sobota, 10 sierpnia 2019

Jeszcze nie czas


Wituś był samotnikiem. Przeszedł przez życie w jednych butach. Z jedną, nigdy nierozpakowaną, walizką, dla większej pewności trzymaną pod łóżkiem. Przyparty do muru przez Stefcię, ożenił się i nawet córkę spłodził, ale nadal pozostał samotnikiem. Mieszkał całe życie w jednym domu. Nigdy nie opuszczał swojej dzielnicy miasta, tak przypadkowo wybranego przez przodków. Nikogo nie znał. Z nikim się nie zaprzyjaźnił. Nie wiedział, jak ma na imię jego sąsiad. Nie obchodziło go, na co umiera sąsiadka. Klął na miauczące pod oknem koty. Na wszystkie pytania odpowiadał zdawkowo, nigdy nie mówiąc słowa prawdy. Czasem, w przypływie dobrego humoru wymyślał jakąś dykteryjkę i pod nią ukrywał swoje nijakie, nudne życie. Bez żalu przeszedł na emeryturę. Nienawidził swojej pracy. Uciekał z niej, gdy tylko mógł, więc kiedy odpracował pańszczyznę, zyskał czas na nic nierobienie. Czy był leniem? 
Nie. On po prostu nie mógł już podjąć żadnej aktywności. Nie mógł zająć się żadnym hobby. Wszystko przez węże. Cała masa jadowitych węży kłębiła się w jego głowie a on całą swoją energię poświęcał na trzymanie ich wewnątrz. Ścierwa czasem wyłaziły. Wypełzały przez oczy lub uszy. Czasem przez nos. Coraz częściej przez usta. Ostatnio uciekały  nawet przez odbyt. Wituś nie był już taki zwinny i szybki, by je złapać zanim wypełzną. Bał się. Bał się coraz bardziej. Wiedział, że każdy wąż, który wypełznie na zewnątrz, sprowadzi nieszczęście. Na niego, na jego rodzinę, na cały świat. A one wymykały się coraz częściej. Z tymi, które wypełzały pojedynczo jeszcze jakoś sobie radził, ale z tymi, które robiły to w grupach, niestety już nie. Ostatnia wielka ucieczka węży miała miejsce z początkiem kwietnia. Na skutki nie trzeba było długo czekać.  A teraz wypełzną wszystkie  jadowite bestie, które trzymał siłą swojej woli przez te wszystkie lata. Wypełzną i oplotą cały świat nitkami nieszczęść i oczkami pecha. Stworzą czarną sieć. Nic ich nie powstrzyma. Nic. On już ich nie utrzyma. Nie ma siły. Już nie. Musi znaleźć  pomoc. Nie dla siebie. Dla niego już nie ma ratunku. Dla Stefci. Obiecał jej. Obiecał, że nawet śmierć ich nie rozłączy.
- Ktoś musi wyłapać te pieprzone węże!
- Wituś, dziecko, zostaw, już po wszystkim, już się rozpełzły – usłyszał nagle dawno niesłyszany głos matki.
- Mama? Co mama tu robi? Przecież mama nie żyje.
- No, ty zasadniczo też, synku – zawsze była bardzo bezpośrednia.
- Mamo…
- Co, mamo? Nie wygłupiaj się. Zostaw te węże i choć tu do mnie. Czekamy na ciebie od tygodnia. Stary Woźniak już stypę przygotował. Stefek, Andrzej i Staszek tyle wypili, że więcej chyba nie zmieszczą. Pod stołem leżą. Marianna dziewiąty raz obiad odgrzewa i klnie, bo sos tak zgęstniał, że w kostkę można go kroić. Babka Klara uważa, że masz natychmiast przestać się wygłupiać, bo cóż to niby się takiego dzieje, że tylu Pomagaczy tu naokoło ciebie biega. Masz sobie sam dać radę, jak zwykle. No już, zbieraj się, idziemy!
- Ależ mamo, a Stefcia? – Wituś wiedział, że żadna dyskusja z matką nie ma sensu. Nigdy nie miał odwagi stanąć w obronie Stefci, o co ta miała do niego wieczne i jak się okazuje uzasadnione pretensje.
- Nigdy jej nie lubiłam Nie miała charakteru. No już, już, bo tu przeciąg jest.
- Nie.
- Co znaczy nie?
- Nie, mamo. Jeszcze nie.
- Witek, ja trzeci raz nie przyjdę. Nie pozwolą mi. Nie bądź uparty, dawaj rękę! – Powietrze zawirowało. Poryw wiatru trzasnął oknem. Matka Witusia musiała wracać. – Nie wiem, jak ja im to wszystko wytłumaczę. No cóż, synku, jak chcesz, jak chcesz…



Zapraszam do lektury kolejnych odcinków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz