poniedziałek, 21 grudnia 2020

21. 12. 2020, 13.13

To chyba najlepszy moment na podsumowanie mijającego roku. Przesilenie zimowe, koniunkcja Jowisza i Saturna, pierwszy dzień świąteczno-noworocznego urlopu no i ta godzina. Trzynasta minut trzynaście. Idealna! Siadam więc i ...

Nigdy nie byłam w stanie zapamiętać żadnych dat. W moim przeżywaniu nie istnieje chronologia wydarzeń. Wspomnienia układają się wyłącznie wedle siły towarzyszących im emocji.

Ból. Silny. Długotrwały i niepoddający się  dostępnym bez recepty środkom uśmierzającym w końcu poddał się ciepłym dłoniom magistra fizjoterapii i ostrym igłom wbijanym tu i ówdzie przez panią doktor od aućkupunktury. Ulga.

Pojawiający się znienacka wkurw przeplatany nieuzasadnioną niczym rozpaczą, wyrównał się dzięki cudownym kropelkom i kilku spotkaniom skoncentrowanych na rozwiązaniu do przyjemnego: a, mam to wszystko w dupie! Skutek uboczny w postaci kilku niechcianych kilogramów wciąż w  procesie akceptacji.

Paniczny lęk o życie i zdrowie najbliższych, których jest już przy mnie naprawdę niewielu, tak ze dwie osoby, gdyby to dokładnie policzyć,  przeszedł w spokojne oczekiwanie tego, co nastąpić przecież musi, a na co żadnego wpływu i tak mieć nie będę.

Poczucie niekompetencji, tak w stacjonarnym, jak i w w zdalnym wykonywaniu obowiązków służbowych, zagnieździło się na stałe tuż obok absolutnej niechęci do podnoszenia swych kwalifikacji. Ogień wypalenia zawodowego płonie a dym gryzie w oczy. 

Wstyd, bo na to, by dostać po oczach gazem, zabrakło odwagi.

Złość. Gniew. Bezsilność. Ukradli mi dom. Ukradli mi państwo. Ukradli mi nadzieję na normalność. Głosowanie "przeciw" nie przyniosło skutku. Na usta cisną się niecenzuralne słowa. Kobiecie nie wypada...

Tęsknota za morzem osiągnęła stopni dziesięć w Skali Beauforta.

Zaskoczenie. Ktoś na mnie czekał. Ktoś o mnie pamiętał. Ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Ktoś się uśmiechnął.  Ktoś oddał więcej niż dałam. Ktoś zadzwonił.  Ktoś napisał. Pod nogi upadło kolejne piórko.

Przyjemność. Wygodna kanapa, kwiaty w akwarium, smak kandyzowanego imbiru, ciepłe wełniane skarpety, trzy ceramiczne kasztany, miodowy zapach woskowej świecy. 

Ściskam w ręce czarny kamień  z wymalowaną białą farbką mandalą.  Mój talizman z mapą podróży w nowy rok. Przypominajkę o dobrych ludziach i obfitości Wszechświata. Radość. Wzruszenie. Spokój. 


 

 





 

 




wtorek, 8 grudnia 2020

Zapiski nałogowego czytacza - Oko Horusa, Jola Czemiel

Czekałam na tę książkę od chwili, gdy skończyłam lekturę Protektora. Pierwszą część przygód detektywa Benedicta Rutherforda przeczytałam z wypiekami na twarzy. Wartka, intrygująca akcja rozgrywała się w tylu miejscach świata, że aż dostawałam zadyszki próbując dorównać kroku bohaterom. Gdy po kilku godzinach odłożyłam książkę, czułam się jak po wyjściu z kina, oszołomiona jasnym światłem dnia i nagłą ciszą wokół.  A chociaż tak nie do końca zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi, to bardzo polubiłam Benedicta, jego spryt, skuteczność i poczucie humoru. 

Gdy ujrzałam przepiękną okładkę Oka Horusa - tajemnicza czerń z dodatkiem eleganckiego złota - rzuciłam się na nią jak sroka na błyskotki. Po kilku dniach trzymałam w rękach ponad czterysta stron z osobistą dedykacją od autorki na pierwszej z nich. Mając w pamięci to, jak wciągnął mnie Protektor, odłożyłam lekturę na weekend. Zapowiedziałam domownikom, że przez najbliższe kilka godzin mnie  nie będzie i zgodnie z czasem akcji powieści, na początku grudnia wyruszyłam po nieśmiertelność, która ponoć jeszcze nigdy nie była tak blisko. 

Podróż przez Yale, Londyn, Moskwę i Białystok do Egiptu i Luksoru nie była aż tak szaleńcza, jak ta poprzednia wycieczka z Benedictem. Tym razem wszystkie sprawy toczyły się w nieco innym tempie. Może to nieznośny upał i egipskie ciemności spowolniły odrobinę bieg spraw, a może sama autorka, mając na uwadze nadwątloną kwarantanną kondycję czytelników zmieniła rytm zdań na spokojniejszy.  Tak czy siak mogłam rozkoszować się lekturą o wiele dłużej i zdecydowanie więcej z całej historii zrozumiałam. Nie zdradzę jednak żadnych faktów, by nie psuć wam przyjemności  odkrywania tajemnicy Hatszepsut i Senenmuta.

Niestety, wolniejsze tempo czytania sprawiło również, że włączył mi się tryb czepialskiego krytyka, który z ołówkiem w dłoni tropi niedoskonałości, nawet tam, gdzie ich prawie nie ma. Przyznaję się, to z zazdrości, bo koleżanka Jolanta ma tak sprawne pióro i taki ogrom wytrwałości, że kolejną wspaniałą powieść z sukcesem wydaje, podczas gdy ja nawet jednego marnego pomysłu na krótkie opowiadanko nie mam. 

Z jaką refleksją po lekturze pozostaję? Ano taką: 

Benedict Rutherford, któremu pozostawia się jedynie możliwość przelatywania wzrokiem tego i owego, traci poczucie humoru.

Ja tracę poczucie humoru gdy krzywda dzieje się rottweilerom.

A Jola Czemiel pisze bardzo dobre thrillery!