środa, 28 listopada 2018

Magnes


K. wstał jak zwykle przed szóstą. Wypił gorzką, jak jego nieudane życie kawę i wyszedł do miasta. Mroźny wiatr skutecznie wywiał mu z głowy pomysł pójścia do parku. Zawrócił do centrum. Szedł teraz pustawymi jeszcze o tej porze ulicami. Obserwował spieszących się do pracy mieszkańców. Podglądał pracujących śmieciarzy, zastanawiając się czy on mógłby tak zarabiać na życie. Czy byłby zdolny do codziennego fizycznego kontaktu z gnijącą materią? Z rozmyślań wyrwał go rozpaczliwy krzyk czterolatka: Ja nie chcę do przedszkola! Ja nie chcę do przedszkola!!! K. przystanął i trwał w bezruchu tak długo, aż płacz dziecka został szczelnie zamknięty za drzwiami zabytkowego budynku. Ruszył dalej. Mijał nieatrakcyjne sklepowe wystawy. Czytał ogłoszenia porozlepiane na słupach. Zatrzymał się przy piekarni. Nie zamierzał kupować chleba, chciał tylko odnaleźć tamten zapach z dzieciństwa. Bezskutecznie. Zmarznięty i przygnębiony wrócił do domu. Stanął w przedpokoju przed lustrem, dokładnie się obejrzał. Zdjął z głowy pożółkły brzozowy liść. Strzepnął z klap płaszcza paproszek tytoniu. Wyjął z kieszeni przemokniętą i wygniecioną karteczkę z listą zakupów wypisaną starannym kaligraficznym pismem, nadgryzioną bułkę i trzy małe śrubki. Starannie wytarł chusteczką niezaschnięte jeszcze do końca łzy. Kichnął. Zawinął chusteczkę i związał w węzełek. Obejrzał dokładnie podeszwy traperów. Odkleił z lewego buta piórko gołębia i zużyty bilet tramwajowy. Prawy był czysty. Wszystkie rzeczy włożył do strunowego woreczka. Szczelnie zamknął. Zapisał datę i godzinę. Woreczek włożył do prawie już pełnego podobnych woreczków kartonowego pudła z napisem „Tom II”.

czwartek, 22 listopada 2018

Dwie kostki cukru


Przyjechała dziesięć minut za wcześnie. Jak zwykle. Nawet z najodleglejszych krańców świata Klara przybywała zawsze kilka minut przed czasem.  Taki nawyk, jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy to za najdrobniejsze spóźnienie była bezlitośnie karana. Teraz nie było już nikogo, kto mógłby Klarę ukarać w jakikolwiek sposób. Teraz dawała sobie te kilka minut w prezencie. To był czas wyłącznie dla niej. Nie było jej już „tam” i jeszcze nie było jej „tutaj”. Była w drodze. Mogła zrobić wszystko, na co tylko miała ochotę. Teraz miała ochotę na krótki spacer. Wysiadła z samochodu i poczuła przejmujące zimno. Północny wiatr przyjemnie oczyścił powietrze, ale przyniósł ze sobą chłód, którego Klara się nie spodziewała. Schroniła się przed nim w osiedlowym sklepiku. Skuszona kumulacją wykupiła jeden zakład totka i tym samym usprawiedliwiła swoją obecność w sklepie. Przejrzała gazety.

sobota, 17 listopada 2018

Ogród zoologiczny


Wielka pałacowa brama, za którą można wejść jedynie po uiszczeniu wysokiej opłaty. Tak wysokiej, że praktycznie nikt się nie decyduje. Większość zatrzymuje się przy granicy ogrodzenia. Zagląda przez sztachety płotu. Co sprawniejsi wspinają się na wysoki mur, nie bacząc na tabliczki ostrzegające, że działanie takie grozi wypadkiem, a nawet śmiercią. Z zewnątrz widać niewiele. Jedynie kilka pozorów. Z zewnątrz to miejsce doskonale udaje zwyczajność. Równo wytyczone alejki. Poprzycinane krzewy. Wypielęgnowane kwietniki. Ławeczki. Huśtawki. Opróżnione kosze na śmieci. Wytyczony jedynie słuszny kierunek zwiedzania, o którym leniwym tonem informuje najpierw rozespana bileterka, a potem nachalnie przypominają drogowskazy. Jeśli ich posłuchasz, nabierzesz się niechybnie. Poprowadzą cię ścieżką dla głupców. Zamydlą ci oczy. Przekupią cukrową watą  i lodem na patyku. Zobaczysz słonie bawiące się starymi oponami na wybiegu wielkości przeciętnego salonu.  Żyrafy z nudów splatające szyje w warkocze. Przez szybkę pogłaszczesz tygrysa. Pawian pokaże ci swój czerwony tyłek. Wyjdziesz zadowolony, z kiczowatym balonikiem w ręce i tak naprawdę nie zobaczysz nic. Niczego nie poczujesz. A przecież tuż przed twoim nosem Szczurołap gra na flecie. Skamieniałe stadko gryzoni zamarło u jego stóp. Nie zdążyły przed tobą uciec.  Kilka metrów dalej, zupełnie bez sensu, na samym środku ścieżki stanął połyskujący zimnym metalem nosorożec. Pewnie sądzi, że jeśli wytrzyma bez ruchu, nie zauważysz go wcale. Gdyby nie zbłąkany promień słońca, pewnie by mu się udało. Niestety, zdradziło go stadko zajączków. Spiżowy niedźwiedź z jabłkiem w pysku próbuje niezdarnie zakopać się w opadłych liściach. Biały miś udaje reklamę hamburgerów. Gipsowy bocian nigdy nie odlatuje do ciepłych krajów a ogromny rak czerwienieje ze wstydu przyłapany w pół kroku między stawem a małym nieczynnym bistro. Tylko dinozaury są tym, czym naprawdę są. Wymarły w odpowiednim czasie, by żaden człowiek nie musiał mieć wyrzutów sumienia.




środa, 14 listopada 2018

O włos


- Zadanie do wykonania jest. Na wczoraj zasadniczo. Który na ochotnika? – Perfekcyjna wyczekująco lustrowała załogę. Wszyscy, jak jeden mąż, natychmiast zaczęli skrupulatnie analizować rysy na linoleum.
- Ty, patrz, tego śladu tu chyba wczoraj nie było? - Wyszeptał Józek do Staśka.
- E, coś ty, ten to tu jest od tygodnia. Zenek kłem zarysował, jak mu szczęka opadła, kiedy się dowiedział, ile będzie musiał zapłacić, żeby nadal móc pracować. Ale tego o tu, po lewo, to na pewno nie było, ten to nowy jest. Nowiutki. – Stanisław wskazał palcem cienką czarną rysę, a Józek z uznaniem pokiwał głową.
-  Pewnikiem Waldek zostawił – kontynuował Stasiek. - Wczoraj mu powiedzieli, że jeszcze piętnaście lat do emerytury będzie musiał targać, ręce mu opadły, sygnetem poharatał. Żal chłopa, oj żal!
-  Staszek, a te czarne o tu, tu obok biurka, to od czego? – Józek ewidentnie Staszka podpuszczał, albowiem tym razem kolega nie mógł wiedzieć kto dał plamę.
-   To czarne mówisz? – Stanisław zamyślił się i podrapał w głowę. Perfekcyjna przyuważyła ruch ręki i zareagowała natychmiast.
-  Fantastycznie panie Staszku, wiedziałam, że na pana zawsze można liczyć, szczególnie w takich sprawach…
-   E… ale właściwie, to o co dokładnie chodzi? – Wymamrotał Staszek.
-   No jak co, będziesz włosa na czworo dzielił, mam rację szefowo? – zarechotał Józek.
-  Jak zawsze Józeczku, jak zawsze. – Perfekcyjna posłała Józkowi coś na kształt uśmiechu, a może się chłopu tylko wydawało i był to jedynie grymas ogólnego rozczarowania życiem.
- No, panowie, do roboty! Do roboty!
       Zaszurały krzesła. Zastukały obcasy. Kamień spadający z serca Waldemara pozostawił spore wgłębienie w wykładzinie. Tymi swoimi opadniętymi łapami, to by raczej jeszcze nie dal rady tak precyzyjnie tego włosa na czworo. Dobrze, że na Staszka padło.