sobota, 27 stycznia 2018

Mgła

Wokół mglista, gęstniejąca ciemność. 
Powietrze cuchnie palonym plastikiem, starym, wielokrotnie klejonym i malowanym drewnem, flotem oraz śmieciem wszelakim Wąska, od lat nieremontowana droga, prowadzi przez pozostałości po sosnowym lesie. Widać tylko kikuty powalonych wiatrem drzew. 

Wóz, podskakując na wybojach, wydaje charakterystyczny dźwięk gubionej rury wydechowej.

I nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko wokół rozbłyskuje miliardami kolorowych lampek. Z chmury smogu wyłania się miasteczko, całe udekorowane, jak wielka świąteczna choinka. Domki lśnią i migają. Drzewka poustawiane w donicach wzdłuż głównej ulicy obsypane są migającymi lampeczkami, jak listeczkami na wiosnę. I jakby tego było mało, to spośród nich jeszcze spływają migocząc maleńkie błękitne wodospady. Na ryneczku porzucony wielki prezent z okazałą świecącą kokardą, obok przeogromna bombka - brama, przypominającą portal do baśniowego świata, którego strzegą  świetliste renifery. Sanie gotowe do lotu stoją tuż obok, jakby czekały na spóźnionego pasażera.

W miasteczku pusto, ni żywego ducha. Martwa cisza brzęczy, jak ten klekoczący tłumik. Za rogatkami znów tylko mglista, gęstniejąca ciemność.  


Ki czort?




piątek, 19 stycznia 2018

Wyrób książkopodobny

Zastanawiałam się niedawno skąd mi się ten przymus pisania wziął i doszłam do wniosku, że chyba jednak jestem obciążona genetycznie.
Zaczęło się od dziadka, po którym mam też imię, bo mu Karol było. Dziadek z zawodu prawnik, praktykował przed wojną, drugą światową. Tak głoszą rodzinne legendy. A potem już nie praktykował, bo z wojskiem generała Andersa po świecie wędrował. I na to już dowody są konkretne, w postaci wypłowiałych zdjęć oraz równie wyblakłego zeszytu z zapiskami dziadka. Właściwie są to jego listy do babci, pieszczotliwie Żabą zwanej. Szczegółowe opisy miejsc i wrażeń zapisane drobnym maczkiem. Zeszyt jest grubaśny. Chyba nikt z rodziny nigdy nie przeczytał go tak uczciwie od początku do końca. Pewnie dlatego, że dziadek ostatecznie też niezupełnie uczciwy wobec rodziny się okazał, ale to już inna historia.
Listy, pojedyncze i w kopertach, pisywał też mój tato. Pisał je do swej żony, a mojej matki, nazywając ją czule Guluś. To nie były listy miłosne. Chociaż może jednak były… Otóż ojciec mój zwykł je pisać latem, gdy zostawał sam w wielkim pustym domu, a ja z matką odpoczywałyśmy nad morzem. Tato chyba bardzo się nudził, bo listy były długaśne i tak sugestywnie opisujące smętną rzeczywistość słomianego wdowca, że moja matka postanowiła je upublicznić. Nie, nie opublikowała ich drukiem po latach. Zrobiła coś zupełnie innego. Otóż każdy otrzymany od ojca list, a przychodziły nieomal codziennie, odczytywała licznie zgromadzonym zaprzyjaźnionym wczasowiczom. Zrobiła się z tego akcja podobna do „czytajmy dzieciom codziennie”. Słuchacze byli zafascynowani. Ojciec o swej popularności dowiedział się dopiero po naszym powrocie do domu.  
Tato pisywał nie tylko listy do mamy.  Zapisywał też swoje przemyślenia w grubych zeszytach. Było ich kilkanaście. Mama kiedyś zażartowała, że to wyda. Gdyby miała takie możliwości jak ja teraz, zrobiłaby to niechybnie. Tato się wystraszył. Zeszyty zniknęły. A może tylko zawieruszyły się gdzieś podczas przeprowadzki?
Moje dotychczasowe pisanie bardzo przypominało poczynania dziadka i ojca. Setki listów. Mam nadzieję, że nikt ich nigdzie publicznie nie odczytywał?! Dziesiątki zagryzmolonych zeszytów. Większość spłonęła na stosie. Jeden z naszych czasów około maturalnych niedawno został cudownie odnaleziony przez moją przyjaciółkę. Matko jedyna, co ja wtedy pisałam!
I byłabym sobie tak pewnie pisała nadal, gdyby nie przypadek. A może to nie był przypadek? Może po prostu do trzech razy sztuka i ktoś musiał to rodzinne pisanie do szuflady zakończyć i padło na mnie? Zaczęło się od bloga i pojęcia nie mam, gdzie się skończy, ale właśnie postanowiłam zobaczyć, jak wyglądałyby moje teksty wydrukowane i oprawione. 
Na moje szczęście czasy mamy takie, że można sobie bezproblemowo wydrukować wszystko, co się tylko zechce i to z pełnymi szykanami.  I ja teraz właśnie trzymam w łapkach swych drżących zeszycik cieniutki ale bezcenny z moim nazwiskiem na okładce

Dziadku, babciu, mamo, tato zrobiłam to!!!   


sobota, 13 stycznia 2018

Studniówka

 - To jak, przychodzisz z kimś czy zarezerwować ci miejsce przy stoliku dla singli? – Spytała raczej retorycznie Luiza i spojrzała na Eulalię wyniośle.
- Oczywiście, że z kimś! – Odparła natychmiast i bez zastanowienia Eulalia, próbując wytrzymać spojrzenie Luizy i nie wpuścić na twarz rumieńca zażenowania, który już wpełzał podstępnie – A teraz przepraszam, ale jestem umówiona.
     Eulalia szybko wybiegła ze szkoły. Luiza natomiast natychmiast zaczęła rozpytywać koleżanki, czy aby któraś może nie wie, z kim to Eulalia zamierza się pojawić. Nie przypominała sobie, bowiem, by kiedykolwiek widziała Eulalię w towarzystwie jakiegokolwiek chłopaka.
     Eulalia tymczasem dobiegła do domu, zamknęła się w swoim pokoju na strychu i zastanawiała nad tym, czy od razu rzucić się z okna, czy też może lepiej najpierw spożyć dużą ilość paracetamolu a dopiero potem skakać.
- Na cholerę powiedziałam, że kimś przyjdę?! – Wyrzucała sobie, przeszukując nocną szafkę. Zadowoliłaby się nawet witaminą C, oby w dużych ilościach. Ostatecznie mogłaby być też czekolada. – Luiza już pewnie wszystkim rozgadała… Nie, ja sobie lepiej strzelę w łeb! – Załamana Eulalia usiadła na dywanie.  
     Mogła liczyć tylko na cud albo na pomoc prababci Klary, znanej w rodzinie z tego, iż znała się na wszystkim i na wszystko radę miała. Biorąc jednakowoż po uwagę, że prababcia od około stu lat już niestety nie żyła, pozostawał wyłącznie cud.  Eulalia w cuda nie wierzyła. Wierzyła natomiast w pecha i jak dotąd nigdy się na nim nie zawiodła.  
- Jak w dwa tygodnie znaleźć partnera na Studniówkę, kiedy żyjesz na bezludnej wyspie, w rodzinnych zasobach masz tylko o dziewięć lat od siebie młodszego ciotecznego brata a na wynalezienie Internetu musisz poczekać jeszcze prawie dekadę?!  Jak?! – Eulalia już chciała zacząć zalewać się łzami, gdy usłyszała dzwonek.
- Kogo diabli niosą teraz, kiedy ja rozpaczać zamierzam? – Fukała pod nosem schodząc do drzwi. Dzwonek kilkakrotnie jeszcze natrętnie zabrzęczał zanim otworzyła. Za drzwiami stał jakiś obcy facet i mamrotał coś, że jego matka prosiła, żeby od ciotki wziął i do jej matki przyniósł, więc on przyniósł i …
- Dziękuję.
- … proszę.
      Eulalia wyciągnęła rękę po pakunek i wyłącznie z grzeczności spojrzała na posłańca. Wysoki. Barczysty. Brunet. Gapi się na nią tymi swoimi brązowymi oczami tak, jakby siódmy cud świata zobaczył i uśmiecha się tak, tak … Eulalia zastygła w stuporze.
      Podobno w języku jagańskim istnieje słowo "mamihlapinatapai" oznaczające spojrzenie wymienione przez dwie osoby, które rozumieją się bez słów lub pragną tego samego, ale każda z nich wolałaby, żeby to ta druga zrobiła pierwszy krok. 
- To ja może na pomogę, zaniosę, bo to ciężkie jest – odezwał się głosem miękkim jak aksamit i głębokim jak Bałtyk i ominąwszy Eulalię ruszył do środka.
      Oszołomiona Eulalia, uprzytomniwszy sobie, jaki nieład panuje w mieszkaniu, w ciągu sekundy musiała zdecydować, czy bardziej opłaca jej się natychmiast zemdleć, ryzykując, że Książę jednak nie zdąży jej złapać, czy też gnać w te pędy za nim, wyrwać pakunek, serdecznie podziękować za dostawę i grzecznie wyprosić za drzwi. Niestety Książę najwyraźniej jakiś sport uprawiał, gdyż zanim Eulalia decyzję podjęła, ten już w salonie siedział i z matką Eulalii rozmawiał.
- Mam przechlapane – pomyślała.
    Dotychczas każda rozmowa każdego młodzieńca z matką Eulalii prowadziła do niechybnej katastrofy. Tym razem jednak miało być inaczej. Młodzieniec wykazywał się doskonałą kindersztubą i nie wdawał w żadne polityczne dyskusje. Gdy Eulalia weszła do salonu posłał jej kolejny uśmiech, którym tym razem spowodował potężne trzepotanie motylich skrzydeł w brzuchu dziewczyny. Eulalia lekko się zarumieniła a zawstydzona rumieńcem zarumieniła się jeszcze bardziej i już, już chciała wycofać się na jakąś bezpieczną pozycję, utopić w wannie albo zatrzasnąć w windzie, kiedy chłopak spojrzał jej tak głęboko w oczy, że jego spojrzenie załaskotało ją w lewą stopę. Eulalia roześmiała się głośno. Po chwili rechotali już obydwoje.
         Matka Eulalii widząc, co się dzieje szybciutko wyniosła się do kuchni.
         Wieczorem Eulalia przymierzyła dawno skompletowaną studniówkową kreację: lakierki przysłane przez dziadka z Londynu, czarną szytą specjalnie u krawcowej ze zdobytego spod lady materiału krótką spódniczkę z falbanami oraz białą błyszcząca bluzkę zakupioną w Peweksie za najprawdziwsze dolary. Zatańczyła przed lustrem.

- Luizę trafi szlag!