piątek, 14 czerwca 2019

Cyrk przyjechał!

Oszczędności topniały szybko, o wiele szybciej niż Łucja się tego spodziewała.
Doszła do wniosku, że aczkolwiek bardzo niechętnie, to jednak będzie musiała podjąć pracę. Jakąkolwiek i najlepiej od razu, więc po raz pierwszy w życiu wybrała się do Powiatowego Urzędu Pracy w Małym Miasteczku. Nie spodziewała się tłumu, ale zupełnie pusty korytarz trochę ją zaskoczył. Tablica ogłoszeń pełna była anonsów pracodawców. Poszukiwali wykwalifikowanych pracowników: ślusarzy, tokarzy, operatorów wózków widłowych i koparek. Raczej mężczyzn, choć nie było to wprost wyartykułowane.


Rozejrzała się i bez trudu odnalazła pokój rejestracji bezrobotnych.
Weszła.
Młoda kobieta, z wyraźnym znudzeniem, nawet nie podnosząc wzroku na Łucję, podała jej formularz i kazała wypełnić.
Łucja szybko go wypełniła starannym pismem.
Kobieta przeczytała i poprosiła o świadectwo maturalne.

Łucja poinformowała urzędniczkę, że świadectwo owszem, jest, ale aktualnie w archiwum uczelni wyższej, która to lada moment ma wydać jej dyplom magistra nauk humanistycznych i że w tej chwili niestety dysponuje jedynie indeksem.
Kobieta nawet nie spojrzała na dokument i stanowczym tonem stwierdziła, że w takim razie może zostać zarejestrowana jedynie, jako osoba z wykształceniem podstawowym, jeżeli przynajmniej świadectwo szkoły podstawowej posiada.
Oburzona Łucja wyszła z urzędu i postanowiła szukać pracy na własną rękę.
Kupiła lokalną gazetę i zaczęła przeglądać ogłoszenia. 
Tym razem większość z nich proponowała bardzo atrakcyjną, w dogodnych godzinach, wyjątkowo dobrze płatną pracę i to wyłącznie kobietom. 
Młodym i atrakcyjnym. Łucja nie miała takich wysokich kwalifikacji.
Po przewertowaniu kilku stron praktycznie identycznych ogłoszeń straciła nadzieję.

Dla poprawy nastroju weszła do cukierni. Zamówiła herbatę  i bezę z owocami. Trudno, najwyżej nie zje dzisiaj obiadu, a na kolację wystarczy jej chińska zupka robiona w Radomiu, łagodna, o smaku pieczonego kurczaka. W kawiarni było przyjemnie, ciepło, z głośników sączył się sympatyczny dżezik.

Łucja siedziała przy oknie i obserwowała ulicę. Przyglądała się przechodniom, próbując zgadywać kim są, czym się zajmują, dokąd  idą, o czym marzą, czego się boją i czy jest wśród nich ktoś, z kim chciałaby się zamienić na życiorysy? Już prawie była zdecydowana by zostać  na jakiś czas szczupłą rudowłosą dziewczyną, gdy słońce wyszło zza chmur i zaświeciło jej prosto w oczy. Poczuła się jak dziecko przyłapane na wyjadaniu ukradkiem konfitur ze słoika. Dojadła ostatnie okruszki ciastka, zapłaciła rachunek i wyszła z kawiarni.

Miasteczko zdawało się zapraszać ją na spacer a Łucja bez wahania  to zaproszenie przyjęła. Szła powoli, bez celu, przyglądając się kamienicom w kolorach  lodów owocowych, wystawom przyjmującym powoli świąteczny wystrój, naklejanym wielowarstwowo reklamom na każdym wolnym kawałku muru, odręcznie pisanym i przyklejanym na sklepowych szybach ogłoszeniom. Przysłuchiwała się rozmowom tubylców. Po kilkudziesięciu minutach uważnego spacerowania Łucja wychwyciła cztery interesujące informacje o czekającej, bez wątpienia właśnie na nią, pracy.

Miała do wyboru cyrk, który właśnie, jak co roku o tej porze przyjechał do miasteczka, budowę osiedla apartamentowców, jakąś korporację mającą tutaj swoją siedzibę i szkołę. Czyli zasadniczo  cyrk, cyrk i… też cyrk.
Pozostało tylko wybrać w który. Do tego prawdziwego przyciągały ją kolorowe namioty, wymalowane w roześmiane twarze klaunów wozy, niekończąca się wędrówka i wielkie mydlane bańki. Od tych pozostałych odstręczał hałas, gwar, pośpiech, wyśrubowywane niebotycznie normy, wszechobecny mobbing, wysiłek ponad siły, hierarchia, w której byłaby na szarym końcu. Nie, nie potrafiłaby już być trybikiem w maszynie. Biec w niekończącym się szczurzym wyścigu. Dopasowywać się do czyjeś wizji. Wypełniać obcą misję. Wciskać się w tabelki, diagramy, statystyki. Trzymać nieustannie pion i poziom.

To już woli cały dzień biegać z czerwoną piłeczką zamiast nosa i krzyczeć:
„Cyrk przyjechał!”.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz