środa, 8 stycznia 2020

Zapiski nałogowego czytacza - Sklep rzeczy zapomnianych Vintage, Susan Gloss

Różowa, zwiewna sukienka na okładce. Tytuł zapowiadający pełną szafę i dużo gadania o ciuchach. I jeszcze to hasło: każda kobieta i każda rzecz mają swoją historię. Czemu ja taką książkę w ogóle do ręki wzięłam? Żeby się przekonać, po raz kolejny zresztą, że tego rodzaju treści, to ja jestem w stanie przyjąć wyłącznie za pośrednictwem migoczącego ekranu telewizora.
I to pod dodatkowym warunkiem, że to komedia będzie, a ja akurat mam słabszy dzień i przygniata mnie potworność świata zewnętrznego. Oglądam wówczas z przyjemnością setny raz "Pretty Woman" albo "Zakupoholiczkę" albo "Diabeł ubiera się u Prady" lub cokolwiek innego z ciuchami w roli głównej. 
I gdyby to był film, to  ja bym była zachwycona! Pomysł fajny, bohaterki sympatyczne, perypetii miłosnych akurat tyle ile da się znieść i wystarczająca ilość dramatów, by docenić własne spokojne życie. 
To czemu ja marudzę?
Bo mnie nie zachwyciło. 
Bo ja bym chciała od czasu do czasu się roześmiać głośno albo wraz z bohaterkami zapłakać, albo chociaż na coś się zezłościć. Emocje bym poczuć chciała, jakiekolwiek. A to jest napisane tak poprawnie, gładko i okrągło, jak równiutko poskładane są cenne fatałaszki w sklepiku głównej bohaterki, owinięte dla bezpieczeństwa kolorów bezkwasowym papierem i zapakowane w kartonowe pudełeczka, żeby się nie pogniotły. 
Nie ma się do czego przyczepić. 
I nie będę się czepiać, bo to żadna wielka literatura nie jest i być nie musi. Powieść powstała hobbystycznie, na kursie kreatywnego pisania. Autorka zawodowo pracuje jako adwokat, pasjonuje się starymi przedmiotami i prowadzi internetowy sklepik, więc dobrze się zna na tym, o czym pisze. Prawdopodobnie jest też perfekcjonistką i po prostu ciut przedobrzyła. 
Dla wszystkich zainteresowanych modą vintage rzecz na pewno  ciekawa.
Lektura nieobowiązkowa, nienachalnie dowodząca, że można żyć z pasją i przy odrobinie samozaparcia, także z pasji. 






5 komentarzy:

  1. Ten różowy kolor bije po oczach. Od razu myślę o stereotypie: różowy dla dziewczynki, niebieski dla chłopca.
    I niestety pod wpływem tej myśli słabo mi się robi, ale widocznie takie książki też muszą być, też mają swoich odbiorców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka ogólnie nie jest zbyt trafiona, powinna być na niej raczej suknia ślubna ;)

      Usuń
  2. Tytuł mi się skojarzył od razu ze "Sklepem z marzeniami" Kinga ;) Pewnie taka historia ma spory potencjał. Rzecz w tym, żeby umiejętnie ją opisać. Sama bym po nią nie sięgnęła. Okładka zbyt "cukierkowa", ale przecież są czytelnicy, których z pewnością treść zachwyci. O gustach się nie dyskutuje :)

    OdpowiedzUsuń