niedziela, 31 marca 2019

Ostatni spacer


- Tak dawno tu nie byłam. Dlaczego? –  Maria zastanawiała się wysiadając  z samochodu.

Kiedyś lubiła to miejsce. Przyjeżdżała tu z ojcem, jako mała dziewczynka, co sobotę. Brali ze sobą plecak, kanapki, termos z herbatą, czasem psa, zawsze dobry humor i zabawne opowieści. Szli groblą wzdłuż stawu. Mijali wędkarzy, zaglądając im cichutko przez ramię, by sprawdzić ile ryb złowili i czy ryby duże. Podglądali  mewy. Rzucali kamyki do wody patrząc na powstające kręgi fal. Maria nigdy nie nauczyła się porządnie rzucać kaczek i z podziwem patrzyła jak robił to tato.Jesienią obserwowali wiewiórki, zbierali kasztany i wypychali sobie nimi wszystkie kieszenie. 

Szli zawsze aż do przystani, chociaż nigdy nie wypożyczyli łódki i nie wypłynęli na wodę. Wystarczyło, że obserwowali innych, siedząc na brzegu i jedząc kanapki. Kiedyś, gdy tu przyjechali, w stawie nie było wody, a błotniste dno pokrywały setki otwartych muszli szczeżui wielkich. Innym razem trafili na sztormową pogodę i udawali, że są wilkami morskimi.Wdrapali się na wieżyczkę ratownika, która na moment stała się kapitańskim mostkiem: Ahoj przygodo!

Teraz Maria stała na grobli, wstrzymując oddech. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy był ten ostatni raz. Nie potrafiła.

Ciepłe powietrze wiosennego przedpołudnia znieruchomiało wokół niej, jakby w obawie, że odszukane wreszcie  wspomnienie mogłoby się rozwiać i już na zawsze pogrążyć w niebycie. Przypominała sobie wszystkie ich wspólne spacery po kolei, ale żaden z nich nie był tym ostatnim. 
Ani ten, gdy upadła i rozbiła sobie kolano. Ani ten, gdy pokłócili się o jakąś straszliwą bzdurę. 
Nawet nie ten, kiedy była z nimi mama.

-  Ale przecież był jakiś ostatni! Musiał  być… - Maria poczuła, że robi jej się słabo, a świat wokół zaczyna nieprzyjemnie wirować.

Z trudem doszła do ławki i usiadła. 
Zza pleców dochodziły do niej natarczywe dzwonki rowerów przeganiających pieszych ze ścieżki, miarowy stukot kijów, terkot rolek, szczekanie psa i głośne śmiechy dzieciaków. Przed sobą widziała spokojną, jakby martwą, wodę. 
Gładka błękitna tafla odbijała bezchmurne i równie błękitne niebo. 
Obraz stopniowo zaczynał tracić kontury, rozmywać się, aż spłynął z ostatnią łzą.

- Bardzo się tutaj zmieniło, ojciec byłby zaskoczony - Maria wzięła głęboki wdech. – Nie pamiętam tamtego ostatniego spaceru. Trudno. Pamiętam tylko jego ostatnie słowa. To wystarczy – wypuściła powietrze z płuc i wytarła mokre oczy rękawem bluzy.

- Tak,  tato, mam klucze, mam… - powiedziała cichutko i powoli wróciła do samochodu.



Na zdjęciu jezioro w Tychach - Paprocanach, a ja faktycznie nie pamiętam mojego ostatniego spaceru z ojcem.

2 komentarze: