sobota, 26 września 2020

Ostatnie chwile lata

Od rana niebo ma ołowiany odcień i spadają z niego ciężkie krople jesiennego już deszczu. W mieszkaniu ciemno i chłodno. Zapalam wszystkie światła i bezskutecznie przestawiam pokrętło kaloryferów. Zimne, jak moje stopy. Smaruję sobie bułkę śliwkowym czekodżemem i śmieję się z tego, jak naiwnie planowaliśmy, że dzisiaj pojedziemy na wieś. Tydzień temu, było jeszcze lato...

 

Spontanicznie wybraliśmy się w miejsce, gdzie nie dane nam było jechać przez ostatnie dwa lata i które podczas naszej nieobecności stało się rezerwatem zdziczałej przyrody.

 


Starą czereśnię, najokazalsze drzewo w okolicy, porosły huby i oplótł bluszcz. Róże zagrodziły wstęp do części ogrodu, broniąc jej ostrymi kolcami przed ewentualnym intruzem.

 

Sosny samosiejki opanowały łąkę, w magiczny sposób zamieniając ją w gęsty las, pełen grzybów, malin i innych bogactw.

 




Jabłoniom i gruszom opadły ramiona, zmęczone ciężarem dojrzałych owoców, których nikt nie zbiera.



Mirabelki pozbyły się ciężaru zrzucając śliwki w wysoką trawę, ku uciesze wszystkich owocolubnych stworzeń, pozostawiąjac jeden dojrzały owoc na dowód, że jednak nie próżnowały.

 


Borówki zaowocowały po raz drugi, albo i trzeci, przyjmując tak dziką formę, że nawet szpaki nie chcą ich jeść. W końcu tuż obok mają całe pola "rasowych" jagód.

Pojedyncze kwiaty próbowały łapać ostatnie promienie słońca przedzierające się  przez gąszcz świerkowych gałęzi oplecionych po sam czubek winoroślą.  Chichotały przy tym cichutko, bo gruszki na wierzbie, to normalka, ale kto to widział winogrona w miejscu szyszek?

 
Stary orzech milczał, porastając mchem, bo widział już i słyszał wszystko i niczemu się nie dziwi.


Już niedługo ktoś na pewno przyjdzie po jego dojrzałe orzechy. Są przecież największe, najsmaczniejsze i najzdrowsze na świecie!

Patrząc na ten gąszcz badylków, wciągając  w nozdrza zapachy ziół i żywicy, słuchając szelestu  suchych traw na wietrze i wystawiając twarz ku słońcu czułam, jak ogarnia mnie spokój.


Poczułam mocno, jak bardzo tęskniłam do tego miejsca, w którym wszystko jest takie jakie jest i niczego nie udaje. Do miejsca, w którym wśród ciszy ostatniego letniego przedpołudnia, mogłam w końcu usłyszeć siebie samą.


10 komentarzy:

  1. Karola, dziękuję bardzo za tę cudną wycieczkę ❤️❤️❤️ Jeszcze ładnie będziesz, jeszcze razem posnujemy marzenia w tym magicznym zakątku 🍁🍀💫🌷

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając te wycieczkowe wrażenia, czułam się tak, jakbym tam była. Przypomniały mi się różne ulubione fragmenty okolicznych lasów, do których kiedyś tak często jeździliśmy. Poczułam wyjątkowy zapach drzew iglastych skąpanych w słońcu, zapach nagrzanych poziomek, a pod stopami mięciutkie poduszki mchu. Bardzo Ci dziękuję za tę wycieczkę i czekam na następne przygody w miłe miejsca!👏😘🌲🌳🍎😊🌿💚🍀💚

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle czarujesz obrazami.
    Taka już natura jesieni: deszcz, zimno, dni krótkie, ale Ty przecież wiesz i lubisz jesień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię jesień. Właściwie lubię wszystkie pory roku poza upalnym latem, które też lubiłabym bardzo, gdyby mój organizm tolerował wysokie temperatury i nadmiar światła.

      Usuń
  4. Bardzo się cieszę, że wróciłaś na blog :-) Dziękuję za miły spacer i zdjęcia pełne zielonego :-)

    OdpowiedzUsuń