poniedziałek, 25 maja 2020

Zapiski nałogowego czytacza - początek długiej podróży

Od początku pandemii, paradoksalnie, mając więcej czasu, nie byłam w stanie czytać. Stos książek wypożyczonych z biblioteki tuż przed jej zamknięciem stał prawie nieruszany. Brałam jedną książkę do ręki na chwilę, na moment i odkładałam po przeczytaniu ledwie kilku stron. Brałam kolejną i działo się to samo. Czy ja sobie takie kiepskie i nieciekawe książki wypożyczyłam? Z jedną mogłam źle trafić, ale żeby wszystkie osiem?! Niemożliwe!
Przecież autorzy których znam i lubię. Przecież treść generalnie lekka miła i przyjemna. O co w tym wszystkim chodzi? Dopiero po kilkunastu dniach przypomniałam sobie, ze kilka lat temu, gdy przezywałam bardzo trudny czas w związku z chorobą Taty, też nie mogłam czytać. Niepokój, lęk, strach, pozostawanie w ciągłej gotowości zabierało tyle energii, że nie zostawało jej ani troszeczkę na to, by czytać dla przyjemności. Żeby móc sięgnąć po terapeutyczna moc słowa pisanego, musiałam najpierw innymi sposobami uspokoić umysł. Wtedy pomogło. Jednak teraz wydawało mi się, że ten wirus wcale zbytnio w moim życiu nie namieszał, że przyzwyczajona do siedzenia w domu i społecznej izolacji bardzo dobrze daję sobie radę. I ja sobie faktycznie świetnie dawałam radę, tylko dość sporym kosztem. Kiedy to do mnie dotarło, przestałam sięgać po książki po to tylko, by je zaraz odłożyć na miejsce i złapałam za aparat. Robiąc zdjęcia resetowałam umysł. Powoli wracał spokój, a gdy mogłam już pójść na naprawdę długi spacer, mogłam też znowu zacząć czytać. Stosik niedoczytanych książek oddałam do biblioteki, jak tylko stało się to możliwe. Być może kiedyś jeszcze do nich wrócę. Na razie z przyjemnością wybrałam się w długą podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. 
Kiedy z niej wrócę, opowiem wam, czego się nauczyłam.

2 komentarze:

  1. Ciekawe, gdzie się wybrałaś.
    W przeciwieństwie do Ciebie, nie zestresowałam się ani trochę. Chyba dlatego, że od początku potrafiłam spojrzeć na wszystko z pewnym dystansem. Nie wierzę, nie wierzyłam i wierzyć nie będę tak do końca informacjom podawanym przez główne media. Pamiętam czasy, kiedy te media kłamały, będąc na usługach władzy komunistycznej. Komunizm się skończył, ale czy razem z nim skończyło się panowanie nad mediami? Czy media są naprawdę wolne i czy nie próbują nami manipulować? Patrząc na reklamy, wiem, że na pewno próbują. Nie warto więc się wkręcać we wszystko. Dystans jest potrzebny i przekonanie, że spotyka nas tylko to co najlepsze. Taka zdrowa wiara, nie uważasz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, chciałabym umieć tak podchodzić do wszystkiego :)

    OdpowiedzUsuń