wtorek, 24 września 2019

Święto spadającego liścia


Czekałam na ten dzień cały rok. Wczoraj jeszcze zbyt dużo światła, rażącego w oczy kontrastami kolorów a dziś już przyjemna lekka mgiełka. Tak, wystarczy kilka nitek babiego lata, żeby świat nabrał tej cudownej delikatności. Słońce już nie pali, ono teraz przyjemnie grzeje. Nie mrużę oczu. Nie chowam się w cieniu. Siadam na wygrzanej ławce. Głaszczę dłońmi stare, sękate deski. Opieram plecy o chłodną ścianę. Koza głośno chrupie znalezione w trawie jabłko. Motyl przysiadł na podgniłej śliwce. Czuję zapach fermentujących owoców. Słyszę cichutki szelest motylich skrzydeł i nieco głośniejszy pierwszych opadających liści. Dojrzały kasztan uderza o gont dachu i turla się, stukocząc. Wpada do rynny. Kolejny pada na trawę. Wstaję. Podnoszę go. Jest gładki, chłodny, jeszcze wilgotny i błyszczący. Chowam do kieszeni brązową kulkę. Niedługo wyschnie i zmatowieje, ale jeszcze przez kilka chwil będzie sprawiać przyjemność moim palcom. Bawię się kasztanem i patrzę w szarobłękitne w niebo. Wdycham zapach pierwszego dnia jesieni. Pachnie przesuszonym sianem, dymem palonych liści, owczą wełną i kosmosem. Oddycham głęboko.




2 komentarze:

  1. A mnie smutno, bo już nie ma tej intensywnej zieleni, jaka była w czerwcu.
    To nic, że słońce paliło, że chowałam się za okularami i w cieniu, i tak świat wydawał się
    piękny, radosny, pełny, bez braków, a teraz jakiś mglisty, niejasny, jakby z krzykiem
    uwięzionych w szkole dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, lubisz lato. Jesień nie jest zbyt optymistyczną porą roku, a skojarzenie jej ze szkołą dodatkowo czyni całą sytuację ponurą i przerażającą.

      Usuń