sobota, 1 czerwca 2019

Prezent


Na malutkiej wyspie, pośrodku ogromnego jeziora, mieszkała mała dziewczynka. Oczywiście nie była tam sama, bo małe dziewczynki nie mogą przecież mieszkać same. Na wyspie mieszkali też jej rodzice, babcia i pewien sympatyczny ślimak. 


Wyspa była nieduża, ot akurat taka, żeby wszyscy mieli dla siebie tyle miejsca, ile potrzebowali. Rosło na niej mnóstwo drzew, o które dbał tata dziewczynki i jeszcze więcej kwiatów, o które dbała babcia, a w powietrzu unosił się zapach ciasteczek, które codziennie piekła mama. Życie na wyspie było bardzo przyjemne i dziewczynka rosła szczęśliwa. Bujała się na hamaku zawieszonym między dwiema starymi gruszami, patrzyła jak szybko rośnie zasadzona w dniu jej narodzin brzoza i godzinami rozmawiała ze swoim przyjacielem ślimakiem.

Gdy padał deszcz dziewczynka chowała się w drewnianym domku, który specjalnie dla niej zbudował w ogrodzie tata. Domek był trochę krzywy i raczej brzydki, ale ponieważ dziewczynka nigdy nie widziała żadnego innego drewnianego domku, wcale o tym nie wiedziała i bardzo go lubiła. Lubiła słuchać, jak deszcz stuka o daszek i patrzeć, jak spływa cienkimi strużkami po szybie okienka. Ale najbardziej na świecie lubiła bawić się koralikami. Miała ich bardzo dużo. Dostawała ich kilka codziennie od mamy, za to, że pilnie się uczyła i od taty za to, że była grzeczna. Od babci dostawała codziennie pełną garść, niezależnie od tego, czy była grzeczna czy nie.


Koraliki były malutkie, szklane, błyszczące, każdy w innym kolorze. Wszystkie wrzucała do dużego szklanego słoika, a gdy słoik był już prawie pełny dziewczynka zapragnęła, by każdy kolor był osobno. Pomyślała, że gdyby udało jej się porozdzielać koraliki i wrzucić każdy kolor do osobnego słoiczka, miałaby coś podobnego do farb, którymi mogłaby namalować swój własny obrazek. Rozdzielanie koralików wcale nie było łatwe. Niektóre paciorki były tak malutkie, że z trudem brała je w palce. Potrzebowała też coraz większej ilości słoiczków, bo codziennie odnajdywała nowe kolory koralików. Mimo, że praca wymagała cierpliwości i wytrwałości, dziewczynka nie rezygnowała. Lubiła koraliki, lubiła deszcz i lubiła swoją wyspę. A przecież nie porzuca się tego, co się lubi.

Pewnego jesiennego dnia, gdy dziewczynka wybierała z dużego słoja wszystkie błękitne koraliki, do domku weszli jej rodzice. Przynieśli ze sobą tort i ogromne pudło. Na torcie paliło się siedem świeczek.

- Pomyśl marzenie i zdmuchnij wszystkie świeczki, a wtedy twoje marzenie na pewno się spełni – powiedziała mama.
Dziewczynka była zaskoczona, bo nigdy wcześniej nie kazano jej zdmuchiwać świeczek, Spojrzała na babcię, która stała na tarasie domu i skinieniem głowy zachęcała dziewczynkę by dmuchnęła z całej siły.
- Wszystkiego najlepszego kochanie – powiedział tata.
Dziewczynka nabrała w płuca tyle powietrza ile tylko mogła zmieścić i dmuchnęła najmocniej jak potrafiła. Bardzo chciała zdmuchnąć wszystkie świeczki i zrobiła to. Pomyślała oczywiście o koralikach i o świecie, który mogłaby z nich ułożyć, gdyby miała wszystkie kolory. Rodzice wręczyli dziewczynce opakowane w ozdobny papier i przewiązane różową wstążką pudło. Było bardzo ciężkie.
- Co tam może być? Może wszystkie koraliki świata? – Tak bardzo chciała zobaczyć, co jest w środku, że zaczęła rozrywać papier, nie zważając na karcącą minę mamy.


Kiedy rozpakowała swój prezent zobaczyła coś bardzo dziwnego. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie widziała. Powoli zaczęła wyciągać rzeczy z pudła. Najpierw wyjęła dwa długie metalowe patyki. Patyki były zaostrzone na końcach i miały z jednej strony takie śmieszne, małe „słoneczka” a z drugiej uchwyty z pętelkami. Dziewczynka kompletnie nie wiedziała, co z nimi zrobić. Odłożyła je na bok i wyjęła z pudła dziwaczne okulary. Duże, grube i ciemne. Założyła je na chwilę, ale okazało się, że w takich okularach wszystkie koraliki mają ten sam, bury kolor. Dziewczynka szybko zdjęła okulary, uznając ze chyba są zepsute i odłożyła na podłogę. W pudle znalazła jeszcze ogromne buciory. Z trudem włożyła je na nogi. Miały dziwaczne metalowe klamry, sięgały dziewczynce do połowy łydki i były sztywne jak gips, który kiedyś pan doktor założył jej na złamaną rękę. Spróbowała zrobić krok, ale buty były tak ciężkie, że upadła. Przewracając się potrąciła słoiczek z żółtymi koralikami. Rozsypały się po całej podłodze, powpadały w szpary. Dziewczynka bardzo chciała od razu je wszystkie pozbierać, ale w tych buciorach nie mogła się ruszać, poza tym w pudle była jeszcze kolorowa czapka z dużym pomponem, którą bardzo chciała przymierzyć. Tata pomógł córeczce wstać i podał jej czapkę. Kiedy dziewczynka ją przymierzyła, zobaczyła swoje odbicie w oknie i uśmiechnęła się szeroko, bo właśnie o takiej czapce marzyła.


- Ciepła i z takim wspaniałym pomponem, że mając ją na głowie na pewno zawsze będę miała dobry humor – powiedziała dziewczynka i chciała podskoczyć radośnie, ale nie mogła, bo miała na nogach te ciężkie buciory. Potrząsnęła więc tylko głową, pompon zatańczył a dziewczynka się roześmiała. Śmiejąc się sięgnęła do pudła i wyjęła z niego rękawiczki. Ciepłe, kolorowe, z zabawnymi zameczkami, ale bardzo grube i bardzo sztywne. Dziewczynka poruszała palcami w rękawiczkach i natychmiast posmutniała.
- W takich rękawiczkach nie da się wziąć do ręki żadnego koralika – pomyślała, ale nic nie powiedziała, żeby nie robić przykrości rodzicom. Szybko je zdjęła i odłożyła do pudła.  Mama znów zrobiła taką sama minę, jak wtedy, gdy dziewczynka rozerwała papier a córeczka jej i tym razem nie zauważyła, bo już przymierzała czerwony kombinezon. Cały puchowy. Pasował, jakby był uszyty na miarę.
- W takim kombinezonie będę mogła tarzać się w śniegu i na pewno nie przemoknę! – Wykrzykiwała dziewczynka turlając się po podłodze. Tym razem tata zrobił groźną minę. Dziewczynka natychmiast wstała.
W pudle zostały już tylko dwa wąskie i długie przedmioty z noskami zawiniętymi jak stare pantofle babci, która cały czas stała na tarasie.
- To twoje narty, córeczko – powiedzieli rodzice.
- Narty? – Zdziwiła się dziewczynka – Co to są narty? Po co mi narty? Co się z tym robi?
Rodzice nie odpowiedzieli. Zapytali tylko czy prezent jej się spodobał. Dziewczynka nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo kombinezon i czapka podobały jej się bardzo, okulary i rękawice wcale, a buty były okropne. No i te całe narty, z którymi nie wiadomo, co zrobić? Podziękowała rodzicom za niespodziankę, uściskała mamę, ucałowała tatę, pomachała babci i zabrała się do jedzenia tortu. Był pyszny, orzechowy. Zjadła prawie cały, zostawiając tylko okruszki dla ślimaka.

W nocy dziewczynce przyśnił się piękny sen. Była w nim tęcza. Cała z maleńkich, błyszczących koralików. Wyglądała jak most i dziewczynka ubrana w swój nowy kombinezon i czapkę, mogła biegać po niej tam i z powrotem, i jeszcze raz, i jeszcze. Biegała tak po łuku tęczy i patrzyła z góry na kolorową krainę. Błękitny strumyk połyskiwał wśród łąk. Nad polnymi kwiatami wesoło fruwały motyle. Pod starą czereśnią stał drewniany stół a na nim koszyk świeżych owoców i dzbanek z lemoniadą. Pod drzewem siedział chłopiec w słomkowym kapeluszu i głaskał wielkiego, kudłatego psa, Po stole spacerowała boża krówka. Dziewczynka zapragnęła zbiec po tęczy na łąkę i kiedy już miała zeskoczyć na trawę, obudziła się.

Była jeszcze noc. Przez okno zaglądał ciekawski księżyc. 


Dziewczynka spojrzała najpierw na stojące w rogu pokoju narty a zwróciła się do księżyca:
- Ty pewnie też nie wiesz, po co są narty, Księżycu, prawda?
Dziewczynka nie mogła już zasnąć, wierciła się niespokojnie w łóżku i aż do wschodu słońca zastanawiała się, dlaczego rodzice kupili właśnie narty skoro bardziej przydałoby się jej sto malutkich słoiczków na koraliki? Rano była niewyspana i czuła się dziwnie. Trochę tak, jakby motyle ze snu zamieszkały teraz w jej brzuchu i łaskotały ją nieprzyjemnie skrzydełkami.  

Kiedy słonce było już wysoko, rodzice weszli do jej pokoju i powiedzieli, żeby szybko ubrała swój nowy kombinezon, czapkę i rękawiczki, wzięła ze sobą narty i przyszła na przystań. Dziewczynka zastanawiała się, po co ma to wszystko zrobić, ale o nic nie zapytała, tylko grzecznie wykonała polecenie rodziców. Ubrana stanęła przed lustrem i uśmiechnęła się do siebie. Pompon na czapce wesoło zatańczył. Gdy jednak dziewczynka spróbowała podnieść narty, okazało się, że są zbyt ciężkie. Próbowała jeszcze raz i jeszcze raz, ale nie dała rady. Posmutniała, a nawet troszkę się zezłościła na rodziców.
- To za ciężkie! Nigdy ich nie podniosę – westchnęła a potem spróbowała podnieść jedną nartę. Udało się. Zarzuciła nartę na ramię i z wysiłkiem zaniosła na przystań. Potem wróciła po drugą. Trzeci raz wróciła po kijki. Kiedy rodzice przyszli na przystań była już bardzo zmęczona, ale uśmiechała się do nich. Wtedy podpłynął prom, na który wsiedli i popłynęli w stronę Wysokiej Góry. Dziewczynka całą drogę milczała. Nie lubiła promu. Bała się, że podłoga może się nagle urwać i wszyscy wpadną do wody, a w tych ciężkich buciorach to ona się na pewno utopi. Kiedy wysiedli u stóp Wysokiej Góry to tak bardzo się ucieszyła, że aż podskoczyła z radości. Jej radość była tak duża, że tym razem nie powstrzymały jej nawet te okropne, ciężkie buciory. Wylądowała w głębokim, puszystym śniegu.
- Załóż proszę swoje narty – powiedziała mama. Tata pomógł dziewczynce to zrobić. Kiedy stanęła na swoich nowych nartach okazało się, że teraz wcale nie zapada się w śniegu. To jej się spodobało. Wtedy rodzice wskazali szczyt Wysokiej Góry i powiedzieli, że musi się tam dostać i że może pojechać wyciągiem.
- Pojechać? Tam na górę?! – Zdziwiła się dziewczynka. Do tej pory znała tylko swoją małą zieloną wyspę, na której nie było przecież ani Wysokich ani Niskich ani w ogóle żadnych Gór. Motyle w jej brzuchu zaczęły chyba bawić się w berka, bo łaskotały ją bardzo mocno. Nie miała jednak czasu, by dziwić się dłużej, bo nagle znalazła się na dziwacznym malutkim krzesełku, które mocnym szarpnięciem pociągnęło ją do góry.
- Ja nie chcę! Mamo! Tato!– Krzyczała dziewczynka – Ja chcę stąd zejść!
Ale rodzice wcale jej nie słuchali. Stali w milczeniu u stóp Wysokiej Góry i tylko patrzeli, jak ich córeczka robi się coraz mniejsza i mniejsza. Tata trochę się obawiał czy jego malutka córeczka sobie poradzi, ale wcale się do tego nie przyznał. Mama uznała, że wjazd na Wysoką Górę, to w sumie nic takiego i wszystkie dzieci na pewno to potrafią, ale nie powiedziała tego głośno, tylko znacząco chrząknęła. 


Dziewczynka, chociaż po raz pierwszy w życiu jechała na górę, wiedziała, że nie wolno jej wysiadać w trakcie jazdy. Trzymała się krzesełka z całej siły. Bolały ja ręce, drżały kolana. Bała się, że zgubi narty. Myślała tylko o tym, żeby ta koszmarna jazda już się skończyła, ale za każdym razem, gdy wydawało jej się, że to już koniec, okazywało się, że jeszcze nie.


Gdy wreszcie zobaczyła tabliczkę z napisem „Szczyt Wysokiej Góry” ucieszyła się tak bardzo, że natychmiast zapomniała o bólu i strachu. Chciała podskoczyć z radości, ale narty natychmiast pociągnęły ją w dół. Krzyknęła i odruchowo wbiła kije w śnieg. Narty zatrzymały się, ale gdy tylko dziewczynka próbowała się ruszyć, czuła, że zsuwa się z góry. Podparła się kijkami jeszcze mocniej. Zrozumiała, po co kijkom te śmieszne „słoneczka” i ucieszyła się, że dostała je od rodziców. Chciała im podziękować. Spojrzała w dół, ale zobaczyła tylko dwie małe kropeczki. Podniosła rękę, żeby im pomachać, ale narty znów się ześlizgnęły a dziewczynka znowu się przestraszyła.

- Nie mogę podnosić rąk, bo wtedy ześlizgnę się na dół, a przecież mam być tutaj, na górze – pomyślała i najmocniej jak tylko potrafiła wbiła kije w śnieg. Stała teraz nieruchomo i rozglądała się po okolicy. Widok z Wysokiej Góry był przepiękny.  Błękitne niebo, śnieg skrzący się w słońcu, jakby był zrobiony z przeźroczystych koralików, przysypane białym puchem drzewo, gdzieś tam pod śniegiem szemrzący strumyk, a dookoła Wysokiej Góry ogromne jezioro i na mim jej malutka wyspa.

- Miło jest popatrzeć na świat z góry. Wszystko jest takie maciupeńkie.
Dziewczynka stała i patrzyła dopóki słońce nie zaświeciło jej w oczy. Zamrugała, ale nie da się przecież patrzeć prosto w słońce, więc musiała zamknąć oczy i wtedy poczuła, że traci równowagę. Przestraszyła się. Otworzyła oczy. Słońce znów ją oślepiło. Wtedy dziewczynka przypomniała sobie, że ma te dziwaczne, zepsute okulary. Założyła je i teraz mogła już patrzeć prosto w słońce. Niestety, śnieg przestał być biały a niebo wcale nie było już niebieskie.

Słońce powoli zaczęło zachodzić a dziewczynka wciąż stała na szczycie Wysokiej Góry. Dwie małe kropeczki na dole zaczęły podskakiwać. To tata i mama machali do niej i próbowali powiedzieć jej, co powinna teraz zrobić, ale dziewczynka nie mogła ich usłyszeć. Stała wsparta na kijach i podziwiała zachód słońca. Cały świat wyglądał przez chwilę jak z bajki. Niestety, gdy tylko słońce zaszło, wokół zrobiło się zupełnie ciemno. Dziewczynka na szczycie góry poczuła się bardzo samotna i bardzo zmęczona. Dobrze, że miała na sobie ten ciepły kombinezon, czapkę i rękawiczki. Nie marzła. Stała nieruchomo i patrzyła w niebo. Gwiazdy mrugały do niej wesoło a po chwili na niebie pojawił się jej stary znajomy księżyc i znów miał bardzo zdziwioną minę. Dziewczynka uśmiechnęła się do niego i powiedziała:

- Nadal nie wiem, po co są narty. Ty też nie, prawda? – Księżyc nie odpowiedział, chociaż chyba jednak znał odpowiedź.

Dziewczynka była tak zmęczona, że zasnęła na stojąco, a narty jakby tylko na to czekały. Natychmiast rozjechały się na boki i pojechały spory kawałek w dół. Dziewczynka obudziła się, zobaczyła, że jedzie szybko, tyłem po stromym zboczu w dół. Przestraszyła się tak bardzo, jak jeszcze nigdy wcześniej. Nie wiedziała, co robić. Próbowała wbijać kijki w śnieg i nagle obróciła się tak, że teraz jechała już przodem, ale strasznie szybko. Rozsunęła nogi, próbowała wbić kijki w śnieg. Jechała teraz troszkę wolniej. W końcu udało jej się zatrzymać w poprzek stoku. 

- Uff! – Westchnęła, a motyle w jej brzuchu wirowały i trzepotały skrzydłami tak mocno, jakby zaraz chciały wyfrunąć.

- Acha! Już wiem, po co są narty! – Zrozumiała wszystko. Wiedziała już, co można zrobić, gdy się ma narty przypięte do butów, ale wcale się nie ucieszyła i nie miała ochoty podskakiwać. Nie miała też ochoty zjeżdżać w dół.

Pomyślała o mamie i tacie czekających u stóp Wysokiej Góry, żeby ją uściskać i pochwalić, gdy w końcu zjedzie do nich na swoich wspaniałych nartach i wtedy zrobiło się jej bardzo smutno. Stała na szczycie Wysokiej Góry i płakała. Łzy spływały jej po policzkach na nowiutki kombinezon, skapywały na buty, spływały po nartach na śnieg. Były słone i ciepłe i było ich tak bardzo dużo, że chwili śnieg wokół dziewczynki zupełnie stopniał.



KONIEC 

Bajka powstała bardzo dawno temu i odnalazła się zupełnie niedawno. 
Zredagowana i zilustrowana, przy wykorzystaniu elementów graficznych 
z pixabay.com oraz sztuczek Photoscape,  
mam nadzieję, że się wam spodoba. 
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka!


11 komentarzy:

  1. Piękna bajka.
    Tak już bywa z rodzicami, że dają niechciane prezenty. I sami musimy sobie potem z tymi prezentami radzić.
    Jednak dziewczynka chyba sobie poradziła. Chyba, bo nie jestem pewna.
    W każdym razie dobrze się czytało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Jak zwykle Twoje bajki czyta się jednym tchem. W tej jest dużo zwrotów akcji, aluzji, które ciekawie się odczytuje. Jednak muszę zgodzić się z Anią, choć w połowie bajki myślałam, że nie. Zakończyłaś to bardzo smutno, bardzo pesymistycznie, wcale nie trochę niestety. I dla mnie żal, bo bajka mogłaby być z cudownym przekazem o tym jak mądrzy rodzice poszerzają świat doznań dziecka, jak ono to odbiera, jak odkrywa elementy, które w tej nowej sytuacji mu się podobają a które nie, czyli poznaje siebie a mądrzy rodzice stoją z boku, pozwalają poznawać ten świat.
      Tak jak jest, to bajka o naszych rozczarowaniach rodzicami, o tym jak nam smutno kiedy nas nie rozumieją. I.. Takie opowieści też są potrzebne, ja jednak wolę ludziom pokazywać wzorce , dawać nadzieję.
      To jak mówisz dawna bajka. Rozumiem jednak, że nie myślisz o jej przeredagowaniu.
      Rysunki też cudowne wręcz.
      Tak czy owak, nieważne jak ja bym to napisała, nieważne czego oczekiwałam w połowie czytania, ważne jest to, że to o ogromnie piękna historia i napisana wspaniałym językiem.

      Usuń
    2. Masz racje Edytko, ze wzorcowo byłoby tak, jak piszesz i jak mówiła Ania, ale nie zawsze mamy taka idealna sytuację i często, nie mogąc liczyć na rodziców musimy odwołać się jednak do naszych własnych zasobów. taki był zamysł mojej bajki. I nadal będę się troszkę upierać, że ostatecznie jest optymistycznie :)

      Usuń
  3. Dziękuję za PREZENT
    czerwoną czapkę z pomponem i kombinezon chętnie zabiorę. A resztę -zwłaszcza ściągające na ziemię buciory chętnie oddam ;)
    Dziewczynka

    OdpowiedzUsuń