czwartek, 14 czerwca 2018

Nisza


          Coraz bardziej przekonuję się o tym, że jestem, wbrew temu, co o gatunku homo sapiens powszechnie wiadomo, zwierzęciem wybitnie samotniczym. Grupy, od przedszkolnej, poprzez klasowe, studenckie, pracownicze, superwizyjne, tudzież - wyjątkowo nieliczne w moim przypadku - towarzyskie, są strukturami, w których odnajduję się słabo. Praktycznie w ogóle się nie odnajduję.    Gubię się w zawiłościach konwenansów. Nie ogarniam regulaminów. Duszę w schematach. Nie mieszczę w grafikach. Natychmiast przestaję być sobą a wyłazi ze mnie kilka skrzętnie skrywanych i niezbyt sympatycznych postaci: Wredna Zołza, Żołnierz Wychowawczo Trudny, Pokorne Ciele, Reakliwa Krzykwa, Neurotyczna Panikara, Ponury Wrażliwiec, Mała Dziewczynka z balonikiem, Naczelny Krytyk i jeszcze kilka pomniejszych bestii. O Pannie Prokrastynacji nawet nie wspomnę, bo ta towarzyszy mi ostatnio niezależnie od tego, czy sama jestem, czy też nie.
          I z całym tym szemranym towarzystwem wpakowałam się do grupy literackiej.
          Po co? Na co? Dlaczego?  
         To pytania, na które od kilku dni szukam sensownych odpowiedzi, a gdy już mi się wydaje, że ich sobie udzieliłam, dopada mnie zwątpienie i pojawia się chęć natychmiastowej ucieczki na Wyspy Owcze lub w inne miejsce, gdzie zasięg Internetu nie sięga. Emocje mną targają skrajne, od radości dziecięcej, że coś nowego się dzieje, po strach wielki, czy podołam roli członka grupy tak zacnej. Wszak to pisarze zawodowi, literaci wytrawni, dżentelmeni pełna gębą, spece od PR, działacze społeczni, nie tylko piórem, ale i klawiaturą sprawnie się posługujący.
         Gdzież mnie do nich?! Cóż ja ze swoją zieloną książeczką, której gatunku nawet nie sposób określić, bo pod żaden nie podpada? Do tego wydana nie w uznanej oficynie tylko inteligentnym inaczej systemie wydawniczym, który każde grafomańskie gryzmoły bez pytania na wyrób książko podobny za kilka srebrników przerobi. A później samozwańczy krytycy literaccy tłumnie w błotko wdepczą autora – selfpublishingera. Bo skoro to on za wydanie swoje książki płaci, a nie jemu za dzieło wynagrodzenie wielkie dają, to szmira musi być i chała pewnikiem straszliwa i wstydzić się ów autor powinien, że czysty nurt szlachetnej literatury polskiej takim gównem zanieczyszcza. Ach, nie autor przecież a grafoman. Grafoman obrzydliwy, żeby tak się po świecie obnosić ze swoim chorym przymusem pisania! A, fuj!
         I przerażona opuszczeniem strefy komfortu, zawstydzona swoim grafomańskim procederem, łzy rozpaczy ronię. Z pisaniem swoim się żegnam. Do rytmu rutynowego życia na trasie praca-dom-praca-dom-praca-szpital psychiatryczny pokornie powrócić zamierzam, gdy nagle światełko w tunelu dostrzegam. Nikłe, co prawda i blade. I odkrywam, że przecież te całe moje pisanie to wcale nie jakieś światowe być musi. Ogólnopolskie nawet nie. Niech ono sobie takie maciupkie, takie niszowe zostanie. I nie o uznanie krytyków mi idzie. I do Związku Literatów Polskich nie pretenduję przecież. A gdyby mnie ktoś kiedyś przypadkiem zapytał o to, dlaczego piszę, bez skrupułów odpowiem: bo mam talent ;)


4 komentarze:

  1. I masz rację. Nie musimy od razu pisać dla krytyków, profesorów i znawców nie wiadomo jakich.
    Wystarczy, że są ludzie, którzy czytają i im się podoba. Ja należę do tych ludzi, którzy Cię czytają i zapewniam talent masz na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  2. To naprawdę świetny tekst! I wiele w nim racji!

    OdpowiedzUsuń