypadek, niecierpliwie drepcząc w miejscu poczekała, aż kto inny przejdzie naznaczoną przez zwierzę linię pierwszy i  weźmie na siebie pecha. Nie zatrzymała jej nawet ławica przywiędłych liści opadających nagle z przydrożnej topoli. Otrzepała się z nich szybko i pomyślała tylko, że to jakieś karygodne niedopatrzenie, że taka stara, ohydna topola jeszcze w ogóle tutaj rośnie.
      Zerknęła na zegarek. Czas biegł nieubłaganie swoim rytmem. Chcąc go przechytrzyć zdecydowała się pójść  na skróty, przez pobliski park.
     Lewa, prawa, lewa, prawa.
     Buty szurały teraz nieprzyjemnie po szutrowej ścieżce.
     -  A co tam, po trawie będzie szybciej – pomyślała i jednym zgrabnym susem przeskoczyła niski płotek. W promieniach zachodzącego słońca dostrzegła plątaninę migoczących nitek rozpiętych pomiędzy drzewami,  jak jakiś skomplikowany system alarmowy.
      Jednak nie zdążyła. Jesień zastawiła na nią sidła.




Ps.  Do przeczytania poprzednich i następnych krótkich tekstów powstających w ramach wyzwania zobowiązującego mnie do napisania codziennie przynajmniej stu słów zapraszam na FP

niedziela, 26 sierpnia 2018

Letnie popołudnie


       Maria usiadła w niewygodnym fotelu i zapatrzyła się w wirujące w promieniach słońca drobinki kurzu. W mieszkaniu panowała grobowa cisza. Ani jedna podłogowa deska nie odważyła się zaskrzypieć. Stara szafa z wysiłkiem powstrzymywała trzeszczenie. Zegar zatrzymał się kwadrans po dziewiątej i choć bardzo chciał nadal odmierzać czas, solidarny z resztą osieroconych przedmiotów, milczał. Zmatowiałe lustro w ciężkiej drewnianej ramie czuło, że lada chwila pęknie z żalu, sprowadzając na spadkobierców siedem lat nieszczęścia. Nie zrobiło tego wyłącznie ze względu na prababkę Klarę, surowo spoglądającą w nie z portretu wiszącego na przeciwległej ścianie. Marii wydało się nawet przez chwilę, że prababka unosi dłoń ku zaciśniętym ustom w geście nakazującym wszystkiemu wokół absolutne milczenie.
     -    Nie, to niemożliwe. Jestem przemęczona i mam jakieś zwidy – pomyślała Maria i wstała, by otworzyć okno. Rozgrzane upałem powietrze buchnęło jej w twarz. Wstrzymała oddech. Przymknęła okno. Kurz zawirował układając się w ledwie widoczną, a jednak rozpoznawalną postać pradziadka Karola.
     -      O, do licha! Jest ze mną gorzej niż myślałam – powiedziała cichutko Maria, sięgając do torebki po tabletki na uspokojenie. Zanim zdążyła je połknąć, usłyszała świszczące „Ciii…” i tym razem wyraźnie zobaczyła, jak prababka przytyka palec wskazujący prawej dłoni do ust a jej oczy przyjmują ten karcący wyraz, który Maria tak dobrze pamiętała z dzieciństwa. Jej babka patrzyła dokładnie tak samo, kiedy Maria odzywała się niepytana lub zbyt głośno manifestowała radość. Tabletki stanęły jej w gardle. Wykaszlała je na dłoń demolując ciszę i doprowadzając prababkę nieomal do furii. Korzystając z okazji szafa stęknęła ciężko i otworzyła lekko swoje drzwi, zupełnie jakby wydychała zatęchłe powietrze. Podmuch ostatecznie rozwiał niezbyt wyraźnego pradziadka i Maria jedynie kątem oka dostrzegła, że ten, zanim zupełnie zniknął, wskazał ręką na stół. Podążyła wzrokiem za ostatnią smugą kurzu unoszącą się w promieniach słońca i dostrzegła leżący na blacie zeszyt. Gruby, niebieski, w mocno sfatygowanej okładce. Wzięła go i otrzepała z kurzu. Przez chwilę spoglądała w rozedrgane powietrze sprawdzając, czy czasem pradziadek znów się nie materializuje, a gdy ten się nie pojawił, usiadła w fotelu i zaczęła kartkować zeszyt.
              Pożółkłe i gdzieniegdzie poplamione kartki zapisane były równiutkimi rzędami ładnego, niestety niezbyt czytelnego, lekarskiego wręcz pisma. Jedyne, co mogła rozszyfrować bez trudu, to daty. Trzymała w rękach czyjś dziennik z początków dwudziestego wieku. Przerzucała strony w poszukiwaniu informacji o autorze z narastającą ciekawością. Suchy szelest kartek brzmiał bardzo niestosownie, nawet niegrzecznie, ale Maria wcale się tym nie przejmowała. Nie zwracała uwagi, ani na groźne miny prababki, ani na coraz głośniejsze pojękiwania lustra.
             Nagle silny powiew wiatru otworzył źle domknięte okno. Przestraszona Maria zerwała się z fotela, zrzucając zeszyt na podłogę. Spadł grzbietem do góry, rozkraczając strony, jak akrobata w szpagacie, a kiedy Maria go podnosiła, wypluł szarą, zalakowaną kopertę. W tym samym momencie lustro dramatycznie pękło, deformując odbicie prababki i nadając jej twarzy nieprzyjemny grymas rozczarowania. Zegar poczuł się zwolniony z obowiązku milczenia i zademonstrował to głośnym „Tik”.
       -    Tak! – Radośnie odpowiedziała mu Maria jakieś trzy sekundy po przełamaniu pieczęci i natychmiast wybiegła z pokoju, nieco zbyt gwałtownie zamykając za sobą drzwi i powodując przeciąg. Stara szafa zatrzeszczała złowrogo a z jej wnętrza, wprost na fotel, na którym przed chwilą siedziała Maria, wypadł elegancko ubrany i doskonale zabalsamowany trup.  




       A to obraz Simeona Nijenhuisa, który stał się inspiracją do tego opowiadania
           

sobota, 11 sierpnia 2018

Jejiń


Kiedy Klara weszła do kawiarni Krycha siedziała już od kilkunastu minut przy stoliku, przeglądając kartę i zastanawiając się, czy woli zupę, czy też może wystarczy jej szarlotka. Przywitały się serdecznie.
-  No, opowiadaj! – Krycha przywołała kelnerkę, szybko złożyła zamówienie: dwie szarlotki i dwie herbaty, a potem zamieniła się w słuch.
-   Wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego jelenia.

czwartek, 14 czerwca 2018

Nisza


          Coraz bardziej przekonuję się o tym, że jestem, wbrew temu, co o gatunku homo sapiens powszechnie wiadomo, zwierzęciem wybitnie samotniczym. Grupy, od przedszkolnej, poprzez klasowe, studenckie, pracownicze, superwizyjne, tudzież - wyjątkowo nieliczne w moim przypadku - towarzyskie, są strukturami, w których odnajduję się słabo. Praktycznie w ogóle się nie odnajduję.    Gubię się w zawiłościach konwenansów. Nie ogarniam regulaminów. Duszę w schematach. Nie mieszczę w grafikach. Natychmiast przestaję być sobą a wyłazi ze mnie kilka skrzętnie skrywanych i niezbyt sympatycznych postaci: Wredna Zołza, Żołnierz Wychowawczo Trudny, Pokorne Ciele, Reakliwa Krzykwa, Neurotyczna Panikara, Ponury Wrażliwiec, Mała Dziewczynka z balonikiem, Naczelny Krytyk i jeszcze kilka pomniejszych bestii. O Pannie Prokrastynacji nawet nie wspomnę, bo ta towarzyszy mi ostatnio niezależnie od tego, czy sama jestem, czy też nie.
          I z całym tym szemranym towarzystwem wpakowałam się do grupy literackiej.
          Po co? Na co? Dlaczego?  
         To pytania, na które od kilku dni szukam sensownych odpowiedzi, a gdy już mi się wydaje, że ich sobie udzieliłam, dopada mnie zwątpienie i pojawia się chęć natychmiastowej ucieczki na Wyspy Owcze lub w inne miejsce, gdzie zasięg Internetu nie sięga. Emocje mną targają skrajne, od radości dziecięcej, że coś nowego się dzieje, po strach wielki, czy podołam roli członka grupy tak zacnej. Wszak to pisarze zawodowi, literaci wytrawni, dżentelmeni pełna gębą, spece od PR, działacze społeczni, nie tylko piórem, ale i klawiaturą sprawnie się posługujący.
         Gdzież mnie do nich?! Cóż ja ze swoją zieloną książeczką, której gatunku nawet nie sposób określić, bo pod żaden nie podpada? Do tego wydana nie w uznanej oficynie tylko inteligentnym inaczej systemie wydawniczym, który każde grafomańskie gryzmoły bez pytania na wyrób książko podobny za kilka srebrników przerobi. A później samozwańczy krytycy literaccy tłumnie w błotko wdepczą autora – selfpublishingera. Bo skoro to on za wydanie swoje książki płaci, a nie jemu za dzieło wynagrodzenie wielkie dają, to szmira musi być i chała pewnikiem straszliwa i wstydzić się ów autor powinien, że czysty nurt szlachetnej literatury polskiej takim gównem zanieczyszcza. Ach, nie autor przecież a grafoman. Grafoman obrzydliwy, żeby tak się po świecie obnosić ze swoim chorym przymusem pisania! A, fuj!
         I przerażona opuszczeniem strefy komfortu, zawstydzona swoim grafomańskim procederem, łzy rozpaczy ronię. Z pisaniem swoim się żegnam. Do rytmu rutynowego życia na trasie praca-dom-praca-dom-praca-szpital psychiatryczny pokornie powrócić zamierzam, gdy nagle światełko w tunelu dostrzegam. Nikłe, co prawda i blade. I odkrywam, że przecież te całe moje pisanie to wcale nie jakieś światowe być musi. Ogólnopolskie nawet nie. Niech ono sobie takie maciupkie, takie niszowe zostanie. I nie o uznanie krytyków mi idzie. I do Związku Literatów Polskich nie pretenduję przecież. A gdyby mnie ktoś kiedyś przypadkiem zapytał o to, dlaczego piszę, bez skrupułów odpowiem: bo mam talent ;)


niedziela, 3 czerwca 2018

Rozmowy o kapiszonach - Dobra ocena


- Patrz! Dostałem ocenę! – chłopiec radośnie wbiegł do pokoju, wymachując zeszytem.
- O?! To pewnie jesteś zadowolony?
- Mama się ucieszy. Zawsze mówi, że mam przynieść dobrą ocenę.
- A ty się cieszysz? 
- Jasne! Dostanę nagrodę, wiesz? - mały  radośnie dreptał w miejscu.
- Nagrodę?
- Tak! Mama obiecała, że pójdziemy na lody, jak przyniosę dobry stopień.
- Mama będzie z ciebie dumna. A pokaż no tą twoją dobrą ocenę.  Chłopiec podał zeszyt i wskazał palcem wielką dwójkę.
-  Bardzo duża ta ocena - powiedziała z uznaniem babcia.
-  Tak, największa z całej klasy! Jak idziemy z mamą do sklepu, to ona zawsze wybiera to, co największe, takie, co ma napisane XXL na opakowaniu. Dostanę największe lody na świecie!!! –  złapał zeszyt i wybiegł z pokoju radośnie nawołując mamę.

czwartek, 31 maja 2018

Rodzinny piknik


        Jechała autostradą. Słońce świeciło jej prosto w oczy. Niebo przybierało ten paskudny, mglisty odcień, przywołujący ból głowy i dawno zapomniany lęk przed prawdziwym życiem. Z południa nadciągały ciężkie, burzowe chmury.
-    A gdyby tak? – Nie spoglądając w lusterko nagle zmieniła pas i zjechała z trasy tuż przed bramkami.
      Ciemne niebo i wyraźnie widoczne strumienie deszczu zdawały się być teraz tuż przed nią. Przydepnęła mocniej pedał gazu. Samochód zareagował z dużym opóźnieniem. Zapomniała, że to nie jest już stary wysłużony Ford z turbodoładowaniem i przyspieszeniem wciskającym w fotel.  Jechała, pustymi o tej porze dnia ulicami małego miasteczka. Kolorowe domki, wypielęgnowane ogródki i bocianie gniazda, na co drugim elektrycznym słupie wyglądały nierealnie, jak scenografia z niskobudżetowego filmidła.
        Na szybie pojawiły się pojedyncze krople deszczu. Powietrze ochłodziło się na tyle, że mogła wyłączyć klimatyzację, otworzyć okna i odetchnąć żywym powietrzem. Spodziewała się zapachu rozgrzanego asfaltu. Zaskoczył ją smród nawozu rozrzucanego na pobliskim polu. Podkręciła szyby. Włączyła klimę. Deszcz postanowił nie padać.
       Skręciła w boczną drogę prowadzącą do parku, w którym, według porozklejanych w miasteczku plakatów, miał odbyć się jutro rodzinny piknik. Zatrzymała się na pustym parkingu. Wysiadła z samochodu, zostawiając w nim ciężką służbową teczkę.
       Poza świergotem ptaków i lekkim trzepotem osikowych liści panowała tu absolutna cisza. Park był zaniedbany. Trawa dawno nie koszona. Alejki poprzerastane korzeniami drzew. Ruina starego budynku jakiejś kawiarenki. Spory staw, z którego lata temu spuszczono wodę.
       Usiadła na rozpadających się schodkach. Wyobraziła sobie, jak pięknie musiało tu być kiedyś. Kąpielisko było strzeżone. Przystojny ratownik siedział na swojej wieżyczce i obserwował opalające się dziewczyny, wypatrując swojej Moniki, podczas gdy chłopcy popisywali się skokami na główkę. Dzieciaki baraszkowały na płyciźnie.  Matki z niepokojem obserwowały czy pociechy nie zmarznięte, albo nie przegrzane, albo może głodne? Ojcowie, zmęczeni wciąganiem brzucha, zasiedli w cieniu, przy piwku i papierosku. Kolorowo, wesoło, gwarno.
        Szczebiot dziecięcych głosów zdał się jej nagle zbyt rzeczywisty. Dobiegał gdzieś zza brzozowego zagajnika. Zupełnie, jakby cała gromada kilkulatków biegała po parkowej łące, ganiając za motylami i grając w berka.
        Odwróciła się. Nikogo nie było widać. Tylko te donośne dziecięce głosiki.
        Wstała i poszła w ich stronę. Uważnie się wsłuchując, rozróżniła głosy trzech chłopców i dwóch dziewczynek. Dobiegały z polany otoczonej starymi brzozami, ale żadnych dzieci nadal nie widziała. Tylko te głosy. Bezcielesne.
        I nagle dziecięcy szczebiot zamilkł, by po chwili rozbrzmieć głośnym, wielokrotnym, rozpaczliwym: Mamo! Mamusiu!
        Zdezorientowana zatrzymała się pośrodku polany. Poczuła silne ukłucie w dole brzucha i drugie w okolicy serca. Zawirowało jej w głowie. Upadła na trawę. Stare brzozy pochyliły się nad nią z czułością ochraniając przed rażącym słońcem i zaszumiały delikatnie, a gdy rozchyliły gałęzie, zobaczyła nad sobą ulatujące coraz wyżej baloniki. Ostatni właśnie wymknął się z jej dłoni.
-     Był taki niebieski, taki niebieski…




wtorek, 29 maja 2018

Ze słowiańskiego bestiariusza - Ćmuch


      Gorąco się zrobiło niemożebnie i Marianna poczuła się bardzo źle. Przyciasna suknia uwierała ją tu i tam a buty parzyły w stopy. Robota w ogóle jej nie szła i tylko sterta papierzysk rosła na biurku. Nie myśląc zbyt wiele, bo z tego skwaru myśleć prawie wcale nie mogła, no, chyba, że o pingwinach Anieli lub dużej porcji lodów cytrynowych, postanowiła pójść nad staw. Zasadniczo z zamiarem całkowitego zrzucenia odzienia i zanurzenia się w chłodnej toni, jednakże przed realizacją planu powstrzymała ją obecność kilkunastu przypadkowych widzów oraz bolesna świadomość niedoskonałości własnego ciała. Ewentualną karą w formie wysokiej grzywny za złamanie regulaminu nie przejmowała się wcale, gdyż i tak nie miałaby czym zapłacić.
       Spacerowała Marianna brzegiem stawu, dysząc ciężko i tęsknie na wodę chłodną spoglądając. Nagle usłyszała głośny plusk.
-  Nic tylko któryś ze spacerowiczów jednak z butów wyskoczył i zanurkował – pomyślała z zazdrością i jęła wypatrywać pływaka. Jak okiem sięgnąć nic. Tafla wody niewzruszona.
-  Ki czort? Przeciem wyraźnie słyszała chlupot wielki? – Marianna przystanęła, chowając się w cieniu trzystuletniego dębu i obserwując bacznie staw cały, wyczekiwała – Pluskło raz, plusknie i drugi.
    I faktycznie. Chlupot, jakby kto głaz wielgachny w wodę wrzucił, niebawem do uszu Marianny dotarł, jednak nijakiego śladu na wodzie, żadnych kręgów ni fal najmniejszych nawet, widać nie było. Gdzieś tylko w oddali zarechotała żaba a w zaroślach zaszeleściło jakieś licho. Przez moment Mariannie wydawało się, że widzi psa sąsiada, a właściwie tylko śmiesznie zakręcony psi ogonek. Zresztą, może to warchlak jakiś, żołędzi zeszłorocznych szukał? Marianna już nad powrotem do przerwanej pracy zaczynała niechętnie myśleć, gdy trzeci nagły plusk rozległ się tuż koło niej. Kątem oka niewyraźną sylwetkę spostrzegła i nagle lico Marianny rumieńcem wstydu zapłonęło.
-  O, toż Ćmuch jeden! To ja tu na chwilkę tylko od upału odsapnąć przyszłam, a ten już mnie straszy i oficjalnie leniwą babą ogłasza? – Rozglądać się Marianna zaczęła ukradkiem, czy aby nikt nic nie zauważył. I szybciutko z powrotem do dusznego biura pobiegł. Żadnej z koleżanek o swojej przygodzie słowa nie powiedziawszy, za porzuconą robotę natychmiast się wzięła. Bo leniwa to może i Marianna bywała, ale głupia to już na  pewno nie i w opowieści o tym, że Ćmucha widziała, nikt by jej nie uwierzył. No, może z wyjątkiem Jeremiasza.


Portret Ćmucha odmalował i na kartach Bestiariusza Słowiańskiego umieścił Paweł Zych. Musi być z niego leń jak się patrzy, skoro tak dokładnie tego diabelskiego stworka widział ;)

piątek, 6 kwietnia 2018

Ze słowiańskiego bestiariusza - Żyrownik


      Gdy po raz pierwszy od tygodni zaświeciło słońce, a temperatura nagłym susem przeskoczyła dwadzieścia stopni, Marianna zadecydowała, że najwyższy czas zimowe odzienie schować i w lżejsze fatałaszki wskoczyć. Jeremiasz decyzję małżonki z radością przyjął. Ciężkie zimowe buciory na pepegi szybciutko zamienił. Zdecydowanym ruchem Nieśpiecha z głowy zrzucił i na pierwsze piwko pod chmurką natychmiast sprężystym krokiem wyruszył.
      Marianna sama w domu została z zamiarem przeprowadzenia gruntownych porządków we własnej garderobie. Zwykle nie zajmowało jej to zbyt wiele czasu, gdyż kobietą była bardzo zorganizowaną, tym razem jednak napotkała poważną przeszkodę. Płaszcze kurtki i swetrzyska, szaliki czapki, rękawice i onuce sprawnie w pudła pochowała, naftaliną przesypała i na strych wyniosła. W drodze powrotnej kolorowe pudełka z pachnącymi tropikalnym kwieciem letnimi łaszkami przyniosła. Szafę porządnie umyła. Pozostało rzeczy na półkach poukładać i na wieszakach umieścić.
       Wzięła Marianna pierwszą sukienusię w dłonie, pogładziła delikatny materiał i tak tylko dla formalności przed lustro podeszła, by utwierdzić się w przekonaniu, że cudnie będzie wyglądać w tych groszkach zielonych. Jak spojrzała, tak wrzasnęła z przerażenia. Ujrzała, bowiem w lustrzanej tafli tuż obok własnego odbicia, stwora jakiegoś paskudnego. Stał na grubych, krótkich nóżkach, w tłustych łapskach nadgryzioną bułę z boczkiem trzymał, a mlaskał tak, że aż mu potrójny podbródek obijający się o brzuszysko wielgachne poklaskiwał.  
        Marianna do strachliwych kobiet nie należała i kolejny wrzask już wcale nie z przestrachu z jej ust się wydobył, ale ze złości wielkiej. Rozpoznała, bowiem Marianna w opasłym stworze Żyrownika. Spasiony demon całą zimę chował się w kuchni, podjadając tłustsze kąski i mleko podpijając, a co Żyrownik sam zjadł, to się w ciele Marianny podwójnie odkładało.
         I teraz stali tu sobie razem, przed lustrem, podobni jak dwie krople wody. Żyrownik dumny z dobrze wykonanej roboty i nagrody oczekujący. Marianna zaś wściekła przeokropnie, bo przecież w dzisiejszych czasach taka postura nie o bogactwie i szczęściu świadczyła, ale wręcz przeciwnie, jednoznaczną oznaką nędzy i chorób wszelakich była.
         Gdy więc Jeremiasz późnym wieczorem do domu wrócił, w humorze doskonałym i nastroju romantycznym, zastał jedynie pustą lodówkę, z której Żyrownik ostatnie paróweczki bezczelnie wyżarł oraz liścik jakowyś, w pustej lodówce pozostawiony. Listem tym Marianna Jeremiasza informowała, że zanim dwudziestu kilogramów tłuszczu na nowo otwartej i całodobowo czynnej siłowni nie wytopi, do domu nie wróci. A gdyby Jeremiasz głodny był, to woda w dzbanku stoi i sucharki na talerzyku obok leżą. I wszystkie sobie sam zjeść może.

sobota, 24 marca 2018

SHARE WEEK 2018


To już siódma edycja. Moja pierwsza. 
Idea polecania blogów, które cenimy i które w jakiś szczególny sposób są dla nas ważne, bardzo mi się spodobała. To, że zgłosić można tylko blogi trzy, już troszkę mniej. No, bo jakże to tak, tylko trzy?!
Przecież tych, które czytam, cenię, lubię, podziwiam, wykorzystuję prywatnie i zawodowo, uczę się z nich i bawię świetnie czytając jest zdecydowanie więcej.
Ale zasady to zasady!
Wybrałam.


Blog Emilki Mielko to pierwszy blog, na który trafiłam w moim najcięższym okresie życia i gdzie znalazłam absolutne i totalne zrozumienie. W pewny sensie Emilia uratowała mi życie.  Dowiedziałam się o sobie wielu  istotnych rzeczy i dostałam konkretne wskazówki, jak sobie radzić, kiedy się jest osobą wysoko wrażliwą. Z niecierpliwością oczekuję każdego kolejnego tekstu Emilii, bo zawsze jest dokładnie w punkt i do natychmiastowego wykorzystania. I do tego piękne zdjęcia, balsam dla oka i duszy.


Dopiero dzisiaj pisząc ten tekst uświadomiłam sobie, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo przecież nie ma przypadków, autorka i tego, jakże ważnego dla mnie bloga, jest Podlasianka. Krzysia Bezubik i jej kursy kreatywnego pisania, to moje uratowane przez Emilię życie, zupełnie odmieniła. Dzięki warsztatom, poradom i życzliwemu wsparciu Krzysi  wydałam swoją pierwszą książkę, poznałam mnóstwo fantastycznych kobiet i przekonałam się, że aby pisać, wystarczy… zacząć pisać.  Teraz piszę, bo chcę!
I chociaż strona graficzna bloga Krzysi jakoś szczególnie mnie nie przyciąga, to już jego zawartość, a przede wszystkim osoba autorki, wręcz uzależnia.


Trudno mi w kilku słowach przedstawić Wam blog Gosi Wilczek, bo…znam Gosię i Krystiana od wielu lat i ogromna sympatia do nich sprawia, ze absolutnie nie mam dystansu do tekstów. Ale wiecie co? Jak tylko przeczytacie i obejrzycie, bo tam zdjęć  wspaniałych cała masa, chociaż jeden z nich, też natychmiast ten dystans stracicie! Ta szalona dwójka podróżników zabierze was swoją „mechaniczną pomarańczą” na wycieczkę do świata, gdzie wciąż jeszcze takie wartości jak miłość, przyjaźń, zaufanie, wzajemna pomoc i długa szczera  rozmowa istnieją i mają się dobrze. I gwarantuję Wam, że już nigdy nie znajdziecie dla siebie żadnej wymówki, by odkładać marzenia! Nie wierzycie? To zobaczcie ten film


Mogłabym teraz, już poza konkursem, wymienić wszystkie blogi, które z przyjemnością systematycznie podczytuję, ale tego nie zrobię. 
Wybaczcie Kochani. 
Może w przyszłym roku ;)

piątek, 23 marca 2018

Ze słowiańskiego bestiariusza - Nieśpiech


        Marianna była bardzo pracowita. Przez cały tydzień, dzień w dzień, od rana do późnego wieczora sumiennie wykonywała swoje obowiązki, a miała ich, jako kierowniczka zmiany, wiele. I kiedy po całym dniu harówki do domu wracała zmordowana, oczekiwała obfitej wieczerzy, koniecznie z deserem i kompotem, masażu stóp spuchniętych, kąpieli z pianą pachnącą i świeżej pościeli. No i rzecz jasna sprawnego kochanka.
        Jeremiasz znał dobrze wymagania żony i zwykle, gdy tylko rankiem drzwi za Marianną zamykał, natychmiast brał się do ogarniania domu, zmywania, sprzątania, gotowania, pieczenia, smażenia, polerowania, prania, prasowania, tak by małżonka zadowolona była.
        Zwykle, bo dzisiaj Jeremiasz pożegnał Mariannę, a potem na kanapie legł, pilota w dłonie wziął i sześćset siedemdziesiąt pięć dostępnych kanałów telewizji różnorakich równocześnie oglądać zaczął.
       Nieśpiech natychmiast zza szafy, za którą ukrywał się od dawna i tylko na sposobność dogodną czekał, wychynął i obok Jeremiasza na kanapie się umościł, powolność ruchów i gnuśność umysłową coraz większą u gospodarza powodując.
       Godziny mijały, czas powrotu Marianny się zbliżał, a Jeremiasz nic tylko kanały przerzucał, od czasu do czasu po brzuchu się podrapał, raz po raz wiatry puszczał, nogę lewą na prawą zarzucał lub odwrotnie, lecz żadnej roboty się nie chwytał. Chciał, a pewnie, że chciał, ale im bardziej chciał, tym bardziej nie mógł. Nieśpiech już mu całkiem na głowę wlazł.
       I gdy Marianna do domu wróciła, Jeremiasz nie wstał z kanapy i nie powitał małżonki, jak zwykle, bukietem kwiatów sezonowych. Bucików z nóg zmęczonej kobiecie zezuć nie pomógł. Do stołu jadłem zastawionego nie poprowadził. Marianna już chciała na Jeremiasza huknąć i tradycyjnym spotkaniem u adwokata pogrozić, ale Nieśpiecha umykającego za kanapę kątem oka ujrzała.
       Za telefon złapała i dawaj po sąsiadkach dzwonić i o zaklęcie przeganiające gagatka dopytywać.
Obdzwoniła wszystkie znajome i całą rodzinę i nic. Żadna z pan zaklęcia owego nie znała a tylko jedna z przesłuchiwanych w ogóle o Nieśpiechu słyszała.
       Nie pozostało Mariannie, więc nic innego, niż mimo ogromnego zmęczenia, zakasać rękawy i samej mieszkanie do porządku doprowadzić, Jeremiaszowi obiad ugotować, potem chłopa biednego nakarmić i do łóżka przenieść, żeby salonu nie blokował, bo spać będzie przynajmniej do następnego poniedziałku.
      A było kajecik z zaklęciami od prababki wziąć i starannie przechować, a nie ze staruszki się wyśmiewać, że w zabobony wierzy. Jak taka nowoczesna być chciała, to teraz ma!
      


piątek, 2 marca 2018

Fotel


     Wczoraj podpisała umowę najmu. Przepłaciła. Trudno. 
   Klara nigdy nie zwracała uwagi na koszty, gdy na czymś jej naprawdę zależało, a tym razem zależało jej jeszcze bardziej niż zwykle. Wspinała się z wysiłkiem na czwarte piętro zabytkowej kamienicy. Drewniane schody postękiwały z każdym krokiem. Wypolerowana dotykiem tysięcy dłoni poręcz podtrzymywała ją na duchu i dodawała sił. Klatka schodowa robiła wrażenie zaniedbanej, jednak zachowała jeszcze resztki dawnego uroku i elegancji.
       Ciężkie dwuskrzydłowe drzwi z mosiężnym numerem i nieco przerażającą, staromodną kołatką w kształcie głowy lwa, zaskrzypiały głośno, gdy Klara je otwierała. W pustym mieszkaniu panował zaduch. Zmatowiałe klepki parkietu trzeszczały złowieszczo, jakby chciały zniechęcić nową właścicielkę do wejścia w głąb korytarza, ta jednak nie zamierzała ich słuchać. Szybkim krokiem podeszła do okna i z niemałym wysiłkiem otworzyła je na oścież. Drobinki kurzu zawirowały w promieniach słońca. Gwar miasta zagłuszył żałosne trzaski drewnianych klepek.
      W kącie pokoju Klara zauważyła porzucony stary fotel. Przetargała go na sam środek pokoju. Nie zważając na kurz i zdezelowane sprężyny siedziska, rozsiadła się w nim. Był zaskakująco wygodny. Wysokie oparcie, szerokie podłokietniki, idealna wysokość. Klara pogładziła dłonią przetartą, wyblakłą tapicerkę. Szorstki materiał wywołał u niej natychmiast gęsią skórkę i nieprzyjemne wrażenie na języku. Zakręciło ją w nosie. Kichnęła. 
       Obłok kurzu zawirował tuż przed nią, a gdy opadł na podłogę, Klara miała już w głowie gotowy projekt idealnego wnętrza.

czwartek, 8 lutego 2018

Obrazki z życia Hrabiny i Witusia - Pączki

- A gdzie ty się wybierasz? – zapytał szczerze zdziwiony Wituś, gdy Hrabina zamiast domowego szlafroka odziała się w wyjściową garsonkę.
-  Do Galerii jadę. Z Baronową się umówiłam. Przy okazji pączki kupię – odpowiedziała Hrabina, posapując z wysiłku.
-   Przecież ty się źle czujesz. Wczoraj cały dzień było ci słabo, po za tym grypa szaleje. Mówią ciągle w telewizji, epidemia jest. – Wituś był naprawdę przerażony pomysłem Hrabiny – Może lepiej zostań. Ja pojadę do sklepu. Po co ci te pączki?
-    Tłusty czwartek dzisiaj – fuknęła hrabina.
-    Cholera, to dzisiaj , przepraszam, zapomniałem, ja zaraz pójdę, kupię…  - Wituś gramolił się z fotela -    A może faworki byś wolała? – dopytywał łapiąc  z trudem pion.
-    Nigdzie nie będziesz jechał. Już taksówkę sobie zamówiłam. Zresztą tu nie ma dobrych pączków!
-    To babkę ci kupię, cytrynową, lubisz przecież…
-   Babkę?! W tłusty czwartek? Czyś ty zdurniał zupełnie? Zresztą ja już mam dosyć tej babki. Nie kupuj jej już wcale.
      Wituś  posmutniał. Jak to dosyć babki? On co tydzień specjalnie po tą cytrynową jeździ. Dla niej. Nie dla siebie przecież. Stał na środku salonu i patrzył, jak Hrabina z trudem ciężki zimowy płaszcz zakłada. Posmutniał jeszcze bardziej.
-    O której wrócisz? Zawiózłbym cię, ale ta zima, śnieg…, przepraszam – Wituś naprawdę czuł się winny.
-   Zamknąć nie zapomnij – rzuciła tylko Hrabina, nie patrząc nawet na Witusia, który najszybciej jak tylko potrafił podążał ku drzwiom. Nim doszedł, Hrabina już wsiadała do taksówki i kazała się wieźć po pączki.
       Wituś zamknął grzecznie drzwi. Z wysiłkiem doczłapał z powrotem na fotel. Usiadł i natychmiast zaczął się zamartwiać. A czy taksówka podjechała. A czy taksówkarz miły, a nie jakiś psychopata. A czy się aby Hrabina za lekko na ten mróz nie ubrała, albo co gorsza za ciepło i się spoci bidulka i przeziębi i na grypę zejdzie. I żeby sobie czegoś nie połamała, ślisko tak teraz, Hrabina nogi ma już słabe, a laseczki za skarby świata używać nie chce.
       Siedział tak biedy Wituś, kataklizmy coraz to nowe wyobrażając sobie, podczas gdy Hrabina z Baronową kawkę piła i drugą już napoleonkę  ze smakiem wsuwała. I w ogóle nie słyszała dzwonka telefonu. A to Wituś czternasty raz dzwonił, by się dowiedzieć czy szanowna małżonka bezpiecznie na miejsce dotarła i czy może zamierza już wracać do domu.
       Kiedy wreszcie Hrabina się pojawiła, taszcząc zwycięsko pudełko pączków od Bliklego, Wituś był już prawie w stanie przedzawałowym. Nie rozumiejąc absolutnie powodów zdenerwowania Witusia i nie dopatrując się w nich ani grama własnej winy, Hrabina opadła na fotel i najspokojniej w świecie, ugryzła pączka.
-     E… to już nie są te pączki, co kiedyś… jak byłam ostatnio w Warszawie…
     

piątek, 2 lutego 2018

Dowodzik proszę.

      Klara nienawidziła wizyt u dentysty, wizyt u kosmetyczki i wystawiania się pod obiektyw fotografa.
To pierwsze znosiła z trudem, ale w poczuciu absolutnej konieczności i zagrożenia życia w razie zaniedbania, kilka razy w roku pozwalała się torturować.
       Nieskazitelnego wyglądu nikt od niej nie wymagał, więc salony kosmetyczne po prostu wykreśliła ze swojej mapy miasta i najspokojniej w świecie udawała, że nie istnieją.
       Fotograf, wydawałoby się, nie stanowił praktycznie żadnego zagrożenia, od kiedy przestała chodzić do szkoły. Niestety raz na dziesięć lat bezlitosna biurokracja domagała się, by Klara jednak przemogła niechęć i wykonała aktualizację wizerunku.
       Ostatnia aktualizacja odbywała się w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach, albowiem Klara właśnie zmieniała status związku, a wysoki poziom hormonów szczęścia uwidocznił się również na kliszy.
      Tym razem okoliczności jakoś nie chciały sprzyjać.
      Bezlitosny upływ czasu silniejszy był niż endorfinki. Na operację plastyczną lub chociażby botoksik Klary stać nie było. Zresztą nawet, gdyby było, to przecież skutecznie zniknęła salony kosmetyczne i nie miałaby się gdzie udać. Fryzurę sobie elegancką zorganizowała, a jakże, ale cóż z tego, kiedy właśnie Eurydyka, tfu, Fryderyka postanowiła zaszaleć. Do tego pyłków naniosła, na które Klara najwyraźniej reagowała alergicznie. Żaden makijaż nie był w stanie ukryć czerwonych powiek i spuchniętych worów po oczami, żaden!
       Zrozpaczona Klara postanowiła odszukać swoje poprzednie piękne zdjęcie i przekonać Bezlitosną Biurokrację, że to fotografia świeżutka jak bułeczki od Kłosa. Niestety. Wzorzec wyraźnie mówił, że lekki półprofil, tak pożądany dekadę wcześniej jest teraz absolutnie passe. Teraz tylko en face.
        I Klara musiała usiąść przed obiektywem, z pełną świadomością swojego wyglądu. Unieść brodę na niefizjologiczną wysokość zniekształcającą wszelkie proporcje twarzy. Ujarzmić opadającą na prawą brew grzywkę. Wstrzymać oddech. Nie zmrużyć oczu. Wysłuchać, jaka trudna jest praca fotografa na usługach Biurokracji.
        Wszystko po to, by odebrać malutki kawałek papierku z wydrukowaną na nim podobizną przypominającą więźniarkę oddziału o zaostrzonym rygorze. Brakowało tylko jednego elementu: małej czarnej tabliczki ze starannie wypisanym numerem.
       Bezlitosna Biurokracja przyjęła aktualizację.
       Przez kolejne dziesięć lat Klara będzie narażona na podejrzenia o fałszowanie dokumentu tożsamości.

- Dowodzik proszę!
- E… właśnie mi skradziono.

sobota, 27 stycznia 2018

Mgła

Wokół mglista, gęstniejąca ciemność. 
Powietrze cuchnie palonym plastikiem, starym, wielokrotnie klejonym i malowanym drewnem, flotem oraz śmieciem wszelakim Wąska, od lat nieremontowana droga, prowadzi przez pozostałości po sosnowym lesie. Widać tylko kikuty powalonych wiatrem drzew. 

Wóz, podskakując na wybojach, wydaje charakterystyczny dźwięk gubionej rury wydechowej.

I nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko wokół rozbłyskuje miliardami kolorowych lampek. Z chmury smogu wyłania się miasteczko, całe udekorowane, jak wielka świąteczna choinka. Domki lśnią i migają. Drzewka poustawiane w donicach wzdłuż głównej ulicy obsypane są migającymi lampeczkami, jak listeczkami na wiosnę. I jakby tego było mało, to spośród nich jeszcze spływają migocząc maleńkie błękitne wodospady. Na ryneczku porzucony wielki prezent z okazałą świecącą kokardą, obok przeogromna bombka - brama, przypominającą portal do baśniowego świata, którego strzegą  świetliste renifery. Sanie gotowe do lotu stoją tuż obok, jakby czekały na spóźnionego pasażera.

W miasteczku pusto, ni żywego ducha. Martwa cisza brzęczy, jak ten klekoczący tłumik. Za rogatkami znów tylko mglista, gęstniejąca ciemność.  


Ki czort?




piątek, 19 stycznia 2018

Wyrób książkopodobny

Zastanawiałam się niedawno skąd mi się ten przymus pisania wziął i doszłam do wniosku, że chyba jednak jestem obciążona genetycznie.
Zaczęło się od dziadka, po którym mam też imię, bo mu Karol było. Dziadek z zawodu prawnik, praktykował przed wojną, drugą światową. Tak głoszą rodzinne legendy. A potem już nie praktykował, bo z wojskiem generała Andersa po świecie wędrował. I na to już dowody są konkretne, w postaci wypłowiałych zdjęć oraz równie wyblakłego zeszytu z zapiskami dziadka. Właściwie są to jego listy do babci, pieszczotliwie Żabą zwanej. Szczegółowe opisy miejsc i wrażeń zapisane drobnym maczkiem. Zeszyt jest grubaśny. Chyba nikt z rodziny nigdy nie przeczytał go tak uczciwie od początku do końca. Pewnie dlatego, że dziadek ostatecznie też niezupełnie uczciwy wobec rodziny się okazał, ale to już inna historia.
Listy, pojedyncze i w kopertach, pisywał też mój tato. Pisał je do swej żony, a mojej matki, nazywając ją czule Guluś. To nie były listy miłosne. Chociaż może jednak były… Otóż ojciec mój zwykł je pisać latem, gdy zostawał sam w wielkim pustym domu, a ja z matką odpoczywałyśmy nad morzem. Tato chyba bardzo się nudził, bo listy były długaśne i tak sugestywnie opisujące smętną rzeczywistość słomianego wdowca, że moja matka postanowiła je upublicznić. Nie, nie opublikowała ich drukiem po latach. Zrobiła coś zupełnie innego. Otóż każdy otrzymany od ojca list, a przychodziły nieomal codziennie, odczytywała licznie zgromadzonym zaprzyjaźnionym wczasowiczom. Zrobiła się z tego akcja podobna do „czytajmy dzieciom codziennie”. Słuchacze byli zafascynowani. Ojciec o swej popularności dowiedział się dopiero po naszym powrocie do domu.  
Tato pisywał nie tylko listy do mamy.  Zapisywał też swoje przemyślenia w grubych zeszytach. Było ich kilkanaście. Mama kiedyś zażartowała, że to wyda. Gdyby miała takie możliwości jak ja teraz, zrobiłaby to niechybnie. Tato się wystraszył. Zeszyty zniknęły. A może tylko zawieruszyły się gdzieś podczas przeprowadzki?
Moje dotychczasowe pisanie bardzo przypominało poczynania dziadka i ojca. Setki listów. Mam nadzieję, że nikt ich nigdzie publicznie nie odczytywał?! Dziesiątki zagryzmolonych zeszytów. Większość spłonęła na stosie. Jeden z naszych czasów około maturalnych niedawno został cudownie odnaleziony przez moją przyjaciółkę. Matko jedyna, co ja wtedy pisałam!
I byłabym sobie tak pewnie pisała nadal, gdyby nie przypadek. A może to nie był przypadek? Może po prostu do trzech razy sztuka i ktoś musiał to rodzinne pisanie do szuflady zakończyć i padło na mnie? Zaczęło się od bloga i pojęcia nie mam, gdzie się skończy, ale właśnie postanowiłam zobaczyć, jak wyglądałyby moje teksty wydrukowane i oprawione. 
Na moje szczęście czasy mamy takie, że można sobie bezproblemowo wydrukować wszystko, co się tylko zechce i to z pełnymi szykanami.  I ja teraz właśnie trzymam w łapkach swych drżących zeszycik cieniutki ale bezcenny, bo z moim nazwiskiem na okładce

Dziadku, babciu, mamo, tato zrobiłam to!!!   


sobota, 13 stycznia 2018

Studniówka

 - To jak, przychodzisz z kimś czy zarezerwować ci miejsce przy stoliku dla singli? – Spytała raczej retorycznie Luiza i spojrzała na Eulalię wyniośle.
- Oczywiście, że z kimś! – Odparła natychmiast i bez zastanowienia Eulalia, próbując wytrzymać spojrzenie Luizy i nie wpuścić na twarz rumieńca zażenowania, który już wpełzał podstępnie – A teraz przepraszam, ale jestem umówiona.
     Eulalia szybko wybiegła ze szkoły. Luiza natomiast natychmiast zaczęła rozpytywać koleżanki, czy aby któraś może nie wie, z kim to Eulalia zamierza się pojawić. Nie przypominała sobie, bowiem, by kiedykolwiek widziała Eulalię w towarzystwie jakiegokolwiek chłopaka.
     Eulalia tymczasem dobiegła do domu, zamknęła się w swoim pokoju na strychu i zastanawiała nad tym, czy od razu rzucić się z okna, czy też może lepiej najpierw spożyć dużą ilość paracetamolu a dopiero potem skakać.
- Na cholerę powiedziałam, że kimś przyjdę?! – Wyrzucała sobie, przeszukując nocną szafkę. Zadowoliłaby się nawet witaminą C, oby w dużych ilościach. Ostatecznie mogłaby być też czekolada. – Luiza już pewnie wszystkim rozgadała… Nie, ja sobie lepiej strzelę w łeb! – Załamana Eulalia usiadła na dywanie.  
     Mogła liczyć tylko na cud albo na pomoc prababci Klary, znanej w rodzinie z tego, iż znała się na wszystkim i na wszystko radę miała. Biorąc jednakowoż po uwagę, że prababcia od około stu lat już niestety nie żyła, pozostawał wyłącznie cud.  Eulalia w cuda nie wierzyła. Wierzyła natomiast w pecha i jak dotąd nigdy się na nim nie zawiodła.  
- Jak w dwa tygodnie znaleźć partnera na Studniówkę, kiedy żyjesz na bezludnej wyspie, w rodzinnych zasobach masz tylko o dziewięć lat od siebie młodszego ciotecznego brata a na wynalezienie Internetu musisz poczekać jeszcze prawie dekadę?!  Jak?! – Eulalia już chciała zacząć zalewać się łzami, gdy usłyszała dzwonek.
- Kogo diabli niosą teraz, kiedy ja rozpaczać zamierzam? – Fukała pod nosem schodząc do drzwi. Dzwonek kilkakrotnie jeszcze natrętnie zabrzęczał zanim otworzyła. Za drzwiami stał jakiś obcy facet i mamrotał coś, że jego matka prosiła, żeby od ciotki wziął i do jej matki przyniósł, więc on przyniósł i …
- Dziękuję.
- … proszę.
      Eulalia wyciągnęła rękę po pakunek i wyłącznie z grzeczności spojrzała na posłańca. Wysoki. Barczysty. Brunet. Gapi się na nią tymi swoimi brązowymi oczami tak, jakby siódmy cud świata zobaczył i uśmiecha się tak, tak … Eulalia zastygła w stuporze.
      Podobno w języku jagańskim istnieje słowo "mamihlapinatapai" oznaczające spojrzenie wymienione przez dwie osoby, które rozumieją się bez słów lub pragną tego samego, ale każda z nich wolałaby, żeby to ta druga zrobiła pierwszy krok. 
- To ja może na pomogę, zaniosę, bo to ciężkie jest – odezwał się głosem miękkim jak aksamit i głębokim jak Bałtyk i ominąwszy Eulalię ruszył do środka.
      Oszołomiona Eulalia, uprzytomniwszy sobie, jaki nieład panuje w mieszkaniu, w ciągu sekundy musiała zdecydować, czy bardziej opłaca jej się natychmiast zemdleć, ryzykując, że Książę jednak nie zdąży jej złapać, czy też gnać w te pędy za nim, wyrwać pakunek, serdecznie podziękować za dostawę i grzecznie wyprosić za drzwi. Niestety Książę najwyraźniej jakiś sport uprawiał, gdyż zanim Eulalia decyzję podjęła, ten już w salonie siedział i z matką Eulalii rozmawiał.
- Mam przechlapane – pomyślała.
    Dotychczas każda rozmowa każdego młodzieńca z matką Eulalii prowadziła do niechybnej katastrofy. Tym razem jednak miało być inaczej. Młodzieniec wykazywał się doskonałą kindersztubą i nie wdawał w żadne polityczne dyskusje. Gdy Eulalia weszła do salonu posłał jej kolejny uśmiech, którym tym razem spowodował potężne trzepotanie motylich skrzydeł w brzuchu dziewczyny. Eulalia lekko się zarumieniła a zawstydzona rumieńcem zarumieniła się jeszcze bardziej i już, już chciała wycofać się na jakąś bezpieczną pozycję, utopić w wannie albo zatrzasnąć w windzie, kiedy chłopak spojrzał jej tak głęboko w oczy, że jego spojrzenie załaskotało ją w lewą stopę. Eulalia roześmiała się głośno. Po chwili rechotali już obydwoje.
         Matka Eulalii widząc, co się dzieje szybciutko wyniosła się do kuchni.
         Wieczorem Eulalia przymierzyła dawno skompletowaną studniówkową kreację: lakierki przysłane przez dziadka z Londynu, czarną szytą specjalnie u krawcowej ze zdobytego spod lady materiału krótką spódniczkę z falbanami oraz białą błyszcząca bluzkę zakupioną w Peweksie za najprawdziwsze dolary. Zatańczyła przed lustrem.

- Luizę trafi szlag!