wtorek, 16 kwietnia 2019

Malinowy sorbet

Na pustym o tej porze dnia osiedlowym placu stała samotna budka z lodami. Otwarta. Ustawione przed nią plażowe leżaki wyglądały dziwacznie.
Pewnie dlatego nikt na nich nie siadał. Może, gdy zrobi się naprawdę ciepło
i zacznie działać fontanna nabiorą sensu, chociaż nawet wtedy nie bardzo będą tu pasowały.
- Z czego są te lody?
- Z wody i dwóch kilogramów malin. Dużą czy małą porcję?
- Najmniejszą poproszę – maliny przekonały Marię do zakupu i już po chwili trzymała w ręku swoją, wcale niemałą, porcję.
Dorzuciła jeszcze dziewczynie złotówkę do słoiczka z napisem „Zbieram na wakacje” 
i usiadła nieopodal na murku.
Powoli wyjadała z papierowego kubka różową łyżeczką malinowy sorbet. Wiosenne słońce grzało ją w plecy. Niezbyt mocno, tylko troszkę, akurat tak, żeby móc siedzieć na murku i nie zmarznąć. Maria jadła pierwsze w tym roku lody
i zastanawiała się, na jaką ilość wody te dwa kilo malin?
Doszła do wniosku, że na odpowiednią, bo lody były bardzo dobre i z każdą zjedzoną łyżeczką wszystko wokół robiło się coraz bardziej różowe.
Drzewa obsypane różowym kwieciem wypuszczały delikatne różowe listki. Dziewczynka w różowej kurtce huśtała się na huśtawce.
Starsza pani w fikuśnym kapelusiku prowadziła małego różowego psa.
Rower, z którego właśnie zsiadła młoda kobieta też był różowy.
Nawet na elewacji bloków rozkwitły różowe róże.
Lody szybko się skończyły.
Maria wstała, wyrzuciła kubeczek do kosza,
przeszła na drugą stronę ulicy i podeszła do budynku, w którym mieścił się dzienny oddział leczenia zaburzeń nerwicowych. 
Zanim otworzyła drzwi dostrzegła swoje odbicie w szybie. Miała na sobie malinowy sweter.








2 komentarze: