wtorek, 8 grudnia 2020

Zapiski nałogowego czytacza - Oko Horusa, Jola Czemiel

Czekałam na tę książkę od chwili, gdy skończyłam lekturę Protektora. Pierwszą część przygód detektywa Benedicta Rutherforda przeczytałam z wypiekami na twarzy. Wartka, intrygująca akcja rozgrywała się w tylu miejscach świata, że aż dostawałam zadyszki próbując dorównać kroku bohaterom. Gdy po kilku godzinach odłożyłam książkę, czułam się jak po wyjściu z kina, oszołomiona jasnym światłem dnia i nagłą ciszą wokół.  A chociaż tak nie do końca zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi, to bardzo polubiłam Benedicta, jego spryt, skuteczność i poczucie humoru. 

Gdy ujrzałam przepiękną okładkę Oka Horusa - tajemnicza czerń z dodatkiem eleganckiego złota - rzuciłam się na nią jak sroka na błyskotki. Po kilku dniach trzymałam w rękach ponad czterysta stron z osobistą dedykacją od autorki na pierwszej z nich. Mając w pamięci to, jak wciągnął mnie Protektor, odłożyłam lekturę na weekend. Zapowiedziałam domownikom, że przez najbliższe kilka godzin mnie  nie będzie i zgodnie z czasem akcji powieści, na początku grudnia wyruszyłam po nieśmiertelność, która ponoć jeszcze nigdy nie była tak blisko. 

Podróż przez Yale, Londyn, Moskwę i Białystok do Egiptu i Luksoru nie była aż tak szaleńcza, jak ta poprzednia wycieczka z Benedictem. Tym razem wszystkie sprawy toczyły się w nieco innym tempie. Może to nieznośny upał i egipskie ciemności spowolniły odrobinę bieg spraw, a może sama autorka, mając na uwadze nadwątloną kwarantanną kondycję czytelników zmieniła rytm zdań na spokojniejszy.  Tak czy siak mogłam rozkoszować się lekturą o wiele dłużej i zdecydowanie więcej z całej historii zrozumiałam. Nie zdradzę jednak żadnych faktów, by nie psuć wam przyjemności  odkrywania tajemnicy Hatszepsut i Senenmuta.

Niestety, wolniejsze tempo czytania sprawiło również, że włączył mi się tryb czepialskiego krytyka, który z ołówkiem w dłoni tropi niedoskonałości, nawet tam, gdzie ich prawie nie ma. Przyznaję się, to z zazdrości, bo koleżanka Jolanta ma tak sprawne pióro i taki ogrom wytrwałości, że kolejną wspaniałą powieść z sukcesem wydaje, podczas gdy ja nawet jednego marnego pomysłu na krótkie opowiadanko nie mam. 

Z jaką refleksją po lekturze pozostaję? Ano taką: 

Benedict Rutherford, któremu pozostawia się jedynie możliwość przelatywania wzrokiem tego i owego, traci poczucie humoru.

Ja tracę poczucie humoru gdy krzywda dzieje się rottweilerom.

A Jola Czemiel pisze bardzo dobre thrillery! 

 



 

 




4 komentarze: