sobota, 9 marca 2019

Kiepski poranek


Mścisława Przekorna obudziła się w piątkowy ranek i pierwsza myśl, jaką wyłuskała ze świadomości wprawiła ją w kiepski nastrój.

- No tak, wiedziałam, że ten moment nastąpi – westchnęła ciężko – ale, że tak szybko?! – Mścisława zamknęła oczy z nadzieją, że gdy otworzy je po raz drugi, okaże się, że ta pierwsza świadoma myśl była tak naprawdę jedynie ostatnim majakiem sennym i nadal wszystko będzie po staremu.

Nie było, o czym Mścisława przekonała się już przy próbie wstania z łóżka. Jeszcze wczoraj po prostu podejmowała decyzję, że chce wstać i wstawała. Dzisiaj, od momentu podjęcia decyzji do wykonania zamiaru minęło jakieś pięć do sześciu minut. Tyle czasu zajęło jej zlokalizowanie wszystkich części ciała, zastanowienie się, która z tych części powinna rozpocząć ruch, jako pierwsza i ustalenie, w jakiej kolejności pozostałe powinny dołączyć. Pierwsze trzy próby były nieudane. Czwarta zakończyła się sukcesem i Mścisława, ciężko oddychając, usiadła na brzegu łóżka. Wsunęła stopy w kapcie i czekała. Czekała, aż źrenica lewego oka dostosuje się do porannego światła a soczewka łaskawie dokona akomodacji. Prawe oko jakoś szybciej poradziło sobie z tym zdaniem i już od kilku sekund przekazywało dalej radosną wiadomość, że siódma tuż tuż.

- Siódma?! Jak to siódma?! – Mścisławie zostało ledwie czterdzieści pięć minut na dojście do łazienki, wykonanie wszystkich niezbędnych czynności higienicznych, powrót do sypialni, zmianę garderoby z piżamy na strój wyjściowy, przejście do kuchni, zaparzenie ziółek, przygotowanie i zjedzenie bezglutenowego śniadania, odliczenie dziennej porcji suplementów, przemieszczenie się do przedpokoju, założenie butów i zejście na parter. 

Na przejście kilka kroków od domu do taksówki, która miała na nią czekać o ósmej, czasu już pewnie nie starczy. Będzie musiała dopłacić taksówkarzowi za oczekiwanie i wytrzymać wścibskie spojrzenia sąsiadek. Ale będą miały satysfakcję, wredne małpy!

- No, nie ma czasu, nie ma czasu… - Stęknęła podczas pierwszej próby przyjęcia pozycji pionowej i opadła na łóżko. 
Druga próba poszła już zdecydowanie lepiej. 
Szurając kapciami Mścisława zaskakująco szybko doszła do łazienki. Po kilku minutach w całym bloku zadrżały szyby w oknach, a u sąsiadów pod trójką, jedna nawet pękła. Nieświadoma szkód, jakie narobiła swoim wrzaskiem Mścisława próbowała odzyskać orientację. Spoglądała w lustro, dotykała zwisających z twarzy fałdów skóry, przeczesywała palcami siwe włosy, miętoliła ogromnych rozmiarów płatki uszu. Nie odważyła się otworzyć ust.

- Ale… ale przecież…!!!- Kolejny krzyk spowodował spustoszenie w kolekcji kryształów sąsiadki z góry i perforację bębenków u syna sąsiadów z dołu. Mścisława zasłoniła lustro ręcznikiem i wyszła z łazienki. 

W kuchni spędziła więcej czasu niż zamierzała. Nie mogła odnaleźć swojego ulubionego kubka, zaparzyła więc ziółka w szklance. To znaczy wydawało jej się, że zaparzyła, ale gdy chciała je wypić zobaczyła tylko suchą jak pieprz torebkę na dnie szklanki. W międzyczasie odnalazł się kubek, wiec Mścisława przełożyła torebkę herbatki do kubka i tym razem zalała wodą. Zbyt zimną, by zioła porządnie się zaparzyły. Wylała herbatę do zlewu. Zdecydowała, że napije się wody. Apetyt na śniadanie straciła w ogóle.

- Tabletki wystarczą - pomyślała.

I wystarczyłyby, gdyby trafiła do ust. Niestety rozsypały się po podłodze i poturlały w kąty. Mścisława w pierwszym odruchu nawet chciała się schylić i wszystkie je wyzbierać, jednak ostry ból towarzyszący wysuwaniu się dysku spomiędzy kręgów skutecznie ją przed tym powstrzymał. Przed ubraniem się w seksowną kieckę i pończoszki również. Gdy Mścisława z trudem wciągała na siebie wyjściowy dres usłyszała klakson. Taksówkarz był punktualny. Mścisława do wczoraj również słynęła z punktualności. 

Do wczoraj…

Taksówkarz zatrąbił jeszcze trzy razy w pięciominutowych odstępach i odjechał. Pewnie poczekałby na Mścisławę, gdyby ta łaskawie odebrała telefon i wyjaśniła powody swojego spóźnienia. Odebrałaby chętnie, gdyby miała dłuższe ręce. Niestety, do telefonu Mścisława dotarła mniej więcej na kwadrans przed dziesiątą, ale za to ubrana w czysty dres, twarzowy T-shirt a nawet skarpetki. I nie w głowie było jej teraz oddzwanianie do taksówkarza, który złapał już pewnie ciekawszy kurs, bo właśnie w tej chwili jej własny brzuch postanowił opaść pod wpływem grawitacji tak mniej więcej do poziomu kolan.Mścisława próbowała złapać go w dłonie, przytrzymać i podrzucając umieścić na poprzednim miejscu, niestety zwiotczałe mięśnie rąk nie utrzymały tego ciężaru. Gdy zaczął opadać biust Mścisława wzięła głęboki wdech, zacisnęła zęby i …

-  Nie, do cholery! -  Cycki też okazały się zbyt ciężkie.
 - Nie utrzymam… – Mścisława się poddała.

Nie bacząc na to, że prawdopodobnie już nigdy nie zdoła się podnieść, usiadła na podłodze, na środku pokoju. Twarde deski niemiłosiernie gniotły ją w tyłek, więc położyła się na plecach. Złożyła ręce na piersiach i spojrzała w sufit. Tuż nad nią zwisał na długiej cieniutkiej niteczce maleńki pajączek. Patrzyła, jak pająk przebiera nóżkami i nieuchronnie zbliża się do je twarzy. Wiedziała, że jeszcze chwila, a wyląduje wprost na jej nosie. Ta myśl napawała ją obrzydzeniem, jednak nie była w stanie wykonać żadnego ruchu.

Trzy tygodnie później, wezwany przez zaniepokojona sąsiadkę z drugiego pietra, Starszy sekcyjny Przemysław Opoka sprawnym ruchem wywarzył drzwi do mieszkania. Na klatce schodowej tłoczyli się ciekawscy sąsiedzi. Posterunkowy Michał Czarnecki wszedł do środka i zamarł w progu pokoju.

- W mordę! Co to kurwa jest?! Przemek, widziałeś kiedyś coś takiego?

Wszystkie meble pokrywała gruba warstwa kurzu a Mścisławę Przekorną szczelny kokon pajęczej nici.




2 komentarze: