niedziela, 21 lipca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł


Właśnie minął rok od śmierci mojego taty, a ja dopiero teraz odkryłam, że ojciec mój, gdyby mógł wybierać, urodziłby się w Czechach i byłby wtedy dużo szczęśliwszym człowiekiem. Niestety, miał pecha i przyszedł na świat tuż poza granicami raju, czego skutkiem było towarzyszące mu przez całe życie uczucie niedopasowania. 
Jako jego córka, uczucie te, wraz z szeregiem większych i mniejszych wad, odziedziczyłam, czując przez całe życie, że mieszkam w obcym sobie mieście, a od kilku lat również w coraz bardziej obcym mi kraju. I zastanawiam się teraz bardzo intensywnie, czy ja mam sobie swój raj, póki jeszcze mogę, zrobić nad naszym morzem, za którym tęsknię tak bardzo, czy może jednak we Frydku Mistku albo w Pradze. Z decyzją wstrzymam się do połowy października, do tego czasu pozostając zdeklarowaną czechofilką. 
Żałuję bardzo, że książki Mariusza Szczygła nie znalazłam wcześniej i że mój tato jej nie przeczytał, bo jestem pewna, że wybuchałby śmiechem, jak rodowity Czech na tragikomedii. Okazuje się, że nawet pogrzeb tatusiowi urządziłam po czesku, co mnie bardzo ucieszyło i jego zapewne też.
Zabierając tę książkę ze stoliczka odrzuconych w bibliotece, zamierzałam odłożyć na to samo miejsce po przeczytaniu, ale zmieniłam zdanie. W życiu nie oddam książki, która powiedziała mi tak wiele o moim własnym ojcu i przywołała tyle sympatycznych wspomnień.
Jestem wdzięczna przypadkowi, że, jak dobry przyjaciel, książka przyszła do mnie właśnie teraz i pozwoliła mi, w tak cudowny sposób, ostatecznie domknąć proces żałoby.
Cóż, tym razem to refleksje bardzo osobiste i autor pewnie byłby bardzo zaskoczony takim odbiorem swojego przewodnika po raju. Ale tak to już jest, że czytelnik odnajduje w książce to, co sam ma w sobie i nic się na to nie poradzi. 




piątek, 19 lipca 2019

Zdjęcia z wakacji - tropikalna wyspa

Moje miasto nie tylko ma dostęp do morza, ale jest również tropikalną wyspą, pełną egzotycznych kwiatów i barwnych motyli, których urody opisać nie sposób. 
Tym razem bez zbędnych słów, same obrazki. 



środa, 17 lipca 2019

Zdjęcia z wakacji



Już po czy jeszcze przed? W kraju czy za granicą? Góry czy jednak może morze? Ciekawe jaka pogoda była/będzie? A drogo? A jedzenie? A z mężem czy bez? 
No i zdjęcia, koniecznie zdjęcia pokazać trzeba, bo bez tego, to jakby się nigdzie nie było 
i urlop się nie liczy. 
Pochwalić się trzeba koniecznie i ja się dzisiaj chwalę. 
Ludzie, gdzie ja byłam!
Magiczne miejsce, mówię wam!

niedziela, 14 lipca 2019

Konsorcjum Wielkiej Trójcy


Tłoczyli się w kamerliku Starszego Pomagacza i obserwowali obiekt zza szyby. Każdy z nich robił szczegółowe notatki. Jeden nagrywał film, inny robił zdjęcia. Na bieżąco przesyłali dane do swoich szefów. Taki przypadek nie trafiał się obecnie zbyt często. Rzadko kto decydował się na samodzielne wykonanie ostatniego kroku. Wszyscy rutynowo korzystali z usług Wielkiej Trójcy, wybierając dostosowane do własnych potrzeb i możliwości finansowych, pakiety. Jedni decydowali się wyłącznie na Pośrednika, inni korzystali z usług Zastępcy albo wzywali Pomagacza. Najbogatsi brali cały zestaw. Ten tutaj, desperat i uparciuch, spowodował niezłe zamieszanie.

sobota, 13 lipca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Jak czytać wodę" Tristan Gooley


Wydawałoby się, że aby zrozumieć wodę, trzeba wypłynąć na szerokie oceany. Okazuje się jednak, że o wiele  łatwiej jest dowiedzieć się czegoś o wodzie stojąc na stałym gruncie. I czy to morze głębokie, czy jezioro szerokie, czy rzeka rwąca, czy kałuża stojąca, każda z tych wód mówi do nas poprzez skomplikowane wzory zmarszczek na powierzchni, odbicia świateł, przejrzystość, barwę, zapach.

czwartek, 11 lipca 2019

Ciężka robota


Wciąż trwa.
To już ósmy dzień zawieszenia pomiędzy tym i tamtym światem. Zupełnie, jakby nie mógł się zdecydować, który z nich wybrać.
Czy ten, gdzie jest tak ciężko i źle, ale znajomo, czy tamten, którego być może wcale nie ma, a mimo to wydaje się lepszy. Wisi na tych wszystkich kablach, rurkach i przewodach w ciszy, zakłócanej jedynie monotonnym szumem respiratora i gubiącym takt pikaniem coraz słabszego pulsu. 

czwartek, 4 lipca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Migawki" Claudio Magris


Dwóch starszych panów naigrywających się z młodej dziewczyny, która za nowy kierunek w sztuce bierze przysłonięte, na znak protestu czarnym płótnem, dzieła w nowojorskiej galerii sztuki.
Tłum, wypełniający audytorium podczas wykładu słynnego matematyka, okazujący się ostatecznie liczną publicznością jedynie oczekującą na wykład kolejny.
Absurdalny zwyczaj cenzurowania dzieł literackich tak, by, mimo iż pisane przed wielu laty, przypadkiem nie uraziły uczuć religijnych współczesnego czytelnika.

piątek, 28 czerwca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Japoński wachlarz" Joanna Bator


Przyszło lato.
Na dworze panują temperatury tak wysokie, że już wcale nie trzeba do ciepłych krajów wyjeżdżać
a raczej rezerwować pobyt gdzieś w rejonach podbiegunowych.
Szukam ochłody i okazuje się, że nic nie jest tak skuteczne jak wachlarz.  
Z przyjemnością trzymam go w dłoniach już od kilkunastu dni i wędruję ulicami Tokio.

wtorek, 18 czerwca 2019

Najzimniejsze słowo wygrywa


Utrzymująca się od kilkunastu dni fala wysokich temperatur jednym sprawiała radość innych doprowadzała na skraj rozpaczy. Ludmiła należała do tych drugich i natychmiast stała się obiektem pogardy Zimnej Marty, kobiety, która wprowadziła się do sąsiedniego domu z początkiem maja wraz ze swoimi trzema kotami: Pankracym, Serwacym i Bonifacym. Żeby chociaż psa miała, może jakoś by się dogadały. 

piątek, 14 czerwca 2019

Cyrk przyjechał!

Oszczędności topniały szybko, o wiele szybciej niż Łucja się tego spodziewała.
Doszła do wniosku, że aczkolwiek bardzo niechętnie, to jednak będzie musiała podjąć pracę. Jakąkolwiek i najlepiej od razu, więc po raz pierwszy w życiu wybrała się do Powiatowego Urzędu Pracy w Małym Miasteczku. Nie spodziewała się tłumu, ale zupełnie pusty korytarz trochę ją zaskoczył. Tablica ogłoszeń pełna była anonsów pracodawców. Poszukiwali wykwalifikowanych pracowników: ślusarzy, tokarzy, operatorów wózków widłowych i koparek. Raczej mężczyzn, choć nie było to wprost wyartykułowane.

środa, 12 czerwca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Pokochawszy. O miłości w języku" Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil w rozmowie z Karoliną Oponowicz

Przeczytawszy „Pokochawszy” nabrałam jeszcze większej sympatii do profesora.
Rozmowa z dwiema kobietami, z których jedna jest psychologiem agresologiem 
i słyszy znacznie więcej niż słowa, a druga specjalistką od praw człowieka 
i zadaje bardzo trudne pytania, wymagała od mężczyzny nie lada odwagi.

środa, 5 czerwca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Tylko Twoja" Anna Crevan Sznajder


Z czytaniem książek pisanych przez moje dobre znajome mam pewien kłopot. Towarzyszą temu zawsze emocje niewspółmierne do tych, z jakimi sięgam po wszystkie inne lektury, gdyż do zwyczajnej ciekawości „A co to się pod tym tytułem i okładką kryje?” dochodzi spora dawka radości z sukcesu wydawniczego koleżanki, duma, że się odrobinkę do tego sukcesu przyczyniłam wspierając projekt, kropelka zazdrości (eh, ja ze swoją książka wciąż w lesie) a tym w przypadku jeszcze dodatkowo bardzo mocno rozbudzone pierwszym tomem trylogii oczekiwania.

sobota, 1 czerwca 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Tango z koniem" Katarzyna Godefroy


Motywacje pisarzy bywają różne. 
Jedni piszą, bo mają coś bardzo ważnego do powiedzenia. 
Inni piszą dla pieniędzy. 
Jeszcze inni piszą, bo chcą. 
A kiedy te wszystkie trzy powody 
występują razem 
powstaje "Tango z koniem"
pierwsza powieść Katarzyny Godefroy, 
którą miałam zaszczyt i ogromną przyjemność 
przeczytać  jeszcze przed premierą.

Prezent


Na malutkiej wyspie, pośrodku ogromnego jeziora, mieszkała mała dziewczynka. Oczywiście nie była tam sama, bo małe dziewczynki nie mogą przecież mieszkać same. Na wyspie mieszkali też jej rodzice, babcia i pewien sympatyczny ślimak. 

środa, 29 maja 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Terapia Pauliny" Ryszard Sadaj


Skuszona tytułem, nie zwróciłam uwagi 
na  infantylne i nadmiernie entuzjastyczne 
opinie czytelniczek 
i niestety mocno się rozczarowałam.
Nawet zirytowałam w kilku momentach.   
A pod koniec to już byłam nieźle wściekła.

sobota, 25 maja 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Siódma funkcja języka" Laurent Binet


„Życie nie jest powieścią. Przynajmniej chcielibyście w to wierzyć”.
Ja pierdziu! 
Tyle jestem w stanie powiedzieć po zakończeniu lektury. Tak, wiem, szalenie elokwentnie.
Wybaczcie.

środa, 15 maja 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Zawód powieściopisarz" Haruki Murakami


O parapet od samego rana, nudno i rytmicznie „bangla” deszcz 
a ja po raz kolejny próbuję przekonać się do pana Murakamiego. 
Podobno do trzech razy sztuka, ale, nie w tym przypadku. 
I chociaż ze dwa lub trzy zdania 
nawet mi się spodobały, 
to generalnie nie poczułam tego, 
co Murakami porównuje do zanurzenia się 
w ciepłych wodach uzdrowiskowych.

sobota, 11 maja 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Severina" Rodrigo Rey Rosa


Przyciągnęła mnie kolorowa okładka, 
treść wciągnęła praktycznie od pierwszego zdania 
i nie wypuściła aż po ostatnie. 
Chociaż rzecz dzieje się 
w całkowicie obcej mi Gwatemali 
i pewnie połowy kontekstów 
nie jestem w stanie odczytać, 
to jest to jednak przede wszystkim 
opowieść o miłości, 
więc absolutnie uniwersalna.

piątek, 10 maja 2019

Pozorny spokój poranka

Wczesną wiosną nad stawem 
panowała bardzo romantyczna atmosfera.
Z przyjemnością podglądałam zaloty wodnego ptactwa.

Korzystając z pięknej pogody 
postanowiłam dzisiaj odwiedzić to samo miejsce.



wtorek, 7 maja 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Inteligencja kwiatów" Maurice Maeterlinck


Rozpoczynając lekturę książki nie oczekuję przede wszystkim wrażeń estetycznych.
Liczę raczej na wrażenia a nawet wyzwania intelektualne lub po prostu dobrą rozrywkę.
Tym razem jestem zauroczona pięknem języka.

poniedziałek, 6 maja 2019

Układanka


Pralka głośnym hukiem obwieściła wejście w fazę wirowania. 
W tej samej chwili czajnik nauczył się wreszcie porządnie gwizdać.  
Maria, chcąc nie chcąc, musiała odłożyć czytaną właśnie książkę i wstać. 
Zrobiła to zbyt szybko i nieostrożnie. Syknęła z bólu.

-   Cholera, ile to jeszcze będzie trwało?! – Zalewając herbatę potrąciła kubek. 
Spadł, roztrzaskując się na drobne kawałeczki. 
Oparzyła sobie stopę. Z sąsiedniego mieszkania rozległ się warkot wiertarki.

-   Nie. Nie! Nie!!! - natrętny dźwięk wiercenia umilkł. 
Maria też, ale wyłącznie dlatego, że straciła głos. 
Całą wiązankę najkunsztowniejszych przekleństw wypowiedziała już tylko w myślach. 
Pralka na wszelki wypadek też umilkła i tylko od czasu do czasu mrugała
informując Marię, że gdyby ta miała ochotę, 
to może już wyciągnąć pranie, czyściutkie, pachnące 
i … całe malinowe!

-    Nie… - wyszeptała Maria, opierając czoło na kuchennym blacie 
i opuszczając bezwładnie ręce wzdłuż tułowia. 
-  Nie dam rady, no nie dam rady się teraz ruszyć. 
Telefon już dziesiąty raz wykrzykiwał „Jak śmiesz zakłócać mój spokój obesrańcu!”, 
co sugerowało, że ten, kto próbuje nawiązać kontakt z Marią, 
robi to w sprawie służbowej, a więc absolutnie nieistotnej. 
– Zresztą urlop mam! – Telefon zamilkł.

Maria powolutku, centymetr po centymetrze, próbowała wrócić do pionu. 
Udało jej się to mniej więcej w połowie. 
Gdyby ktoś teraz na nią patrzył uznałby zapewne, że stoi prosto i zupełnie nieźle się trzyma. 
Gdyby jednak obserwujący posiadał nadprzyrodzoną moc widzenia rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, 
zauważyłby, że Maria wcale nie stoi. 
Widziałby dokładnie, że Maria, 
w pięćdziesięciu większych i sześciuset mniejszych kawałeczkach, 
leży na brudnej kuchennej podłodze 
i zastanawia się, jak te wszystkie drobinki zebrać do kupy, 
żeby znów stać się Marią. 
A gdyby posiadał również moc widzenia rzeczy takimi, 
jakimi mogłyby być, zobaczyłby, 
że Maria ukradkiem wymienia kilka kawałków
na skorupki z potłuczonego kubka, 
dokłada zeschnięta rodzynkę, kłaczek kurzu, 
trzy kulki psiej karmy, listek trzykrotki 
i związuje bawełnianym sznurkiem do rolad
a wszystko to przy akompaniamencie głośnego dzwonka telefonu, 
który tym razem podszywa się pod kontakty prywatne
wykrzykując „Lubie cie, lubie cie, lubie cie!”

-      Mar… Jola, słucham.
-      Przepraszam… pomyłka…

Akacje właśnie wypuszczały zupełnie nowe listki. 
Kocha, lubi, szanuje, nie chce...




piątek, 3 maja 2019

Zapiski nałogowego czytacza - "Białe jabłka" Jonathan Carroll


Obserwuję u siebie ostatnio niepokojące zjawisko.
Otóż, od dłuższego czasu, nie jestem w stanie napisać nic,
co chociaż odrobinę przypominałoby opowiadanie,
nie mówiąc już o jakiejkolwiek dłuższej formie.
Męczy mnie ten stan okrutnie, bo pisać lubię bardzo
i bez pisania życia wyobrazić sobie raczej nie mogę,
a tu klops.
Pasztet.
Pieczeń rzymska i to bez jaj.
Zastanawiam się dlaczego?
Co takiego się wydarzyło, że słowa nie chcą grzecznie układać się w zdania,
a zdania za nic nie ustawiają się w akapity.
Owszem, dają o sobie znać.
Machają mi łapką przed oczami.
Przelatują z lewej na prawą i z powrotem.
Turlają się po blacie biurka albo unoszą wśród drobinek kurzu.
Pełno ich wszędzie. A głośne są jak cholera!
Niestety, jak tylko wyciągam po nie długopis,
zmieniają szyk, wymieniają się literami między sobą
i są absolutnie nie do poznania.
Nawet nie do Krakowa.
No, czasem do Wiednia.
I po przeczytaniu ‘Białych jabłek”  znajduję  odpowiedź.
Najwyraźniej umarłam.
W sumie od dawna przeczuwałam, że tak właśnie jest.
Jeśli nie wplącze się w to wszystko chaos,
to już niebawem powinnam osiągnąć ten poziom wiedzy,
który pozwoli mi odkryć nieograniczone możliwości
i będę sobie mogła poskładać wszystko, co tylko zechcę.
No, chyba że komuś przyjdzie do głowy ściągać mnie z powrotem,
ale to mi raczej nie grozi.
Miało być o książce.
Cóż, mówiłam …







środa, 1 maja 2019

Spacery z aparatem - Witaj maj, pierwszy maj!

Kiedy wszyscy wyjeżdżają na majówkę, 
ja biorę aparat 
i idę na spacer na najpiękniejszą ulicę w dzielnicy. 
Najpiękniejszą, bo całą we bzach. 
Przy każdym domu rośnie okazały stary krzew lilaka 
i pachnie tak, że aż się głowie kręci, 
szczególnie, gdy idzie się tamtędy wieczorem. 











Niestety tuż obok kwitną jarzębiny 
a ich ostry zapach natychmiast otrzeźwia, 
choć kwiaty są równie piękne.




I tylko przekwitłych kwiatów wiśni troszkę żal...



sobota, 27 kwietnia 2019

Zapiski nałogowego czytacza - Katarzyna Sowula "Fototerapia"


Warszawska współczesna Praga 
ze swoim specyficznym menelsko – artystycznym klimatem.
Czwórka studentów. 
Ich trzech i ona, główna bohaterka. 
Wspólnie wynajmują mieszkanie i każde na swój sposób próbuje ogarnąć rzeczywistość 
a owa się ogarnięciu absolutnie nie poddaje. 
A jeśli już, to tylko we fragmentach, 
skrawkach drogiego papieru fotograficznego wrzucanych do kosza
albo przypadkowych genialnych ujęciach i to tylko po to,
by ostatecznie ukazać się jak zebra, w paski, tyle, że poziome. 

Absurdalność rzeczywistości została przez debiutującą autorkę dostrzeżona 
i opisana w sposób fantastycznie zwięzły i genialnie ironiczny, 
z dużą uważnością i wrażliwością na szczegóły.  
Seria intrygujących czarno – białych fotografii Małgorzaty Sałygi dopełnia całą opowieść.

Czytam to, co napisałam i ze zdziwieniem stwierdzam, 
że wyszła mi taka oficjalna, pozbawiona emocji i osobistej refleksji recenzja 
i zastanawiam się, dlaczego? 
I chyba wiem.

Ta książka przypomina analogową fotografię. 
Podczas czytania został naświetlony negatyw.   
Arkusz papieru fotograficznego wydobyty z kąpieli w chemikaliach suszy się teraz, 
ukazując przypadkowo uzyskane efekty. 
I fajnie było robić zdjęcia, tzn. czytać książkę, 
i kupa śmiechu przy tym była, 
a teraz wyraźnie widać, że z drugiego planu wyłania się postać, 
której tam absolutnie być nie powinno 
i postać ta jest bardzo podobna do pewnej pani, którą widuję codziennie. 

Ot, fototerapia!



PS. Starsze zapiski nałogowego czytacza znajdziecie w zakładce "przeczytane"

piątek, 26 kwietnia 2019

Zapiski nałogowego czytacza

Z pisaniem własnych tekstów ostatnio nie idzie mi najlepiej 
i jak to zwykle w takich przypadkach bywa, oddaję się krytycznej lekturze tekstów cudzego autorstwa, 
natrafiając raz na dzieła pierwszej jakości, 
innym razem na dziełka jakości wątpliwej. 
Bywa, że trafiam na teksty, do których jeszcze nie dorosłam, 
albo po prostu nie wzięłam do ręki w odpowiednim czasie. 
Wtedy ogarnia mnie przykre uczucie intelektualnej porażki i wstydu. 
Tymi totalnie poza jakością nie zawracam wam głowy, 
zresztą sobie też nie bardzo, porzucając je po kilku zaledwie stronach.

Swoje refleksje po przeczytaniu lektury zaczęłam umieszczać na blogu początkowo dlatego, by po prostu nie zapomnieć, co przeczytałam 
i czy mi się podobało. Bo ja takie rzeczy zapominam dość szybko. 
Niebawem okazało się, że to właśnie te teksty powodują tu największy ruch. 

Niestety, umieszczone na jednej stronie tworzą niemiłosiernie długi ciąg, utrudniając czytanie i praktycznie uniemożliwiając dyskusję. 
Nie wpadłam na to, dopóki nie zwróciła mi uwagi jedna z czytelniczek, której jestem za to niewymownie wdzięczna
i czym prędzej wprowadzam zmiany.

Od tej pory, nowe zapiski nałogowego czytacza będą się pojawiały na stronie głównej, jako osobne posty. 
A kto będzie miał ochotę poszperać w starociach kliknie sobie tutaj 
i znajdzie tam ten cały bałagan.

Już niedługo kilka zdań o "Fototerapii" Katarzyny Sewuli. 

sobota, 20 kwietnia 2019

wtorek, 16 kwietnia 2019

Malinowy sorbet

Na pustym o tej porze dnia osiedlowym placu stała samotna budka z lodami. Otwarta. Ustawione przed nią plażowe leżaki wyglądały dziwacznie.
Pewnie dlatego nikt na nich nie siadał. Może, gdy zrobi się naprawdę ciepło
i zacznie działać fontanna nabiorą sensu, chociaż nawet wtedy nie bardzo będą tu pasowały.
- Z czego są te lody?
- Z wody i dwóch kilogramów malin. Dużą czy małą porcję?
- Najmniejszą poproszę – maliny przekonały Marię do zakupu i już po chwili trzymała w ręku swoją, wcale niemałą, porcję.
Dorzuciła jeszcze dziewczynie złotówkę do słoiczka z napisem „Zbieram na wakacje” 
i usiadła nieopodal na murku.
Powoli wyjadała z papierowego kubka różową łyżeczką malinowy sorbet. Wiosenne słońce grzało ją w plecy. Niezbyt mocno, tylko troszkę, akurat tak, żeby móc siedzieć na murku i nie zmarznąć. Maria jadła pierwsze w tym roku lody
i zastanawiała się, na jaką ilość wody te dwa kilo malin?
Doszła do wniosku, że na odpowiednią, bo lody były bardzo dobre i z każdą zjedzoną łyżeczką wszystko wokół robiło się coraz bardziej różowe.
Drzewa obsypane różowym kwieciem wypuszczały delikatne różowe listki. Dziewczynka w różowej kurtce huśtała się na huśtawce.
Starsza pani w fikuśnym kapelusiku prowadziła małego różowego psa.
Rower, z którego właśnie zsiadła młoda kobieta też był różowy.
Nawet na elewacji bloków rozkwitły różowe róże.
Lody szybko się skończyły.
Maria wstała, wyrzuciła kubeczek do kosza,
przeszła na drugą stronę ulicy i podeszła do budynku, w którym mieścił się dzienny oddział leczenia zaburzeń nerwicowych. 
Zanim otworzyła drzwi dostrzegła swoje odbicie w szybie. Miała na sobie malinowy sweter.








niedziela, 31 marca 2019

Ostatni spacer


- Tak dawno tu nie byłam. Dlaczego? –  Maria zastanawiała się wysiadając  z samochodu.

Kiedyś lubiła to miejsce. Przyjeżdżała tu z ojcem, jako mała dziewczynka, co sobotę. Brali ze sobą plecak, kanapki, termos z herbatą, czasem psa, zawsze dobry humor i zabawne opowieści. Szli groblą wzdłuż stawu. Mijali wędkarzy, zaglądając im cichutko przez ramię, by sprawdzić ile ryb złowili i czy ryby duże. Podglądali  mewy. Rzucali kamyki do wody patrząc na powstające kręgi fal. Maria nigdy nie nauczyła się porządnie rzucać kaczek i z podziwem patrzyła jak robił to tato.Jesienią obserwowali wiewiórki, zbierali kasztany i wypychali sobie nimi wszystkie kieszenie. 

Szli zawsze aż do przystani, chociaż nigdy nie wypożyczyli łódki i nie wypłynęli na wodę. Wystarczyło, że obserwowali innych, siedząc na brzegu i jedząc kanapki. Kiedyś, gdy tu przyjechali, w stawie nie było wody, a błotniste dno pokrywały setki otwartych muszli szczeżui wielkich. Innym razem trafili na sztormową pogodę i udawali, że są wilkami morskimi.Wdrapali się na wieżyczkę ratownika, która na moment stała się kapitańskim mostkiem: Ahoj przygodo!

Teraz Maria stała na grobli, wstrzymując oddech. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy był ten ostatni raz. Nie potrafiła.

Ciepłe powietrze wiosennego przedpołudnia znieruchomiało wokół niej, jakby w obawie, że odszukane wreszcie  wspomnienie mogłoby się rozwiać i już na zawsze pogrążyć w niebycie. Przypominała sobie wszystkie ich wspólne spacery po kolei, ale żaden z nich nie był tym ostatnim. 
Ani ten, gdy upadła i rozbiła sobie kolano. Ani ten, gdy pokłócili się o jakąś straszliwą bzdurę. 
Nawet nie ten, kiedy była z nimi mama.

-  Ale przecież był jakiś ostatni! Musiał  być… - Maria poczuła, że robi jej się słabo, a świat wokół zaczyna nieprzyjemnie wirować.

Z trudem doszła do ławki i usiadła. 
Zza pleców dochodziły do niej natarczywe dzwonki rowerów przeganiających pieszych ze ścieżki, miarowy stukot kijów, terkot rolek, szczekanie psa i głośne śmiechy dzieciaków. Przed sobą widziała spokojną, jakby martwą, wodę. 
Gładka błękitna tafla odbijała bezchmurne i równie błękitne niebo. 
Obraz stopniowo zaczynał tracić kontury, rozmywać się, aż spłynął z ostatnią łzą.

- Bardzo się tutaj zmieniło, ojciec byłby zaskoczony - Maria wzięła głęboki wdech. – Nie pamiętam tamtego ostatniego spaceru. Trudno. Pamiętam tylko jego ostatnie słowa. To wystarczy – wypuściła powietrze z płuc i wytarła mokre oczy rękawem bluzy.

- Tak,  tato, mam klucze, mam… - powiedziała cichutko i powoli wróciła do samochodu.



Na zdjęciu jezioro w Tychach - Paprocanach, a ja faktycznie nie pamiętam mojego ostatniego spaceru z ojcem.

sobota, 9 marca 2019

Kiepski poranek


Mścisława Przekorna obudziła się w piątkowy ranek i pierwsza myśl, jaką wyłuskała ze świadomości wprawiła ją w kiepski nastrój.

- No tak, wiedziałam, że ten moment nastąpi – westchnęła ciężko – ale, że tak szybko?! – Mścisława zamknęła oczy z nadzieją, że gdy otworzy je po raz drugi, okaże się, że ta pierwsza świadoma myśl była tak naprawdę jedynie ostatnim majakiem sennym i nadal wszystko będzie po staremu.

Nie było, o czym Mścisława przekonała się już przy próbie wstania z łóżka. Jeszcze wczoraj po prostu podejmowała decyzję, że chce wstać i wstawała. Dzisiaj, od momentu podjęcia decyzji do wykonania zamiaru minęło jakieś pięć do sześciu minut. Tyle czasu zajęło jej zlokalizowanie wszystkich części ciała, zastanowienie się, która z tych części powinna rozpocząć ruch, jako pierwsza i ustalenie, w jakiej kolejności pozostałe powinny dołączyć. Pierwsze trzy próby były nieudane. Czwarta zakończyła się sukcesem i Mścisława, ciężko oddychając, usiadła na brzegu łóżka. Wsunęła stopy w kapcie i czekała. Czekała, aż źrenica lewego oka dostosuje się do porannego światła a soczewka łaskawie dokona akomodacji. Prawe oko jakoś szybciej poradziło sobie z tym zdaniem i już od kilku sekund przekazywało dalej radosną wiadomość, że siódma tuż tuż.

- Siódma?! Jak to siódma?! – Mścisławie zostało ledwie czterdzieści pięć minut na dojście do łazienki, wykonanie wszystkich niezbędnych czynności higienicznych, powrót do sypialni, zmianę garderoby z piżamy na strój wyjściowy, przejście do kuchni, zaparzenie ziółek, przygotowanie i zjedzenie bezglutenowego śniadania, odliczenie dziennej porcji suplementów, przemieszczenie się do przedpokoju, założenie butów i zejście na parter. 

Na przejście kilka kroków od domu do taksówki, która miała na nią czekać o ósmej, czasu już pewnie nie starczy. Będzie musiała dopłacić taksówkarzowi za oczekiwanie i wytrzymać wścibskie spojrzenia sąsiadek. Ale będą miały satysfakcję, wredne małpy!

- No, nie ma czasu, nie ma czasu… - Stęknęła podczas pierwszej próby przyjęcia pozycji pionowej i opadła na łóżko. 
Druga próba poszła już zdecydowanie lepiej. 
Szurając kapciami Mścisława zaskakująco szybko doszła do łazienki. Po kilku minutach w całym bloku zadrżały szyby w oknach, a u sąsiadów pod trójką, jedna nawet pękła. Nieświadoma szkód, jakie narobiła swoim wrzaskiem Mścisława próbowała odzyskać orientację. Spoglądała w lustro, dotykała zwisających z twarzy fałdów skóry, przeczesywała palcami siwe włosy, miętoliła ogromnych rozmiarów płatki uszu. Nie odważyła się otworzyć ust.

- Ale… ale przecież…!!!- Kolejny krzyk spowodował spustoszenie w kolekcji kryształów sąsiadki z góry i perforację bębenków u syna sąsiadów z dołu. Mścisława zasłoniła lustro ręcznikiem i wyszła z łazienki. 

W kuchni spędziła więcej czasu niż zamierzała. Nie mogła odnaleźć swojego ulubionego kubka, zaparzyła więc ziółka w szklance. To znaczy wydawało jej się, że zaparzyła, ale gdy chciała je wypić zobaczyła tylko suchą jak pieprz torebkę na dnie szklanki. W międzyczasie odnalazł się kubek, wiec Mścisława przełożyła torebkę herbatki do kubka i tym razem zalała wodą. Zbyt zimną, by zioła porządnie się zaparzyły. Wylała herbatę do zlewu. Zdecydowała, że napije się wody. Apetyt na śniadanie straciła w ogóle.

- Tabletki wystarczą - pomyślała.

I wystarczyłyby, gdyby trafiła do ust. Niestety rozsypały się po podłodze i poturlały w kąty. Mścisława w pierwszym odruchu nawet chciała się schylić i wszystkie je wyzbierać, jednak ostry ból towarzyszący wysuwaniu się dysku spomiędzy kręgów skutecznie ją przed tym powstrzymał. Przed ubraniem się w seksowną kieckę i pończoszki również. Gdy Mścisława z trudem wciągała na siebie wyjściowy dres usłyszała klakson. Taksówkarz był punktualny. Mścisława do wczoraj również słynęła z punktualności. 

Do wczoraj…

Taksówkarz zatrąbił jeszcze trzy razy w pięciominutowych odstępach i odjechał. Pewnie poczekałby na Mścisławę, gdyby ta łaskawie odebrała telefon i wyjaśniła powody swojego spóźnienia. Odebrałaby chętnie, gdyby miała dłuższe ręce. Niestety, do telefonu Mścisława dotarła mniej więcej na kwadrans przed dziesiątą, ale za to ubrana w czysty dres, twarzowy T-shirt a nawet skarpetki. I nie w głowie było jej teraz oddzwanianie do taksówkarza, który złapał już pewnie ciekawszy kurs, bo właśnie w tej chwili jej własny brzuch postanowił opaść pod wpływem grawitacji tak mniej więcej do poziomu kolan.Mścisława próbowała złapać go w dłonie, przytrzymać i podrzucając umieścić na poprzednim miejscu, niestety zwiotczałe mięśnie rąk nie utrzymały tego ciężaru. Gdy zaczął opadać biust Mścisława wzięła głęboki wdech, zacisnęła zęby i …

-  Nie, do cholery! -  Cycki też okazały się zbyt ciężkie.
 - Nie utrzymam… – Mścisława się poddała.

Nie bacząc na to, że prawdopodobnie już nigdy nie zdoła się podnieść, usiadła na podłodze, na środku pokoju. Twarde deski niemiłosiernie gniotły ją w tyłek, więc położyła się na plecach. Złożyła ręce na piersiach i spojrzała w sufit. Tuż nad nią zwisał na długiej cieniutkiej niteczce maleńki pajączek. Patrzyła, jak pająk przebiera nóżkami i nieuchronnie zbliża się do je twarzy. Wiedziała, że jeszcze chwila, a wyląduje wprost na jej nosie. Ta myśl napawała ją obrzydzeniem, jednak nie była w stanie wykonać żadnego ruchu.

Trzy tygodnie później, wezwany przez zaniepokojona sąsiadkę z drugiego pietra, Starszy sekcyjny Przemysław Opoka sprawnym ruchem wywarzył drzwi do mieszkania. Na klatce schodowej tłoczyli się ciekawscy sąsiedzi. Posterunkowy Michał Czarnecki wszedł do środka i zamarł w progu pokoju.

- W mordę! Co to kurwa jest?! Przemek, widziałeś kiedyś coś takiego?

Wszystkie meble pokrywała gruba warstwa kurzu a Mścisławę Przekorną szczelny kokon pajęczej nici.




poniedziałek, 4 marca 2019

Bezsenność


Od dawna źle sypiał.

Właściwie nie pamiętał już, kiedy przespał spokojnie całą noc. Chyba gdzieś tak około trzydziestki. Tak, zdecydowanie, ostatnie wspomnienie mocnego, zdrowego snu miał sprzed trzydziestych urodzin. Teraz dobiegał sześćdziesiątki i mógłby oczywiście zastosować powszechnie dostępne środki nasenne i wreszcie odpocząć. Z premedytacją jednak tego nie robił. Obawiał się, że to byłby jego koniec.

Nie sypiał dobrze, co jednak wcale nie przeszkadzało mu w śnieniu. Mechanizm śnienia bez spania nie był dla niego do końca zrozumiały. Początkowo się dziwił, ale już przestał. Przywykł. Pogodził się z tym, że kładzie się zmęczony, całą noc obraca się jak kurczak na rożnie, zmieniając pozycje, bezskutecznie poszukując tej wygodnej, zapewniającej spokojny, głęboki sen, a potem wstaje wykończony i obolały. Zaakceptował również to, że z całkiem sympatycznego niegdyś faceta stał się mrukiem i odludkiem. Sąsiedzi już dawno przestali się do niego odzywać, a dzieciaki wytykały go palcami. 

Właściwie był z tego zadowolony. Nie istniało nawet najmniejsze ryzyko, że ktoś zechce odwiedzić go w jego własnym mieszkaniu i skalać jego prywatną przestrzeń swoją realną obecnością. Żaden dzwonek do drzwi ani natrętny sygnał telefonu nie bezcześcił świętej ciszy. Był tylko on i sny. Wystarczyło by je skrupulatnie zanotował. Obraz po obrazie. Wizja po wizji. Liczył się przecież najdrobniejszy szczegół. 

Po latach treningu doszedł do perfekcji. Już od wielu lat żaden redaktor nie zarobił na nim ani złotówki. Robotę mieli tylko graficy, bo jakoś bozia poskąpiła talentu i mógł jedynie opisać, jak powinna wyglądać okładka. No i oczywiście ci wszyscy ludzie od składania tekstu, korekty, druku, promocji, marketingu… Jego wydawca tylko zacierał ręce. On sam nawet nie sprawdzał stanu konta. Nie pisał dla pieniędzy ani dla sławy. Nie pisał nawet dla przyjemności. 

Pisał, bo nic innego nie mógłby robić. Był zbyt zmęczony.
Od dawna źle sypiał.

piątek, 1 marca 2019

Pożegnanie z Klarą

Klara. 

Moja pierwsza bohaterka. 
Moja przepustka do grona pisarzy. 

Zawdzięczam jej bardzo wiele i bardzo ją lubię, ale tak to już w życiu bywa, że spotykamy odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie, idziemy dłuższą lub krótszą chwilę razem, a gdy już damy sobie nawzajem wszystko, co dać mogliśmy, każde idzie w swoją stronę. Klara już dawno wyjechała nad morze. Nie była to, co prawda, jej zupełnie świadoma decyzja a raczej wynik całkowitego rozstroju nerwowego. 

Tak czy siak chodzi sobie teraz wzdłuż brzegu, nie bardzo wie skąd się tam wzięła i kim jest, ale jest szczęśliwa i bezpieczna. Sprawdziłam. Nie potrzebuje mojego towarzystwa. Nie będę jej więc zawracać głowy. Może kiedyś, gdy ja wreszcie odważę się zrealizować swoje marzenia, spotkamy się przypadkiem na plaży i obie będziemy miały to cudowne wrażenie powrotu do domu, kiedy to spotyka się swoją bratnia duszę.

Do widzenia Klaro!



niedziela, 27 stycznia 2019

Filiżanka


Rozalia od kilku godzin błąkała się po mieście, które, choć powinno być jej dobrze znane, wydawało się zupełnie obce. Ulice złośliwie wyprowadzały ją na manowce. Witryny sklepów zamieniały się miejscami, gdy tylko odwracała głowę. Brukowe kostki małego rynku układały się w tajemnicze wzory, których Rozalia w żaden sposób nie potrafiła rozszyfrować. Zmęczona wędrówką i przemarznięta postanowiła wstąpić do kawiarni.
Gdy tylko o tym pomyślała otworzyły się drzwi i ciepły obłok pachnącego świeżo mieloną kawą powietrza połaskotał ją w nos. Weszła do środka.  Natychmiast zaparowały jej okulary. Zdjęła je by przetrzeć chusteczką i stanęła w kolejce. Przy ladzie stało kilka osób, panował gwar, obłoki pary unosiły się ze świstem znad ekspresu, który najwyraźniej marzył o byciu lokomotywą. Przy niewielkim stoliku siedziała para staruszków, niespiesznie popijając gorącą czekoladę. Z głośników sączyła się kubańska muzyka. 

Wszystko wydawało się być takie, jakie powinno i Rozalia odetchnęła z ulgą. Myślała tylko o tym, że zaraz zamówi sobie filiżankę kawy ze spienionym mlekiem a do tego bezę z kremem, usiądzie przy wolnym stoliku tuż przy oknie, odpocznie, a kiedy wyjdzie miasto na pewno przestanie sobie stroić z niej żarty. Kolejka przesuwała się powoli. Stojąca przez Rozalią kobieta w średnim wieku długo wybierała filiżankę, w której miano jej podać kawę. A to nie odpowiadała jej wielkość, a to kształt nie taki, a to uszko niewygodne, to znowuż porcelana zbyt toporna. Obsługująca ją młoda dziewczyna w końcu nie wytrzymała i rzuciła filiżanką o podłogę. Rozalia krzyknęła przerażona, że przecież to porcelana, że się potłucze, że jak tak można! 

Wszyscy bywalcy kawiarni najpierw skierowali wzrok na Rozalię, a potem chóralnie się roześmieli. Najgłośniej śmiała się niezdecydowana damulka. Rozalia ze zdziwieniem spojrzała na ekspedientkę, a ta szybko zademonstrowała niewiarygodną wręcz wytrzymałość filiżanki przydeptując ją z całej siły drewnianym chodakiem. Następnie uniosła różowe cudeńko i poprosiła, by Rozalia sama się przekonała, że nie można jej zniszczyć. 

Dziewczyna wzięła ją delikatnie w dłonie. Poczuła chłodny dotyk porcelany. Zachwyciła się delikatnym kolorem i eleganckim, złotym zdobieniem. Nie dostrzegła żadnej rysy, najdrobniejszego pęknięcia, nic, co mogłoby świadczyć o brutalnym zderzeniu z podłogą. Zapragnęła mieć taką filiżankę na własność. Spytała o cenę. Nie była zbyt wygórowana. Pozostało tylko zdecydować się na fason i pojemność. Dopiero w tym momencie Rozalia dostrzegła jak duży był wybór. Jedyne, o czym nie musiała decydować, to kolor. Wszystkie filiżanki i pasujące do nich talerzyki były różowe, w absolutnie najpiękniejszym odcieniu różu, jaki Rozalia kiedykolwiek widziała. Dosyć długo trwało zanim podjęła decyzję. Wybrała taką, która idealnie pasowała do jej dłoni i mieściła idealną porcję porannej kawy. 

Z elegancko zapakowaną filiżanką Rozalia wyszła, rezygnując z kawy na miejscu i zdecydowanie zbyt słodkiej bezy. Posłała jedynie uśmiech w stronę niezdecydowanej damulki i podziękowała wzrokiem ekspedientce. Miasto spoważniało. W ramach przeprosin za całe zamieszanie rozświetliło się wielkim migoczącym neonem radośnie ogłaszającym: Tak, możesz!