niedziela, 30 września 2018

Sidła


      Pewnym krokiem wyszła z domu.
       Lewa, prawa, lewa, prawa. Buty wystukiwały równy rytm.
       Miała jasno określony, jak najbardziej realizowalny i absolutnie mierzalny cel i zamierzała go osiągnąć w wyznaczonym  terminie. Konkretnie natychmiast.
       Nie zwracała uwagi na nielicznych o tej porze dnia przechodniów. Zignorowała przebiegającego jej drogę prążkowanego kota. Co innego gdyby kot był czarny. Splunęłaby wtedy szybko przez lewe ramię i na wszelki wypadek, niecierpliwie drepcząc w miejscu poczekała, aż kto inny przejdzie naznaczoną przez zwierzę linię pierwszy i  weźmie na siebie pecha. Nie zatrzymała jej nawet ławica przywiędłych liści opadających nagle z przydrożnej topoli. Otrzepała się z nich szybko i pomyślała tylko, że to jakieś karygodne niedopatrzenie, że taka stara, ohydna topola jeszcze w ogóle tutaj rośnie.
      Zerknęła na zegarek. Czas biegł nieubłaganie swoim rytmem. Chcąc go przechytrzyć zdecydowała się pójść  na skróty, przez pobliski park.
     Lewa, prawa, lewa, prawa.
     Buty szurały teraz nieprzyjemnie po szutrowej ścieżce.
     -  A co tam, po trawie będzie szybciej – pomyślała i jednym zgrabnym susem przeskoczyła niski płotek. W promieniach zachodzącego słońca dostrzegła plątaninę migoczących nitek rozpiętych pomiędzy drzewami,  jak jakiś skomplikowany system alarmowy.
      Jednak nie zdążyła. Jesień zastawiła na nią sidła.




Ps.  Do przeczytania poprzednich i następnych krótkich tekstów powstających w ramach wyzwania zobowiązującego mnie do napisania codziennie przynajmniej stu słów zapraszam na FP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz