czwartek, 31 maja 2018

Rodzinny piknik


        Jechała autostradą. Słońce świeciło jej prosto w oczy. Niebo przybierało ten paskudny, mglisty odcień, przywołujący ból głowy i dawno zapomniany lęk przed prawdziwym życiem. Z południa nadciągały ciężkie, burzowe chmury.
-    A gdyby tak? – Nie spoglądając w lusterko nagle zmieniła pas i zjechała z trasy tuż przed bramkami.
      Ciemne niebo i wyraźnie widoczne strumienie deszczu zdawały się być teraz tuż przed nią. Przydepnęła mocniej pedał gazu. Samochód zareagował z dużym opóźnieniem. Zapomniała, że to nie jest już stary wysłużony Ford z turbodoładowaniem i przyspieszeniem wciskającym w fotel.  Jechała, pustymi o tej porze dnia ulicami małego miasteczka. Kolorowe domki, wypielęgnowane ogródki i bocianie gniazda, na co drugim elektrycznym słupie wyglądały nierealnie, jak scenografia z niskobudżetowego filmidła.
        Na szybie pojawiły się pojedyncze krople deszczu. Powietrze ochłodziło się na tyle, że mogła wyłączyć klimatyzację, otworzyć okna i odetchnąć żywym powietrzem. Spodziewała się zapachu rozgrzanego asfaltu. Zaskoczył ją smród nawozu rozrzucanego na pobliskim polu. Podkręciła szyby. Włączyła klimę. Deszcz postanowił nie padać.
       Skręciła w boczną drogę prowadzącą do parku, w którym, według porozklejanych w miasteczku plakatów, miał odbyć się jutro rodzinny piknik. Zatrzymała się na pustym parkingu. Wysiadła z samochodu, zostawiając w nim ciężką służbową teczkę.
       Poza świergotem ptaków i lekkim trzepotem osikowych liści panowała tu absolutna cisza. Park był zaniedbany. Trawa dawno nie koszona. Alejki poprzerastane korzeniami drzew. Ruina starego budynku jakiejś kawiarenki. Spory staw, z którego lata temu spuszczono wodę.
       Usiadła na rozpadających się schodkach. Wyobraziła sobie, jak pięknie musiało tu być kiedyś. Kąpielisko było strzeżone. Przystojny ratownik siedział na swojej wieżyczce i obserwował opalające się dziewczyny, wypatrując swojej Moniki, podczas gdy chłopcy popisywali się skokami na główkę. Dzieciaki baraszkowały na płyciźnie.  Matki z niepokojem obserwowały czy pociechy nie zmarznięte, albo nie przegrzane, albo może głodne? Ojcowie, zmęczeni wciąganiem brzucha, zasiedli w cieniu, przy piwku i papierosku. Kolorowo, wesoło, gwarno.
        Szczebiot dziecięcych głosów zdał się jej nagle zbyt rzeczywisty. Dobiegał gdzieś zza brzozowego zagajnika. Zupełnie, jakby cała gromada kilkulatków biegała po parkowej łące, ganiając za motylami i grając w berka.
        Odwróciła się. Nikogo nie było widać. Tylko te donośne dziecięce głosiki.
        Wstała i poszła w ich stronę. Uważnie się wsłuchując, rozróżniła głosy trzech chłopców i dwóch dziewczynek. Dobiegały z polany otoczonej starymi brzozami, ale żadnych dzieci nadal nie widziała. Tylko te głosy. Bezcielesne.
        I nagle dziecięcy szczebiot zamilkł, by po chwili rozbrzmieć głośnym, wielokrotnym, rozpaczliwym: Mamo! Mamusiu!
        Zdezorientowana zatrzymała się pośrodku polany. Poczuła silne ukłucie w dole brzucha i drugie w okolicy serca. Zawirowało jej w głowie. Upadła na trawę. Stare brzozy pochyliły się nad nią z czułością ochraniając przed rażącym słońcem i zaszumiały delikatnie, a gdy rozchyliły gałęzie, zobaczyła nad sobą ulatujące coraz wyżej baloniki. Ostatni właśnie wymknął się z jej dłoni.
-     Był taki niebieski, taki niebieski…




4 komentarze:

  1. Intrygujące. Co to za baloniki? Gdzie dzieci? Będzie ciąg dalszy?

    OdpowiedzUsuń
  2. :( - na nic więcej mnie nie stać.
    Tęskniłam za Twoimi tekstami, ale następny poproszę bardziej optymistyczny.
    Akurat uśmiechu i radości ostatnio mi tak brak... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mi troszku też... ale postaram się nie smutkować aż tak bardzo

      Usuń