niedziela, 29 listopada 2020

(nie)Normalność

 

 


Od trzech godzin siedzę przed białym ekranem. Wystukuję kilka zdań i zaraz wszystko kasuję, bo te zdania wydają mi się totalnie pozbawione sensu. Jak cały ostatni rok, który minął mi na czekaniu, aż powróci normalność. Najpierw moja osobista. Potem ogólnokrajowa. Dzisiaj mam pewność, że ani na pierwszą ani na drugą nie mam co liczyć. Obie są czymś podobnym do bardzo starej fotografii. Nie dość, że już słabo widać  obiekt, to nie ma też nikogo, kto mógłby powiedzieć, co dokładnie zostało sfotografowane, kiedy i zasadniczo po co?

 


Jako bezdzietna "pani po pięćdziesiątce" nieomal automatycznie wpadam w kategorię "stara wariatka". Bez kota, ale jednak. Marzeń z dzieciństwa nie pamiętam, zostało mi tylko niejasne przeczucie, że jakieś chyba musiały być oraz bardzo wyraźne uczucie, że nie mają już szansy zostać przeze mnie zrealizowane. Zostaje mi więc jedynie ostry wkurw na siebie samą, który, żeby mniej bolało, mogę sobie tłumaczyć menopauzą. Innym nie zamierzam tłumaczyć już nic. 

 

 

Innym mam ochotę wykrzyczeć słynne ostatnio "wypierdalać!". Tyle tylko, że wychowano mnie w taki sposób, że ja krzyczeć w przestrzeni publicznej nie potrafię. Mało, że nie potrafię krzyczeć, to ja się tam w ogóle nie potrafię odnaleźć. Ani po prawej ani po lewej ani po środku. Właściwie to nawet doceniam obecność wirusa, bo przynajmniej mam solidną  wymówkę, by nie ruszać się z własnej kanapy. Tym bardziej, że od niedawna mam zupełnie wygodną! 

 


Siedzę więc na tej swojej zielonej kanapie. Dupsko mi rośnie w bezruchu. Czytam  zakupioną w ramach urodzinowego prezentu dla siebie samej książkę i ona też kończy się zbyt szybko. Pozostaje niedosyt. Ale jak kto? Dopiero co wzięłam ją do ręki, obwąchałam kartki, przejrzałam pobieżnie ilustracje. Ledwie kilka zdań przeczytałam. To już wszystko? Nic więcej nie będzie? Nic?!

 


Odkładam książkę. Patrzę na padający za oknem pierwszy śnieg. Jest mi zimno i smutno. Może i mogłabym postawić sobie jeszcze jakiś cel na nadchodzący rok, ale gdy o tym myślę, widzę rosłego jelenia w ogromnymi rogami, który staje mi w poprzek drogi, gapi się na mnie i ludzkim głosem warczy: gdzie leziesz głupia babo!


 

8 komentarzy:

  1. Nie ratuje Cię ulubiona jesienna pogoda? Straszne.
    I co ja mogę powiedzieć? Powtórzyć chyba tylko po raz kolejny, wszystko mija, to też.
    I jeszcze, nie oglądaj i nie słuchaj wiadomości. One nic dobrego Ci nie dają.
    Koniecznie rusz się i chodź na spacery.
    Zdjęcia piękne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo bym chciała napisać Ci coś pocieszającego, ale z doświadczenia wiem, że to mało wspierające. Napiszę Ci zatem, że jestem i zawsze, w każdej chwili możesz się do mnie zwrócić. Wysłucham, pomilczymy razem... Jako pani przed pięćdziesiątką (coraz bliższą zresztą), takoż bezdzietna i z psem zamiast kota ;-) miewam często, szczególnie ostatnio, smutne myśli, dotyczące przemijania. Ale one mijają, jak wszystko i znów za jakiś czas słońce rozświetla moje wewnętrzne niebo. Posyłam Ci bukiet promyków, by rozjaśniły i Twoje.
    Nieważne, że kasujesz zdania, które wypływają Ci spod palców. Pisz, mimo wszystko, kasuj i pisz od nowa. Bo ja czekam na Twoje teksty, na Twoje zdjęcia i na Twoją obecność tutaj.
    A propos zdjęć - wyszły fantastycznie w tej postarzanej konwencji! Przytulam i ślę dużo ciepła!

    OdpowiedzUsuń
  3. Karolino, mam nadzieję, że już wygodniej Ci na tej kanapie? Ale napiszę, chociaż mogę wyświetlić się jako anonim, bo nie jestem pewna, czy mam jakieś konto na Google? Nie wierzę, że napiszę do psychologa, który dla mnie jest doskonałym człowiekiem ❤Przynajmniej jako nastolatka tak uważałam i jakieś 35 lat dłuzej. Dlaczego? Bo jako nastolatka chciałam tym psychologiem zostać, a zostałam mamą czwórki dzieci, dwóch psów i kota. Więc uważałam, że moje życie nie było nic warte, bo nie zrealizowalam swojego marzenia z dzieciństwa. Że po drodze realizowalam inne? Ale TEGO nie 🤫I uniewazniłam siebie, sprowadziłam do "nikt".Dzisiaj pytam siebie w imię czego? No i nie wiem. Może, żeby mieć jakiś powód, żeby się pobiczowac, bo bez powodu jakoś głupio to wygląda... A tak ciągle dobrze o sobie myśleć, kiedy wokół tyle problemów i heroizmu, to też głupio, też inaczej, nie w grupie. I wychodzi mi, że jakbym się nie ustawiła, to ciągle próbuję kopnąć się w tyłek...To taki sposób, żeby wreszcie dostrzec, że jestem taka jak wszyscy znani mi ludzie : wszystko mam na swoim , dokladnie takie, jakie jest. Polecam "ćwicz z Anetą Tarasiewicz" dla kobiet 60+ Udaje mi się wykonać większość cwiczeń i wraca mi poczucie sprawczości.Aaa i jeszcze poczytaj "dwie kostki cukru" Ma kobitka świetne pióro 🥰

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Teraz to mi już zdecydowanie lepiej. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Pięknie piszesz o przemijaniu. Myślę, że wszyscy ludzie pięćdziesiąt plus miewają takie myśli. Ja miewam. :) Myślę też, że szkoda tych naszych resztek życia na pozwalanie tym myślom zagnieździć się. Wciąż mamy jeszcze odrobinę pary by zawalczyć o ten pozostały skrawek. Nawet gdy nie wyjdzie, jak to pisanie, to przynajmniej będziemy wiedzieć, że się nie poddaliśmy a już samo to jest budujące. Także pary Karolinko !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak obserwuję wszystko to, co robisz, to masz tej pary, że ho, ho! Ale racja, nie ma co marudzić i marnować czasu, którego coraz mniej... Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń