niedziela, 19 stycznia 2020

Pętam się z Pentaxem - Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy!

W moim województwie trwają od tygodnia ferie zimowe, mimo, że ani porządnej zimy nie ma ani nikt za wolnymi dniami jeszcze się nie stęsknił, bo to ledwie święta minęły.  Znudzone dzieciaki snują się bez celu całymi grupami i najwyraźniej straszliwie im się nudzi a ja, korzystając z tego, że one się snują w pewnym oddaleniu od szkoły, poszłam powspominać sobie dawne czasy i sprawdzić, jak będzie wyglądało szkolne podwórko w obiektywie Pentaxa. 


Podeszłam od strony parku. Tak, moja szkoła jest w parku! Idąc alejkami i gapiąc się na wiewiórki wychodzi się niepostrzeżenie na szkolne boisko. Teraz ogrodzone i wyściełane miękką wykładziną, wówczas betonowe i niczym nie zabezpieczone. 


Boczne wyjście przy sali gimnastycznej wypluwało nas obowiązkowo na długie przerwy na dwór. Chłopaki grały w nogę.


Dziewczyny skakały w gumę. 
Ale bywało, że stawaliśmy wszyscy razem w kółeczku, by wyklaskać:anse, adamse, flore, oma de, oma de, omadeodeo... 


albo na  schodach wytrzymać nieruchomo pod srogim wzrokiem baby Jagi
Objadaliśmy się świeżutkimi drożdżówkami i pączkami z grubą warstwą lukru. Trzeba  było po nie najpierw odstać ćwierć przerwy w długiej kolejce przed szkolnym sklepikiem, by po konsumpcji wytrzeć ufifrane paluchy w nylonowy, granatowy mundurek. I nigdy nie udawało się zjeść samodzielnie całego ciastka. Zawsze przynajmniej trzy gryzy zostały bezczelnie ukradzione przez kolegów. 
Sklepik był za tymi drzwiami. Na półpiętrze między mieszczącą się w piwnicy szatnią a korytarzem młodszych klas.


A kiedy były do przedyskutowania ważne babskie sprawy to siadało się na ławeczce. O tutaj!


Głośny dźwięk dzwonka czasem w to miejsce nie docierał ;)
Po lekcjach opuszczaliśmy szkołę zimą wejściem głównym, bo trzeba było najpierw wydostać z szatni ciepłe kurtki. Latem wybiegaliśmy tyłem, wprost do parku, po którym wcześniej przegonił nas wuefista. Ganiał nas naokoło wielgachnego betonowego zbiornika,na wodę, w którym teraz rośnie las. Osobiście uważałam to za niezgodne z jakąkolwiek konwencją praw ludzkich tortury i próbowałam się buntować, za co zawsze byłam dodatkowo karana dwóją z tego przedmiotu. 


Sala gimnastyczna kojarzy mi też wyłącznie źle. Z grubą warstwą kurzu na trzeszczącym niemiłosiernie parkiecie, smrodem przepoconych tenisówek i upokorzeniem. 


Tedy, na skróty, wybiegałam do domu po zeszyty, jeśli któregoś zapomniałam. Rower nie był mi potrzebny.


Dom był tuż, tuż. Wystarczyło przebiec kilka kroków, po drodze wpadając jeszcze do kawiarni w górniczym domu kultury po draże kokosowe i "Polocoktę" i już!
Domu kultury już nie ma. 
Szkoła dawno zmieniła patrona i stała mi się obca. Najlepsi koledzy z ławki nie żyją. 
Nowy właściciel mojego domu wyrżnął brzozy, które przed nim rosły. 
Zostały tylko duchy przeszłości...




2 komentarze:

  1. Och, te wspomnienia... Pięknie i ciepło wspominasz, Karolina, szkołę. W Twoim obiektywie jest taka przyjazna. Świetne reporterskie ujęcia!

    OdpowiedzUsuń