piątek, 19 stycznia 2018

Wyrób książkopodobny

            Zastanawiałam się niedawno skąd mi się ten przymus pisania wziął i doszłam do wniosku, że chyba jednak jestem obciążona genetycznie.
            Zaczęło się od dziadka, po którym mam też imię, bo mu Karol było. Dziadek z zawodu prawnik, praktykował przed wojną, drugą światową. Tak głoszą rodzinne legendy. A potem już nie praktykował, bo z wojskiem generała Andersa po świecie wędrował. I na to już dowody są konkretne, w postaci wypłowiałych zdjęć oraz równie wyblakłego zeszytu z zapiskami dziadka. Właściwie są to jego listy do babci, pieszczotliwie Żabą zwanej. Szczegółowe opisy miejsc i wrażeń zapisane drobnym maczkiem. Zeszyt jest grubaśny. Chyba nikt z rodziny nigdy nie przeczytał go tak uczciwie od początku do końca. Pewnie dlatego, że dziadek ostatecznie też niezupełnie uczciwy wobec rodziny się okazał, ale to już inna historia.
           Listy, pojedyncze i w kopertach, pisywał też mój tato. Pisał je do swej żony, a mojej matki, nazywając ją czule Guluś. To nie były listy miłosne. Chociaż może jednak były… Otóż ojciec mój zwykł je pisać latem, gdy zostawał sam w wielkim pustym domu, a ja z matką odpoczywałyśmy nad morzem. Tato chyba bardzo się nudził, bo listy były długaśne i tak sugestywnie opisujące smętną rzeczywistość słomianego wdowca, że moja matka postanowiła je upublicznić. Nie, nie opublikowała ich drukiem po latach. Zrobiła coś zupełnie innego. Otóż każdy otrzymany od ojca list, a przychodziły nieomal codziennie, odczytywała licznie zgromadzonym zaprzyjaźnionym wczasowiczom. Zrobiła się z tego akcja podobna do „czytajmy dzieciom codziennie”. Słuchacze byli zafascynowani. Ojciec o swej popularności dowiedział się dopiero po naszym powrocie do domu.  
          Tato pisywał nie tylko listy do mamy.  Zapisywał też swoje przemyślenia w grubych zeszytach. Było ich kilkanaście. Mama kiedyś zażartowała, że to wyda. Gdyby miała takie możliwości jak ja teraz, zrobiłaby to niechybnie. Tato się wystraszył. Zeszyty zniknęły. A może tylko zawieruszyły się gdzieś podczas przeprowadzki?
          Moje dotychczasowe pisanie bardzo przypominało poczynania dziadka i ojca. Setki listów. Mam nadzieję, że nikt ich nigdzie publicznie nie odczytywał?! Dziesiątki zagryzmolonych zeszytów. Większość spłonęła na stosie. Jeden z naszych czasów około maturalnych niedawno został cudownie odnaleziony przez moją przyjaciółkę. Matko jedyna, co ja wtedy pisałam!
         I byłabym sobie tak pewnie pisała nadal, gdyby nie przypadek. A może to nie był przypadek? Może po prostu do trzech razy sztuka i ktoś musiał to rodzinne pisanie do szuflady zakończyć i padło na mnie? Zaczęło się od bloga i pojęcia nie mam, gdzie się skończy, ale właśnie postanowiłam zobaczyć, jak wyglądałyby moje teksty wydrukowane i oprawione. 
         Na moje szczęście czasy mamy takie, że można sobie bezproblemowo wydrukować wszystko, co się tylko zechce i to z pełnymi szykanami.  I ja teraz właśnie trzymam w łapkach swych drżących zeszycik cieniutki ale bezcenny z moim nazwiskiem na okładce.

         Dziadku, babciu, mamo, tato zrobiłam to!!!   


6 komentarzy:

  1. Nie mam pojęcia jak to u mnie się zaczęło i od kogo.
    Twój opis dziadka i taty przypomina mi moich bliskich, raczej nie piszących.
    Niezupełnie. Moje kuzynki od strony taty piszą świetnie. Tata nie pisał i nie czytał.
    Mama co najwyżej kartki. Dziadka nie znałam ani jednego ani drugiego. Jacy byli pradziadkowie.
    O tym mogę stworzyć historię własną.
    Ciekawie przedstawiłaś swoje początki. Jasne, że chcę więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, bardzo dziękuję za komentarz :)
      Rodzina to kopalnia inspiracji, na pewno będzie więcej.

      Usuń
  2. Dziadkowie moi byli... niepismienni, takie to były czasy na wsiach. Babcia co prawda umiała czytać i pisać, ale poza listami nic mi nie wiadomo o jakiejś jej twórczości. Ale mój Tato... ooo, to był człowiek wszechstronny. Inżynier, umysł ścisły a przy tym wielki romantyk, znawca historii i literatury. Pisał dużo, głównie do szuflady, ale też - tęskniąc - masę listów do mojej mamy. Były związane różową wstążką, po śmierci rodzicow zostały spalone. Jak wiesz, czynię próby, ale brak mi Twojej samodyscypliny i determinacji. Liczę na egzemplarz z autografem ! 💜

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatko, wierzę w Ciebie i mocno trzymam kciuki! A egzemplarz z dedykacją już na ciebie czeka :)

      Usuń
  3. Nie ma przypadków! - jak mawia mój ulubiony redaktor radiowy.
    Fajnie mieć takie geny, pewnie zaoszczędziłabym sobie wtedy lata poszukiwań na to, co chcę w życiu robić :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wcale mnie te geny od poszukiwań i marnowania lat nie uchroniły, niestety ;)

      Usuń