Przeczytane

       

"Coaching twórczości"
Magda Fres

          Kiedy dopada cię blokada twórcza i trzyma bardzo, bardzo długo. Gdy wydaje ci się, że wszystko na tym świecie jest ważniejsze od twojej twórczości. Wątpisz we własny talent. Czasu na żadne twórcze działania nie masz. Wreszcie orientujesz się, że właściwe to już od dawna nie żyjesz, a nawet, jeśli jeszcze oddychasz, to nie tak głęboko, jakbyś chciała. Kiedy masz ochotę pieprznąć tym wszystkim, z dnia na dzień rzucić dobrze płatną pracę i wyjechać gdzieś na koniec świata, to zanim to zrobisz, przeczytaj książkę Magdy Fres. Chociaż nie, zanim weźmiesz do ręki tę książkę, weź sobie przynajmniej jeden dzień wolnego. Ostatecznie możesz rozpocząć lekturę w weekend, ale wtedy poproś kogoś z domowników by odebrał przesyłkę od kuriera i przekazał ci ją dopiero w sobotę rano. Czemu nie w piątek wieczorem? Z tej prostej przyczyny, że cały piątkowy wieczór będziesz miała zajęty gotowaniem, sprzątaniem, praniem, prasowaniem, myciem okien i wszystkimi tymi obowiązkami, których przez następne kilka dni nie tkniesz, bo zajmować się będziesz wreszcie tym, co naprawdę ważne, czyli sobą samą i twoja twórczością. Będziesz z wypiekami na twarzy czytać o tym, jak pokonać lęk przed sukcesem (bo przecież porażki już się nie boisz, porażki masz oswojone), jak się zmotywować, jak znaleźć czas na wszystko i przede wszystkim skąd wziąć odwagę. Będziesz wykonywać w skupieniu wszystkie ćwiczenia. Będziesz płakać z żalu, wzruszać się, wściekać. Odkryjesz kilka rzeczy, których wcale nie chciałaś odkrywać i wiele razy się zdziwisz. A wszystko po to, by, gdy piorun inspiracji już rozbłyśnie w twoim umyśle, ryknąć: Jestem tęczowym lwem!!! I stworzyć w końcu to, co od dawna stworzyć zamierzałaś. Bo od chwili, gdy skończysz czytać „Coaching twórczości” Magdy Fres i skrupulatnie zastosujesz jej metodę, nic już nie będzie takie samo. A jeżeli przypadkiem wcale nie uważasz się za artystę i wcale nie chcesz niczego tworzyć, to tym bardziej zachęcam cię do lektury, bo to jest po prostu świetnie napisana rzecz, lekko i z humorem, ale pełna rzetelnej psychologicznej wiedzy popartej ogromnym osobistym doświadczenie autorki.




"Przystanek Norwegia.
W poszukiwaniu zorzy"
Renata Bang
  

      Norwegia. Miejsce, w którym kiedyś chciałabym się znaleźć. Jestem przekonana, że czułabym się tam bardzo dobrze, nawet w długą polarną noc. Bo jakże można było by być nieszczęśliwym tam, gdzie życie toczy się bez wszechobecnego u nas pośpiechu a w górskich wędrówkach towarzyszą nam nie tłumy turystów w klapkach, ale renifery i trolle. 
      Biorąc do ręki bardzo starannie wydaną książkę, z cudowną zorzą polarną na okładce i zakładce, z gładziutkimi bielutkimi kartkami, pełną zdjęć ukazujących piękno norweskiej przyrody i przesympatycznych rysunków reniferów zapowiadających dobrą zabawę spodziewałam się treści równie hipnotyzującej jak norweskie powietrze. I odnalazłam ją, jednak dopiero pod sam koniec lektury. 
       Norweskie przysłowie mówi: „Gdy wychodzisz na spacer nigdy nie jesteś zły”. A ja czytając książkę Renaty Bang poczułam złość. Dlaczego? Bo zamiast nieśpiesznego spaceru po uroczych zakątkach Norwegii zostałam porwana w ekspresową podróż, w zdezelowanym kamperze, w którym lodówka grzeje zamiast chłodzić i nie działają tylne światła. Do tego zostałam wręcz zmuszona do błyskawicznego przyswojenia miliona informacji o tym uroczym kraju. Zasadniczo nic w tym złego, ale zostały one przedstawione raczej w stylu szkolnego wypracowania niż zauroczonej krajem dorosłej kobiety. Momentami czułam się wręcz jak uczennica odpytywana przez nauczycielkę historii lub geografii, a niestety obu tych przedmiotów szczerze nie lubiłam w czasach szkolnych i marne z nich miałam oceny. 
       Mniej więcej w połowie lektury porzuciłam tekst i skupiłam się jedynie na zdjęciach. Tak dotarłam do rozdziału przedostatniego i rozbawiona stwierdziłam, że gdybym mieszkała w Norwegii i posługiwała się dialektem, mogłabym sobie swobodnie od czasu do czasu szpetnie zakląć i nikt by nie miał o to do mnie pretensji. 
    A potem przeczytałam rozdział ostatni i faktycznie szpetnie zaklęłam. 
    Gdybym przez fiordy Norwegii mogła przejść w towarzystwie Reni i Renka, byłaby to podróż cudowna i magiczna. Pojęcia nie mam, dlaczego autorka nie zdecydowała się na taką formę dla całej historii? Mam nadzieję, że powodem jest wyłącznie to, iż ma w planach wydanie książki kolejnej, tym razem o przygodach dzielnych reniferów, adresowanej do małych i dużych dzieci, koniecznie z ilustracjami Mileny Górskiej. 
      Ja już ustawiam się po nią w kolejce. 



"Gra na wielu bębenkach"
Olga Tokarczuk


        Od kilkunastu minut siedzę i próbuję spisać swoje wrażenia po przeczytaniu jednego z opowiadań i wygląda to mniej więcej tak: Zaczynam zdanie, dochodzę do połowy, kasuję, zaczynam raz jeszcze, uznaję, że jest do bani, kasuję, próbuję zupełnie inaczej, czytam, decyduję, że to jednak nie to, kasuję, kolejny raz zaczynam i czuję, że wcale nie to chciałam powiedzieć. I tak w nieskończoność. 
        Normalka, powiecie. Praca nad tekstem tak przecież wygląda. A ja wam mówię, że wcale nie. Nie, bo ja siadam i po prostu piszę. Słowa przychodzą same i same układają się w wystarczająco dobre zdania. Ja tylko staram się bardzo szybko uderzać w klawiaturę tak, by ich nie pogubić. 
       Pomyślicie, że być może tym razem usiadłam do pisania, nie wiedząc, co chcę napisać. To by tłumaczyło nieporadne składanie zdań i wysiłek, którego zwykle podczas pisania nie odczuwam. Niestety jest znacznie gorzej. 
       Ja przeczytałam opowiadanie idealne. Ledwie czternaście stron tekstu, których lektura zajęła mi może ze dwa kwadranse, stało się dla mnie czymś w rodzaju wzorca metra z Sevres. Boże, jak ja chciałabym tak pisać! Bez żadnych zbędnych słów, zachowując pozory zwyczajności, umieć opisać nieopisywalne i pozostawić zaskoczonego czytelnika tonącego we łzach wzruszenia wcale nie nad losem bohaterki, ale nad pięknem dzieła, z którym właśnie miał styczność. 
        Ariadna na Naksos.




„Jak cię zabić, kochanie?”
Alek Rogoziński


      Zachwalany przez koleżankę autor, był mi dotychczas kompletnie nieznany, postanowiłam więc sprawdzić czy i ja stanę się jego fanką. Rozpoczęłam przygodę od pozycji, którą to „Książę komedii kryminalnej wraca w wielkim stylu”, jak twierdzi pan Paweł Płaczek i po przeczytaniu której, nie będę potrzebowała do szczęścia nic więcej, jak przekonuje pani Monika Finotello.
        Czy Rogoziński księciem? Mam pewne wątpliwości.
        Czy lektura mnie uszczęśliwiła? Bynajmniej.  
   Rozbawiła raczej, szczególnie pojawiająca się w pewnym momencie postać Hrabiny wywołała mój uśmiech, ale nie aż tak, żebym się głośno roześmiała. Szkoda, bo przecież to komedia wielu pomyłek i ja bym chętnie, aż do rozpuku. Czytało się to nawet przyjemnie, szybko i bezrefleksyjnie. Jak dla mnie jednak nieco zbyt przewidywalnie.
      I tylko zakończenie mocno mnie rozczarowało, ale oczywiście go nie zdradzę. Przeczytajcie sami. 



"Mama, smoczek!"
Magda Fres


          Czasem, gdy bodźców w koło nadmiar a biomed zdecydowanie niekorzystny, jedyną zasadą, jaką kieruję się przy wyborze książki jest ta inżyniera Mamonia. On lubił wyłącznie piosenki, które  znał. Ja rzucam się na książki znanych mi autorów.
        Tym razem rzuciłam się na książkę koleżanki psycholożki, wiedząc, że będzie to lektura  wspaniała, albowiem koleżanka jest uzdolniona okrutnie. I chociaż matką nigdy nie byłam i nie będę, to z ogromnym wzruszeniem i niekłamaną przyjemnością przeczytałam  opowieść o początkach macierzyństwa pewnej Małgosi. Moje wzruszenie zapewne wynikało także z tego, że jednak sporo Magdy, którą troszkę znam i bardzo lubię, w tej Małgosi jest.
         Czytając, miałam wrażenie, jakby to była rozmowa z przyjaciółką przy kawiarnianym stoliku. I oczywiście, jak każde takie spotkanie, trwała zbyt krótko. Jestem przekonana, że nawet jeśli nie znacie autorki, będziecie się czuły po lekturze dokładnie tak samo. Dlaczego?
         Po pierwsze - forma.  To jest osobisty i intymny dziennik młodej matki. Skoro ktoś daje nam do przeczytania swój pamiętnik, to taka relacja jest wręcz z definicji bliska. No, chyba że wykradliśmy go niecnie i teraz czytamy w poczuciu winy lub knując zemstę na naiwnym autorze.
           Po drugie – styl. Lekko i z humorem o sprawach nie tylko radosnych, ale też trudnych, wzbudzających lęk, traumatycznych. Mądrze o relacjach damsko męskich i nie tylko. Z dystansem o coraz mniej przyjaznym świecie.
          Po trzecie – treść. Kopalnia wiedzy o smoczkach i butelkach, diecie niemowlaka, sposobach na usypianie i wręcz survivalowe porady jak przetrwać w mieście z małym dzieckiem.
          Po czwarte – energia. Fantastyczna, pozytywna i tak, jak napisano na okładce: Ta historia dowodzi, że energia wszystkich ludzi pochodzi od kobiet. Tylko i wyłącznie.

           Serdecznie polecam, a sama biegnę do biblioteki, z nadzieją, że mają tam też pozostałe książki Magdy 




"Sztuki i sztuczki"
Marta Reich 


        Chodzenie do biblioteki bez okularów do czytania jest zachowaniem ryzykownym, albowiem można przytaszczyć do domu książkę absolutnie nieodpowiednią. „Sztuki i sztuczki” takie właśnie się okazały.
       Siedemset dziewięćdziesiąt cztery strony zadrukowane czcionką zdecydowanie zbyt małą, by czytać ją bez wysiłku, nawet w okularach i zniechęcająco nieporęczne. Męczę się już drugi tydzień i przebrnęłam ledwie jedną piątą całości. Obawiam się, że w ciągu piętnastu dni, które pozostały do czasu zwrócenia lektury na biblioteczną półkę, raczej do końca nie dobrnę. Oddam, bez żalu,  niedoczytaną.
        Lista pięćdziesięciu czterech osób znaczących dla całej historii, skrupulatnie opisanych na samym początku, powinien był wzbudzić moje podejrzenia, bo cóż może być gorszego niż opowieść wymagająca uporządkowania tłumu postaci?
         Gdybym zerknęła na słówko od autorki, przyznającej się szczerze, że tylko pierwszą swoją książkę pisała tak naprawdę z serducha, bo dla  siebie i do własnej szuflady i tylko przypadek sprawił, że podzieliła się nią z czytelnikami, a ta druga, ta którą właśnie próbuję czytać, już taka nie jest, zostawiłabym ją na bibliotecznej półce i zaoszczędziła sporo czasu i wysiłku. 
       Wysiłku nie tylko skierowanego na ogarnięcie skomplikowanej fabuły, choć pomysł w sumie atrakcyjny, ale też włożonego w zrozumienie języka, jakim operuje główna bohaterka. Ja rozumiem, że jako osoba bardzo dobrze wykształcona pani Pola może mieć poczucie pewnej wyższości nad resztą świata, jednakowoż pani Marta  nie powinna go mieć wobec czytelnika. Sama jestem bardzo dobrze wykształcona i mam raczej bogaty zasób słownictwa oraz ponadprzeciętną językową intuicję a jednak wielokrotnie musiałam posiłkować się słownikiem języka polskiego, by rozszyfrować znaczenie używanych przez redaktorkę magazynu kobiecego i samozwańczą śledczą słów, jak się okazywało archaicznych i bardzo rzadko używanych.
            Nie bardzo rozumiem ten autorski zamysł. Czyżby książka miała być skierowana do bardzo wąskiego, elitarnego wręcz, grona odbiorców? No, jeśli tak, to otrzymaliby oni produkt zdecydowanie zbyt niskiej jakości. Powieść, co prawda, rozgrywa się w elitarnych środowiskach, ale napisana została bez polotu. Nadmiar słów męczy jak afrykański upał. Główna bohaterka wściubia nos w nie swoje sprawy i absolutnie nie budzi mojej sympatii, a ponieważ cała powieść pisana jest w pierwszej osobie, to ani na moment nie można od niej odpocząć. Gdyby kobita miała chociaż poczucie humoru! Niestety, miewa jedynie migreny, nieuzasadnione niepokoje, przebłyski intuicji, talent do pakowania się w kłopoty, wieczne rozterki i ani chwili spokoju.
         Nie, zdecydowanie to nie jest dobra propozycja na wakacyjną lekturę. Jedyny plus to akcja toczącą się zimą.

John Lewis – Stempel

„Prywatne życie łąki” 


       Kiedy usłyszałam o istnieniu tej książki od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Gdy zobaczyłam ją na półce księgarni, złapałam w ręce nieomal instynktownie. Zachwyciłam się tym, jak pięknie została wydana. Twarda oprawa. Cudownie naturalnie pachnący szorstki papier. Zielone jak trawa brzegi kartek. Piękna wyklejka okładki i wspaniałe ilustracje. Szczegółowa mapa opisywanej dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, angielskiej łąki. A na końcu jeszcze lista łąkowych książek, lektur obowiązkowych autora od dzieciństwa zafascynowanego przyrodą.
         Nie przeczytałam tej książki  od razu po zakupie. Podarowałam ją swojemu Tacie. Tata kochał przyrodę. Potrafił godzinami spacerować wśród drzew albo siedzieć na balkonie i wsłuchiwać się w szum brzozowych liści, obserwować ptaki. Kiedy zdrowie nie pozwalało mu już nawet na najkrótsze spacery właściwie utracił sens życia. John Lewis-Stempel zabrał Tatę na długi spacer po  łące, pełny wzruszeń i przywołujący wspomnienia.
        Teraz ja przyglądam się prywatnemu życiu łąki i odnajduję ukojenie w naturalnym cyklu życia przyrody, w którym nic się nie marnuje. 
            Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. I to jest nieskończoność…







Katarzyna Nosowska
"A. Ja żem jej powiedziała..."

     Kupiłam ją sobie  na wrocławskim dworcu, wracając z pierwszych Targów Książki Artystycznej i Niezależnej „NISZA”. Kupiłam w ramach prezentu z okazji imienin, których zasadniczo nie obchodzę, jako dziołszka ze Śląska. Tak, przyznaję się, zakupu dokonałam w EMPIK-u, księgarni absolutnie nieniszowej, ale książka jest dla mnie najbardziej artystyczną i niszową jaką tylko mogłabym sobie wyobrazić.  I nie dlatego, że wydana przepięknie, a po wewnętrznej stronie okładki przedreptał niebieski ptak. I nie dlatego, że czcionkę ma w rozmiarze dostosowanym do długości moich ramion. I nie z powodu przecudownych, pełnych humoru  ilustracji. I nawet nie dlatego, że napisała ją Kaśka , do której, przy odrobinie wysiłku w odnalezienie odpowiednich osób być może miałabym jakieś  osiem stopni znajomości. Ale dlatego, że, jak się okazało po lekturze, o a czym byłam przekonana od pierwszej przeczytanej wielkiej litery, że ta książka została naprawdę napisana dla mnie. Trafiła do mnie w momencie idealnym i zgodnie z zapewnieniem na skrzydełku nie zawiodła mojego zaufania. Kaśka nie zabiła mnie miłością. Kaśka mnie swoją miłością uratowała. I będę jej za to wdzięczna tak długo, aż powidok mojego ciała nie zniknie sprzed oczu świata.





Kuba Sienkiewicz
"Kubatura czyli elektryczne wagary"

        Uważam, że tak jak ludzie, których spotykamy w naszym życiu przypadkowo, wcale przypadkiem się w nim nie pojawiają, tak i książki wpadają nam w ręce w najbardziej odpowiednich momentach. Może to przeznaczenie, boski plan, jungowska synchroniczność czy atomistyka, nie wnikam ale na wszelki wypadek wszystkim tym zjawiskom okazuję swoją wdzięczność, za podłożenie mi pod paluszki tego studium upadku znanego szarpidruta i uznanego doktora od drżeń wszelakich.
        Słucham pieśni Sienkiewicza od dawna z przyjemnością ogromną, nie mogąc się zdecydować, czy muzyka bardziej, czy tekst mnie pociąga. Ulubionego utworu nie podam, kocham wszystkie! Każdą kolejną płytę kupuję (to jedyny zespół, za którego płyty płacę i jedyny zespół którego płyty w ogóle mam) a potem odtwarzam do momentu zapamiętania tekstów, czyli bardzo, bardzo często i długo, bo ja pamięć słabą mam niestety.
         Uzależniona jestem od piosenek Elektrycznych Gitar tak, jak ich autor od substancji zmieniających nastrój i świadomość. Był. Już nie jest, jak w biografii swej, bo tym właściwie jest Kubatura, zeznaje. I nie ukrywam, że fakt ten troszkę mnie zaskoczył. Ciut, ciut zniesmaczył nawet, albowiem ja sobie taki idealistyczny obraz pieśniarza stworzyłam w swej naiwnej główce. Że bardzo dobrze wychowany i bardzo dobrze wykształcony pan doktor jest też bardzo stabilnym emocjonalnie i dojrzałym człowiekiem, mężem, ojcem dzieciom i tylko takie sobie odskoki od rutynowej rzeczywistości w te pioseneczki zgrabne urządza. Że to zabawa taka. Radocha dziecięca wręcz.
      Rzeczywistość okazuje się nie być idealna. Zabawa przestaje być zabawą i staje się komercją. Czarna dziura show biznesu wciąga i wciąga. Chory system opieki zdrowotnej dokłada z drugiej strony i następuje totalny kryzys.  
           A skoro kryzys, to w i naturalny sposób pojawia się książka. Czy literacko równie atrakcyjna, jak teksty piosenek? Według mnie raczej średnia, ale w tym przypadku nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.  Przeczytałam w ciągu jednego popołudnia. Wyłuskałam kilka złotych myśli. Odnalazłam parę podobieństw. Rozumiem o wiele lepiej. Pozbawiona iluzji, ciut mniej się zachwycam. 
           Muzyki słuchać nie przestanę. Cieszę się, że przedstawione tu „studium upadku człowieka ma szczęśliwy koniec”, albowiem istnieje spora szansa na to, że jeszcze nowych piosenek z przyjemnością ogromną posłucham.
           I tylko zrozumieć nie mogę, jak książka może kosztować cztery złote i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy? To się nie godzi!

PS. Lekturę polecam nie tylko fanom Elektrycznych Gitar i chorym na Parkinsona ;)





Tom Hanks
"Kolekcja nietypowych zdarzeń"



        Gdy ujrzałam na bibliotecznej półce nowości zbiór opowiadań mojego ulubionego aktora nie wahałam się ani chwili. Łapnęłam książkę pod pachę i prawie pobiegłam do domu, żeby od razu rozpocząć lekturę. Zrobiłam sobie herbatę, umościłam się na kanapie i oczywiście najpierw powąchałam książkę. Zapachniało debiutem. Patrząc na zdjęcia starych maszyn do pisania, prawie usłyszałam stukot klawiszy. Pogładziłam okładkę, starannie zafoliowaną przez panią bibliotekarkę i wyczułam pod palcami wytłoczone litery nazwiska autora: Tom Hanks.
        Lubię Hanksa bardzo. Jako aktora i jako człowieka również, szczególnie ze względu na wspólną sympatię do Fiata 126p. Jeśli w jakimś filmie gra Hanks, to ja ten film w ciemno mogę obejrzeć i wiem że będę zadowolona.
    Byłam bardzo ciekawa, czy to samo przydarzy mi się z opowiadaniami jego autorstwa.
         I już wiem, że nie.
         Nie wszystko, co napisze Tom Hanks będzie mi się podobało.
     Kolekcję nietypowych zdarzeń rozpoczyna opowiadanie pod tytułem Trzy tygodnie męki. Oj, męczyłam się czytając, męczyłam. Gdyby  autorem był ktokolwiek inny, porzuciłabym lekturę natychmiast.  Po prostu, nie moje klimaty, nie mój styl.
   Jednak czytałam dalej. Dziesięć opowiadań męki i moje narastające przekonanie, że to teksty, powstałe być może podczas  kursu kreatywnego pisania, na który Tom zapisał się by zrealizować swoje marzenie o byciu pisarzem.  Motyw maszyny do pisania, pojawiający się w każdym z nim tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzał. A gdy dotarłam do „Oto refleksje mojego serca” przekonanie zamieniło się w pewność. I było to pierwsze z kolekcji opowiadanie, przeczytane przeze mnie z przyjemnością i wzruszeniem. Napisane przez Toma w sposób, który uruchomił moją wyobraźnię, tak, że znalazłam się wraz z jego bohaterką w warsztacie naprawy starych maszyn i najchętniej wcale bym stamtąd nie wychodziła. No, chyba że z nowo zakupioną maszyną, wybraną specjalnie dla mnie przez bardzo sympatycznego starszego pana, który wie wszystko nie tylko o maszynach i pisaniu, ale przede wszystkim  o życiu.
       W tym momencie przerwę lekturę. 
       Przekartkowałam książkę do końca i wiem, że jeśli będę czytać dalej, magia tego jednego opowiadania zniknie. Teraz po prostu usiądę przy moim laptopie, nie mam niestety staromodnej maszyny, i zabiorę się za pisanie. Dlaczego? Bo, mimo tego, że nie jestem sławnym aktorem i moja książka nie stanie się bestsellerem tylko z powodu tego, że ludzie będą po prostu ciekawi co napisałam, mam ogromną ochotę pomęczyć świat moimi opowiadaniami.





        





Monika Szwaja

"Artystka wędrowna"


           Od czasu do czasu bywają takie dni, kiedy wszystkiego wydaje mi się zbyt wiele. Spraw do ogarnięcia, problemów do rozwiązania, ludzi do wysłuchania, długów do spłacenia, kilogramów do zrzucenia. O tekstach do napisania nie wspominając. A potem przychodzi, a jeśli nie przychodzi sam, to go sobie organizuję, dzień pod hasłem „bujajcie się wszyscy!”
      Wyjeżdżam wtedy na wieś. Pakuję się do hamaka zawieszonego między bardzo starym orzechem a jeszcze starszą sosną i w przyjemnym półcieniu, przy akompaniamencie ptasich treli, bujam, czytając tak zwaną literaturę kobiecą. 
             Nie bardzo lubię to określenie. Mam wrażenie, że powstało po to tylko, by zdyskredytować powieści obyczajowe pisane przez homo sapiens płci żeńskiej oraz grono ich czytelników, płci także wyłącznie żeńskiej. Określenie literatura kobieca gwarantuje, że żaden osobnik płci przeciwnej nosa pomiędzy kartki nie wściubi. I w przypadku „Artystki wędrownej” to bardzo dobrze! 
           Nie widzę absolutnie żadnego powodu, by jakikolwiek facet, wtrącał mi się w babskie ploty. Żeby mi jakiś wierny lub nie całkiem mąż, kochanek lub kandydat na takowego prywatne maile czytał. Żeby mi się podśmiewywał z sercowych rozterek lub powodem tychże był. O nie! I proszę mi nie przeszkadzać, bo ja teraz arii operowych w wykonaniu Adeli słucham! 
      A jak już przestanę bujać w obłokach i zejdę na ziemię, to oczekuję, że znajdzie się przy mnie, co najmniej taki Kapitan Wit, ewentualnie Model od Armaniego, a nie, pożal się boże, Raduś ;)






Marcin Wicha
"Rzeczy, których nie wyrzuciłem"



Książkę kupiłam, tuż przed tym, jak Wicha otrzymał paszport Polityki, wyłącznie z powodu tytułu. Kupiłam z zamiarem przeczytania dopiero, gdy nadejdzie czas. Wiecie, ten Czas.

Zazwyczaj dokonuje się remanentu masy spadkowej. Ja stanęłam po raz drugi przed wyzwaniem uporządkowania masy rzeczy już nieużywanych, matowych i martwych, ale jeszcze mających właściciela. A raczej właścicielkę.

Pierwszy raz była to trauma przeprowadzki z wielkiej przedwojennej willi do maciupeńkiego mieszkanka, którego pokoiki przypominają przedziały wagonu sypialnego a łazienka jest wielkości toalety z Pierdolino.

Rzeczy, które wówczas wyrzuciłam, prosto z okna strychu na zaniedbany ogrodowy trawnik, utworzyły przerażający stos. Do dzisiaj, chociaż minęło prawie siedem lat, ten widok wraca w sennych koszmarach. Ilość rzeczy, których wtedy nie wyrzuciłam, zapełniła mieszkanko po sufit. Nie, nie ten metaforyczny. Ten rzeczywisty. Odmalowany na śnieżnobiało, dla wrażenia, że jest chociaż ciut ciut wyżej.

Dwa tygodnie temu rzeczy, których nie wyrzuciłam, po raz drugi stawiły silny opór. Miały niestety potężnego sojusznika i dały się jedynie przesunąć z pozycji frontalnej na tyły. Zagonić do piwnicznego schronu.Jestem pewna, że gdy nadejdzie ich czas ostateczny, zaatakują mnie ze zdwojoną siłą. Ale ja przeszłam już trening żołnierza jednostki specjalnej. Już wiem, jakich sztuczek będą używały, co będą szeptać do ucha i jakimi inwektywami będą mnie obrzucać.

 „Marząc o rzeczach, cofamy się do dzieciństwa. Niedostępne przedmioty pozwalają skoncentrować smutek w jednym kształcie. Opisać to, czego nam brakuje”.

Na tej przedostatniej wojnie z moją matką doznałam głębokiego wglądu w moje życie. Nic już nie jest takie, jakim dotychczas mi się wydawało.Gdy nadejdzie Czas bezwzględnie wyrzucę wszystko! Wyrzucę ten dojmujący smutek i niemożliwy do uzupełnienia brak, który przytłaczał całe moje dzieciństwo, młodość i sporą część dojrzałości.

Moja matka nie śmieje się w odpowiednich momentach.
Moja matka wciąż szuka smaku kluseczek półfrancuskich.







Maja Wolny
"Księgobójca"

      Tym razem zaintrygowała mnie okładka. Sama ilustracja, bo nawet nie doczytywałam informacji umieszczonych z tyłu. Dopiero w domu zauważyłam, że wzięłam do ręki thriller, w którym nie dość, że dokonuje się morderstwo w Amsterdamie, to jeszcze giną książki i znikają ślady. 
        Matko jedyna, przecież ja nie lubię takich klimatów!
No, ale jeśli mam to wszystko obserwować zza szyby księgarni, i sprawa krąży wokół książek, które od zawsze dają mi poczucie bezpieczeństwa, to może jednak zaryzykuję, pomyślałam, i zaczęłam czytać: Śmierć postarza każdego człowieka, nawet takiego, który całe życie próbował wyglądać młodo.
      I już wiedziałam, że nie porzucę lektury, zanim nie dotrę do zdania ostatniego: Leciutkie utykanie niewysokich obcasów słyszę tylko ja.
    Pomiędzy tymi dwoma zdaniami nie odnalazłam zapowiadanej mrocznej sensacji. Nie, no jest trup, na samym początku, oczywiście, że jest. I jest śledztwo bardzo sprawnie prowadzone przez kobietę z wyjątkową intuicją. I zagadka jest, i tajemnica. I wszystko, co w thrillerze być powinno jest.
     Tyle tylko, że oprócz tego wszystkiego, a raczej przede wszystkim, jest to opowieść o miłości.
       Miłości w każdym rozumieniu. Tej instynktownej i bezwarunkowej. Tej romantycznej i ponad życie. Tej pełnej namiętności i egoistycznej. Tej do kobiety i tej do ojczyzny. I do życia samego też.
         I do książek rzecz jasna również.
     A najstraszniejszą, najkoszmarniejszą, najokropniejszą z okropnych scen, opisaną niestety tak genialnie, że nie mogłam jej pominąć, a przy której moja wrażliwość wystawiona została na najcięższą z prób, wcale nie była scena morderstwa, ale… 
          Nie, nie zrobię Wam tego! Przeczytajcie sami.




***


Kazuo Ishiguro
"Malarz świata ułudy"

       I cóż, że noblista? Po kolejną książkę Kazuo Ishiguro już raczej nie sięgnę. Nie zachwyciły mnie krótkie opowiadania. Nie zachwyciła też powieść. Być może powinnam zastosować zasadę, nakazującą przynajmniej trzy razy spróbować zanim się ostatecznie z czegoś zrezygnuje, jednak na tę trzecią próbę nie mam ochoty.
       Nie twierdzę, że sam temat nieciekawy, wręcz przeciwnie, ale musiałabym znacznie więcej wiedzieć o historii Japonii, żeby zrozumieć.
       Nie odmawiam też autorowi niewątpliwego talentu w snuciu opowieści, wielowątkowej, wielopłaszczyznowej, płynącej powoli, w rytmie jakże różnym od mojego.
        Może właśnie ta odmienność sprawia, że nie mogę się z Kazuo zaprzyjaźnić. Czuję dystans, który wcale się nie zmniejsza wraz z przeczytanymi stronami. Nie wiem, jak poruszać się po japońskim domu, żeby nie urazić właściciela. Nie wiem, ani jak rozpocząć rozmowę, ani też jak ją zakończyć, w sposób odpowiedni. 
        Drepczę grzecznie małymi kroczkami za głównym bohaterem, próbując zachować się zgodnie z zasadami i jestem tym bardzo zmęczona.
        Na szczęście bohater ów ma niesfornego wnuczka, który reaguje, jak każde normalne dziecko. Jest spontaniczny, za nic ma zasady, odważnie wypowiada swoje zdanie i szczerze okazuje uczucia.
        Relacje dziadka z wnukiem, mistrzowsko opisywane przez Ishiguro, były jedynym powodem, dla którego nie porzuciłam lektury.  


 ***


Tove Jansson
"Wiadomość"



           Nazwisko Tove Jansson na okładce wywołuje u mnie odruch bezwarunkowy.  Ślinię się jak pies Pawłowa i chwytam książkę w łapki natychmiast. Potem biegnę w jakieś spokojne miejsce i próbuję łapczywie połknąć całość od razu, mimo że doskonale wiem, że tak nie można.
         Opowiadania Jansson, niezależnie czy to moje ukochane w dzieciństwie Muminki, czy właśnie Wiadomość, należy czytać spokojnie,  delektując się każdym osobno.
        W „Listach do Konikovej” Tove pisze o swoich obrazach: Czasami wydaje mi się, że wszystko, co do tej pory zrobiłam, jest, beznadziejne, po prostu złe i kompletnie obce. Muszę uciekać się do większych, spokojniejszych powierzchni z mniejszą liczbą kresek.
         Taką zasadę przyjęła również w opowiadaniach. Są genialne. Surowe i piękne jak skandynawska przyroda. I tak, jak w Muminkach zawiera się cały świat, tak i w „Wiadomości” mieści się całe życie.




***


Claire North 
"Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta"



     Czasem dokonuję wyborów złych. Bywa, że robię to nieświadomie, chociaż to zdarza mi się  coraz rzadziej.  Tym razem wybrałam z pełną  świadomością. Kiczowata okładka. Kto to widział, żeby pisać brokatową czcionką?!  Świąteczne życzenia tak, ale tytuł książki… Wydawnictwo też nie moje ulubione. Do tego informacja na okładce, że autorka wielu znakomicie przyjętych powieści debiutowała w wieku lat czternastu. Czternastu! Ja dobijam do pięćdziesiątki a debiut wciąż przede mną i to bez gwarancji sukcesu.
           Przytargałam książkę z biblioteki do domu i odłożyłam na stosik, bo pisany błyszczącymi literkami tytuł jednak mnie intrygował. Piętnaście żywotów. Sporo. Ja ledwo z jednym sobie radzę. Przeleżał się Harry i jego żywoty ze dwa miesiące chyba. Dzisiaj dałam mu ostatnią szansę. Wstałam dość wcześnie, zrobiłam sobie inkę z mlekiem sojowym i zabrałam się za lekturę. W sumie rzecz napisana sprawnie. Pomysł też niezły. Okazało się że Harry należy do bardzo elitarnego klubu ludzi, którzy rodzą się i umierają właściwie nieskończoną ilość razy, zachowując pamięć wszystkich przeżytych wydarzeń i mając w wieku lat dwóch tak naprawdę lat setki.
           Generalnie „Dzień świstaka” w wersji ekstra long. Pomysł zrealizowany dość ciekawie, ale jak dla mnie ze zbyt małą dawką humoru. Przyznaję. Opuściłam kilka obszernych fragmentów. Konieczność rodzenia się nieskończoną ilość razy w tym samym miejscu i umierania na tę samą chorobę wydaje mi się być marnowaniem żywotów, a możliwość własnoręcznego uratowania świata przed zagładą zbyt mało atrakcyjna. Bo i po cóż? By po raz czterdziesty szósty przeżywać to samo?
            Jedno zdanie sobie z tej książki jednak biorę, nauczę się go na pamięć i będę używać w ewentualnych  dyskusjach na kontrowersyjne tematy: Skoro ma pan tak kategoryczne poglądy, prawie nie widzę sensu przedstawiania swoich własnych.
             A tej smarkuli zazdroszczę talentu! 




***


Monika Szwaja 

"Słońce świeci wszystkim"


        Dupersznyty to ostatnio moje ulubione słowo. Pojęcia nie mam, co ono znaczy, to znaczy nie miałam pojęcia do niedawna, bo teraz już jako takie mam, ale kiedy zobaczyłam je na grzbiecie okładki książki to oczywiście musiałam tę książkę zgarnąć z bibliotecznej półki i zatargać z radością do domu.
    „Dupersznyty czyli zapiski stanu Szwajowego” przeczytałam jednym tchem z poczuciem, że one tam na tej półeczce stały nieprzypadkowo i czekały właśnie na mnie.
     Znacie ten stan, kiedy to macie jakąś bliżej nieokreśloną wizję swojego życia, majaczące niewyraźnie marzenie, którego ze strachu przed sukcesem nie potraficie przeformułować w cel, a potem nagle wszystkie kawałeczki układanki wskakują w odpowiednie miejsca, słyszcie ten charakterystyczny „klik” w głowie i już wiecie wszystko? No, to wiecie o czym mówię!
        I wiecie co? „Słońce świeci wszystkim”.
        Szczęśliwego nowego roku!

PS. 
Opowiadania Moniki podobały mi się o wiele bardziej niż "Nokturny" Kazuo Ishiguro  






***


Noah Hawley 

"Przed katastrofą"


           Za każdym razem, gdy idę do biblioteki, mam ten sam dylemat: złapać nowość, o której właśnie w tej chwili mówią wszyscy, czy sięgnąć po coś, co już dość dawno zostało wydane, przeczytane i być może zapomniane przez większość czytelników? Stoję przed regałem pełnym książek. Biorę do ręki jedną po drugiej, próbuję dopasować do dłoni. Wertuję kartki. Sprawdzam czcionkę. Zwykle jest zbyt mała, bym mogła ją przeczytać bez okularów. Powinnam oczywiście nosić w torebce okulary do czytania i noszę, ale w torbie służbowej, a do biblioteki najczęściej wybieram się prywatnie. Z wysiłkiem próbuję odczytywać fragmenty recenzji na tylnej okładce i kilka wyrwanych z kontekstu zdań. Najczęściej mogę wziąć ze sobą do domu tylko jedną książkę. Wybieram rozważnie. Nie chcę przeżywać rozczarowania tuż po tym, jak umoszczę się na kanapie i nagle okaże się, że akurat ta książka nie została napisana dla mnie. 

         Przeglądam, odkładam, marudzę jak ta baba na targu, co to już dziesiątego pomidora maca i żaden nie jest odpowiednio dojrzały, aż wreszcie znajduję książkę wystarczająco dobrą, by adoptować ją na najbliższy tydzień lub dwa. Potem kładę ją na stole w salonie i czekam na odpowiedni moment, by rozpocząć lekturę. O tej porze roku to najczęściej niedzielne przedpołudnie.

          Każdy ma swoją ścieżkę, Każdy dokonał pewnych wyborów. To, w jaki sposób dwoje ludzi znajduje się w tym samym miejscu, w tym samym czasie, pozostaje tajemnicą. Z książkami  jest tak samo. Albo to będzie płomienny romans, albo katastrofa. Tym razem miałam szczęście. Nazwisko autora, w chwili dokonywanego wyboru, nie było mi znane. Szybko okazało się jednak, że znam człowieka i to dość dobrze, albowiem jest on też scenarzystą i producentem mojego ulubionego serialu „Kości”. Właściwie to jedynego serialu, który jeszcze z przyjemnością oglądam, mimo już chyba jedenastej serii. A skoro tak, to mogę liczyć na naprawdę dobrą lekturę. I „Przed katastrofą” faktycznie jest bardzo dobrze napisaną powieścią.

         Szybko zrezygnowałam z zaznaczania zdań – perełek, które chciałbym ukraść i wykorzystać, bo małe zielone karteczki pokrywały prawie całe strony. Wiele z nich odczytywałam kilkakrotnie, podziwiając talent pisarza i próbując nauczyć się ich na pamięć. Warsztatowe mistrzostwo! 

          Fabuła, rozpoczynająca się od katastrofy lotniczej sensacyjna i wciągająca. Fascynujące, skomplikowane śledztwo. Zaskakujące rozwiązanie. Ale nie sama akcja jest dla mnie największą wartością tej lektury. Nie obraz współczesnego świata i roli mediów w jego tworzeniu. Noah Hawley pokazuje coś więcej. To kliniczne studium przypadku, szczegółowy i bardzo prawdziwy psychologicznie opis radzenia sobie ze stresem pourazowym. Tym ostrym i tym przewlekłym. Towarzyszymy bohaterowi w jego doświadczaniu traumy i trudnym powrocie do rzeczywistości.

           Ale to nie wszystko. Tragiczne zdarzenie katastrofy lotniczej staje się pretekstem do filozoficznej refleksji o naturze ludzkiej, przeznaczeniu, różnicy pomiędzy postrzeganiem a prawdą oraz o terapeutycznym znaczeniu sztuki. Główny bohater jest nieznanym szerszej publiczności artystą malarzem. Temat jego prac to… katastrofy komunikacyjne. Swoisty wernisaż artysty odbywa się w bardzo nietypowych okolicznościach. Opisy, prawdopodobnie nieistniejących dzieł sztuki, dokonane przez autora powieści są tak plastyczne, że wciąż mam przed oczami te dramatyczne, wielkoformatowe dzieła.

  Nie wiem czy kiedykolwiek czytałam powieść tak wielowarstwową jak „Przed katastrofą”?

     
  

 ***


Laars Saabye Christensen 

„Odpływ”


           Jeśli rzecz dzieje się w Norweskiej zatoce to ja chcę to przeczytać. Tak sobie pomyślałam biorąc książkę Christensena z bibliotecznej półki. A jeśli akcja toczy się w roku 1969, to tym bardziej chcę to przeczytać. Utwierdzałam się w wyborze, upychając dość gruby tom do torebki. Damskie torebki mieszczą wszystko! Kiedy, już w domu, na kanapie, pod ciepłym kocykiem i z herbatką, przeczytałam pierwsze zdanie pierwszego prologu Ojciec często powtarzał: ”Musisz umieć zbudować dom, zanim będziesz mógł go zaprojektować” wiedziałam, że dokonałam najlepszego z możliwych dla tej chwili wyborów. Szybko też dotarło do mnie, że to będzie jedna z tych książek, w której wcale nie opowiadana historia będzie dla mnie najważniejsza. Większej jej części zresztą wcale nie przeczytałam, bo jak się okazało, miejscem akcji nie była jedynie urocza norweska zatoka, ale przede wszystkim koszmarne amerykańskie miasteczko. 
        Po kilkudziesięciu stronach odpuściłam sobie opowiadanie o pośredniku Franku Farrellim, mimo, że świetnie napisane. Właściwie powinnam do niego wrócić, bo bez niego cała rzecz nie ma sensu, jak się okazało pod koniec, ale tego nie zrobię. Nie tym razem. Kiedyś. Może… Ja poczułam braterstwo dusz z Funderem – dziwakiem i nadwrażliwcem. Tym kilkunastoletnim, który zamierzał zostać pisarzem i tym już mocno przejrzałym, samotnym, sfrustrowanym, który wciąż ma nadzieję na jakąś lepszą wersję siebie. Siebie, z którym byłby w stanie wytrzymać.  Zaczęło się od zdania: Ale kiedy pisałem, trafiałem na swoje miejsce. Moim warsztatem był język. Naprawiałem się w języku. A potem było już tylko bardziej. I gdy okazało się, że Fundera też zawsze boli głowa od tego białego światła, przy którym niebo nabiera koloru brudnej porcelany, to lektura „Odpływu” stała się poszukiwaniem słów i zdań, które Christensen najnormalniej w świecie mi ukradł i oddał Funderowi. 
       Po kilku dniach cała książka oblepiona była małymi żółtymi karteczkami. I chociaż już dawno skończyłam ją czytać, tzn. oblepiać, jakoś nie mogę się z nią rozstać.  Zbliża się termin zwrotu. Na biurku czekają „Nokturny” Kazuo Ishiguro.  A ja wertuję i zabieram, co moje, bo: Gdzieś w całym tym nieprawdopodobnym i zawiłym języku istniała moja powieść, należało tylko odnaleźć słowa i ustawić je we właściwej kolejności.



***


„Wszystko, co lśni” 

Eleanor Catton


        Kilka lat temu redaktor Michał Nogaś w audycji „Trójkowy znak jakości” tak pięknie opowiadał o tej książce, że gdyby nie to, ze właśnie jechałam do pracy i byłam już prawie spóźniona, zakręciłabym do pierwszej księgarni i od razu ją kupiła. Kiedy więc dostrzegłam na półce w mojej ulubionej bibliotece „Wszystko, co lśni” Eleanor Catton, najmłodszej laureatki prestiżowej nagrody Man Booker z 2013 roku, to natychmiast złapałam ją w dłonie, chociaż łatwo nie było, bo ja mam takie raczej małe rączki a książka jest strasznie gruba, gdyż ma aż 930 stron.

        Tyle kartek! Raj dla czytelnika. Przeszczęśliwa, że oto taszczę do domu tak wspaniałą pozycję prawie natychmiast oddałam się lekturze, która zgodnie z zapewnieniem na skrzydełkach okładki, miała się czytać zaskakująco lekko. Lekko być może będzie się ona czytać, gdy tylko uda mi się zająć jakąś pozycję, w której będę w stanie w ogóle utrzymać w dłoniach to opasłe tomiszcze, bo w mojej ulubionej czytelniczej pozie okazało się to awykonalne. Wyczytałam wszystko, co mogłam wyczytać z obwoluty, łącznie z ostrzeżeniem, że trafiłam na taki rodzaj powieści, którą pochłonę natychmiast, po czym przekonam się, że podobna książka nie istnieje, rozebrałam tomisko do naga. Teraz mogłam już zrobić sobie przyjemność i po uprzednim zaopatrzeniu się w herbatkę i herbatniki, rozpocząć lekturę, oczywiście po wcześniejszym zapoznaniu się ze szczegółową mapą okolicy, w której wszystkie sensacyjne rzeczy dziać się będą.

         Już, już miałam przejść do części pierwszej, tajemniczo zatytułowanej „Kula w kuli” i zapoznać się z rozdziałem, „w którym do Hokitika przybywa nieznajomy, zostaje przerwana pewna tajna narada, Walter Moody ukrywa swoje najświeższe wspomnienie, a Tomas Balfour zaczyna snuć opowieść” zanim jednak to uczyniłam z uwagą przestudiowałam spis postaci gwiezdnych, domów odpowiadających poszczególnym postaciom, postaci planetarne oraz ich oddziaływanie, z czego jasno wynikało, że po głównym bohaterze mam się spodziewać, iż kierować się od będzie głównie rozumem, natomiast Auberta Gascoigne najpewniej spotkam w budynku sądu grodzkiego a Crosbie Wells zaś, jako wcześniej zmarły raczej już wiele nie zdziała. Przygotowana więc, najlepiej jak tylko można podjęłam lekturę zasadniczą i gdzieś tak około strony 20 zorientowałam się, że kompletnie nie wiem, co czytam, poza tym, że to „Wszystko, co lśni”. Może miałam zły dzień, z tych kiedy to czyta się czwarty raz to samo zdanie i nie można go doczytać do końca, a przyczyną nie jest wcale zawiłość tekstu, lecz niekorzystne warunki biometeorologiczne tudzież zbyt niski poziom kofeiny we krwi.  Ze smutkiem odłożyłam księgę i zajęłam się czymś niewymagającym zbyt dużej sprawności intelektualnej, by powrócić do lektury innego, lepszego dnia.

          W międzyczasie odszukałam archiwalną audycję Michała Nogasia, wysłuchałam jej raz jeszcze i po konstatacji, że „Takie książki zdarzają się niezwykle rzadko! Wszelkie laury i pochwały, jakie spływają na pisarkę, są w pełni zasłużone, a porównania choćby do "Imienia róży" wcale nie przesadzone. - To wielowątkowa, wielopoziomowa książka o wielu postaciach, będąca prawdziwą przygodą intelektualną” poczułam, że nie powinnam rezygnować, Umberto Eco jest wszak jednym z mych ulubionych pisarzy, a jego „Imię Róży” być może nie najulubieńszą, ale jednak bardzo cenioną przeze mnie powieścią, więc może i Eleanor Catton znajdzie się na mojej prywatnej liście literackich geniuszy. 

          Zaparzyłam herbatkę, przygotowałam herbatniki, zajęłam wypróbowana już wcześniej pozycję i rozpoczęłam drugie czytanie, zaczynając od początku, darując sobie jednak sprawdzanie czy prawidłowo zapamiętałam wszystkie imiona i nazwiska bohaterów z listy. Tym razem dotarłam do strony 23. Dalej ani rusz. Znów pojawiło się to samo, bardzo nieprzyjemne odczucie totalnego niezrozumienia czytanego tekstu. Zaczęłam podejrzewać siebie o poważne uszkodzenie centralnego układu nerwowego a w szczególności struktur odpowiedzialnych za mowę i już prosiłam męża, by poszukał jakiegoś dobrego prywatnego gabinetu neurologicznego, bo ja ewidentnie potrzebuję konsultacji na cito. Lekturę rzecz jasna przerwałam, bo w stanie przerażenia graniczącego z paniką przeczytać nie mogłam nie tylko arcydzieła Eleanor, ale nawet gazetki reklamowej z Tesco.

           Byłabym trwała w przekonaniu, że dopadła mnie poważna choroba, gdyby nie pewien webinar dotyczący siedmiu błędów najczęściej popełnianych przez początkujących pisarzy, a z tego, czego zdążyłam się dowiedzieć o Eleanor to raczej młodą i taką bardziej początkującą pisarką była pisząc „Wszystko, co lśni” i wśród wymienianych mankamentów pojawiła się klątwa zbyt długich zdań.
        I nagle wszystko zalśniło! To jest to - długie zdania. Baaaaardzo długie zdania. Zdania tak długie, że próbując je przeczytać dostaję zadyszki i zapominam, co było na początku. Chciałam mieć pewność i wzięłam tę cegłę do ręki po raz trzeci. Tym razem nie zaczynałam od początku. Nie dałabym rady. Podjęłam lekturę od strony 24 i od razu roztrzaskałam się na najdłuższym z możliwych zdań, jak statek próbujący wejść do portu w Hokitika podczas sztormu natykający się na wraki zaśmiecające mieliznę. Pomyślicie pewnie, że przesadzam. No to przeczytajcie:

   „ Frontowy salon hotelu Korona został zamknięty na wieczór do prywatnego użytku, a pod markizą na ulicy stał chłopak, obserwujący przechodniów na wypadek, gdyby któremuś z nich przyszła ochota napić się tutaj, co było jednak mało prawdopodobne, albowiem palarnia w tym przybytku nie cieszyła się zbyt wielkim wzięciem z uwagi na klientelę oraz brak uroku i,  prawdę mówiąc, często bywała pusta, nawet w weekendy, kiedy poszukiwacze złota wracali całymi gromadami z gór, by płacić złotym piaskiem za alkohol w miejscowych knajpach.”

        Jestem krótkodystansowcem. Podziwiam maratończyków. Nigdy jednak udziału w żadnym maratonie nie wezmę. I nigdy nie przeczytam kolejnych 906 stron tej wyjątkowej powieści. Poprzestanę na zapoznaniu się z informacjami umieszczonymi na początkach rozdziałów, krótko i konkretnie informującymi, czego możemy się spodziewać po pełnej ich treści i pozostanę z ogromnym szacunkiem dla kogoś, kto nie tylko taką historię wymyślił, ale także spisał i najwyraźniej niczego po drodze nie poplątał, skoro został uznany za najjaśniejszą z gwiazd wśród współczesnych pisarzy i największe objawienie literackie ostatnich lat, nie tylko w Nowej Zelandii, ale i na świecie. 






***

"Miasto śniących książek"  

Walter Moers


        Obawiałam się tej chwili od dnia, gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki powieść Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, fantastycznie przetłumaczoną z camońskiego i własnoręcznie zilustrowaną przez Waltera Moersa. Niestety nie znam niemieckiego w stopniu wystarczającym do przeczytania czegokolwiek, więc skorzystałam z cudownego przekładu, którego dokonała Katarzyna Bena i pod której adresem nie śmiem skierować żadnych skarg ni zażaleń, a jedynie słowa pochwały i bezgranicznego podziwu.
        Kilkanaście dni temu odważyłam się rozpocząć tę przygodę, mimo wyraźnego ostrzeżenia umieszczonego w pierwszym akapicie i faktycznie było to śmiałe przedsięwzięcie wynikające z pobudek odkrywczych bądź lekkomyślności, z aspektami zagrożenia życia, nieprzewidywalnymi niebezpieczeństwami i czasami tragicznym końcem, które dzisiaj właśnie, ze łzami w oczach, zakończyłam.
    Okazałam się więc beksą, ale nie tchórzem ani mięczakiem! Dzielnie towarzyszyłam Rzeźbiarzowi Mitów w jego wędrówce z Miasta Smoków do Księgogrodu, mimo że kilkakrotnie byłam bliska przekonania, iż jestem szafą pełną brudnych okularów. Wróciłam z tej podróży nie tylko całkowicie odmieniona poprzez głębokie doświadczenie terapeutyczne, ale również bogatsza o bezcenną wiedzę absolutnie niezbędną dla każdego pisarza. Teraz życzę sobie długiego i śmiertelnie nudnego życia, podczas którego będę mogła spokojnie oddać się pisaniu własnych opowieści, albowiem pisarze są po to, by pisać, a nie, żeby coś przeżywać. Jeśli chcesz coś przeżywać powinieneś zostać piratem albo łowcą książek. Jeśli chcesz pisać, to powinieneś pisać. Albo potrafisz czerpać to ze swojego wnętrza, albo znikąd.
      Już wiem, jak powinna zaczynać się każda dobra opowieść. Wiem też, jakie emocje powinna budzić w czytelniku.  Pozostaje oczywiście kwestia tego, czy Orm zechce kopnąć mnie w zad, spaść na mnie jak błyskawica albo skręcić mój żołądek i jak jasno będzie we mnie płonął. Bo, według zapewnień Homunkolosa Orm może wiele, ale bez Orma wiele się w pisarskim świecie nie zdziała. Może wyrwać mózg z twojej głowy i wsadzić ci go z powrotem na odwrót! Może siedzieć ci w środku nocy na piersiach, zapewniając najgorszy koszmar, który stanie się twoją najlepszą powieścią.  
       Drodzy początkujący pisarze, wybierzcie się koniecznie w podroż do Księgogrodu, zejdźcie do najgłębszego podziemia, pokonajcie najstraszniejszego wroga a potem usiądźcie i napiszcie wreszcie swoją pierwszą powieść, na którą z utęsknieniem czeka już jakiś młody buchling. I pamiętajcie: nie ma moralnych lub niemoralnych książek, są książki napisane dobrze lub źle. To wszystko. A ta została napisana za dobrze!




***




"Raj na kredyt" 

Krystyna Bezubik


        Przyleciała do mnie w prezencie imieninowym. Tak, przyleciała, na maleńkich białych skrzydełkach, które teraz dumnie trzepoczą na długopisie i nie pozwalają zapominać o marzeniach. Starannie zapakowana. Z osobistą dedykacją. Z autografem autorki. Z listem do mnie, Czytelniczki, i specjalnym zaproszeniem do świata, w którym „symbole i konteksty literackie są czymś tak naturalnym i oczywistym, że wręcz przestają mieć znaczenie”. I choć podobno nie należy oceniać książki po okładce to ja właśnie teraz to robię. Szata graficzna zdobi książkę. Jest skromna i piękna. Z przyjemnością biorę ją do ręki. Gładzę okładkę. Wącham kartki, których nikt jeszcze nie dotykał. Patrzę na krój czcionki, na jej rozmiar dopasowany w sam raz do moich oczu. Dostrzegam puste przestrzenie i w pierwszej chwili czuję niepokój, bo jakże to tak? Przecież to tylko dziewięćdziesiąt stron a część z nich nieskazitelnie biała?! Tego się czytelnikowi nie robi! Odkładam moment, w którym zacznę się wspinać na kolejne stopnie i biorę do ręki zakładkę. Zwykle ich nie używam. Zapamiętuję numer strony, na której przerwałam lekturę. W przypadku tak cieniutkiej książeczki na pewno mi się nie przyda. Zaczynam czytać tekst umieszczony na kartoniku: nie pisz, gdy słowa mylą litery, a myśli zbyt gwałtownie poszukują siebie. Nie czytaj… Po kilkunastu minutach orientuję się, że pierwsza pusta przestrzeń została wypełniona, a ja mogę już czytać. I czytam. Z przyjemnością. Ze wzruszeniem. Na jednym oddechu. Prawie. Bo na szczęście są te puste kartki. Tak, to właśnie powinno się robić czytelnikowi! Po dwóch godzinach książka wydaje się być przeczytana. Ostanie zdanie. Kropka. Koniec. Koniec? Zwykle tak. Tym razem nie. Nie, bo wciąż dźwięczy mi w głowie zdanie: Rzeczywistości bez stopni zawsze czegoś brakuje. I zdanie je poprzedzające. To może nawet głośniej, wyraźniej, boleśniej. I co teraz? Zostać? Nieśmiało postawić stopę na pierwszym stopniu i zobaczyć, co będzie się działo? A może wbiec szybko i nie oglądać się w dół?
           Biała przestrzeń. Czysta kartka. Nie pisz, gdy czytasz…

       To ja się może spokojnie zastanowię… a Wam serdecznie polecam lekturę „Raju na Kredyt” Krystyny Bezubik.






***


 „Botanika Duszy”  
Elizabeth Gilbert

          Lato. Dziewiąta rano. Na dworze już bardzo ciepło. Nadchodzą afrykańskie upały. Jak żyć?  Bez książki nie przetrwam. Ruszam do biblioteki. Łapiąc głęboki oddech na zapas, wkraczam do rozgrzanego, dusznego, pachnącego kurzem i starym papierem pomieszczenia. Pusto. Oddaję przeczytane książki i wchodzę między półki w poszukiwaniu tej, która wytrwa ze mną wiernie najbliższe siedem dni. Tym razem nie kieruję się ani słynnym nazwiskiem autora, ani poczytnym tytułem. Nawet tematyka mi obojętna. Kryterium jest tylko jedno i brzmi dosyć bluźnierczo: dziś dobra książka to gruba książka!
        Przesuwam dłonią po grzbietach. Jest. Pięćset siedemdziesiąt trzy strony. Cieniutkie kartki. Drobna czcionka. Żadnych ilustracji. Żadnych pustych przestrzeni. Elizabeth Gilbert „Botanika Duszy”. Autorkę znam. Lubię. Zerkam na tylną okładkę, na której znajduje się zapowiedź niezapomnianej podróży w towarzystwie kobiety o nieposkromionej ciekawości świata, błyskotliwym intelekcie i silnej potrzebie niezależności oraz obietnica rozwiązania przyrodniczych zagadek i tajemnic ludzkiej duszy. Czyż mogłam trafić lepiej?
         Zadowolona wracam do domu i natychmiast rozpoczynam lekturę, przenosząc się w czasie do roku 1760, gdy czas płynął zupełnie innym tempem. Na spotkanie z Almą Whittaker muszę poczekać 40 lat, to znaczy pięćdziesiąt dziewięć stron. W międzyczasie poznaję fascynującą historię Henrego i Beatrix, rodziców Almy, którzy stworzyli związek oparty na uczciwej wymianie i otwartych stosunkach, w których zyski jutra są wynikiem dzisiejszych obietnic i w którym współpraca obu stron w równym stopniu przyczynia się do dobrobytu. O i to jakiego dobrobytu!
      Alma przychodzi na świat w domu największym i najbogatszym z możliwych i od samego początku, chcąc naprawdę zrozumieć świat, zaczyna tropić informacje, zadawać pytania, poszukiwać odpowiedzi. I niestrudzenie nie przestaje tego robić, aż do ostatniego swojego dnia, dziwiąc się czasem, jak to możliwe, że coś wygląda tak inaczej od tego, jak się to odczuwa.
        Bliska stała mi się Alma Whittaker wykrzykująca: Och, na miłość boską dwa razy pieprzonej Chrysta maci!  doznając ogromnego miłosnego rozczarowania wynikającego z nieporozumienia. Bliska stała mi się Alma Whittaker samotnie żyjąca na granicy czasu mchów i czasu ludzkiego. Bliska stała mi się Alma Whittaker obawiająca się ruszyć i zawładnąć światem, zbudzić całe stado szczekających kontrowersji z jednego tylko powodu, z przekonania o własnej niedoskonałości. Alma, która nigdy nie czuła potrzeby wynajdywania innego świata niż ten tutaj, wielki i piękny.






***


  „Na południe od granicy, na zachód odsłońca” 

Haruki Murakami

        Zgarnięta w ostatniej chwili z półeczki bibliotecznych nowości książka miała być dla mnie czymś w rodzaju koła zapasowego. Gdyby upał trwał dłużej niż do poniedziałku. Całe szczęście żar tropików na chwilkę odpuścił, bo te koło to się takie raczej bez powietrza okazało. Zawiodłam się bardzo. I nie wiem, czy zrzucić winę za moje rozczarowanie na samego autora, tłumaczkę, różnice kulturowe czy też uznać, że ja się po prostu na światowej literaturze nie wyznaję. Przyjęcie za fakt tej ostatniej opcji przychodzi mi z największym trudem i gdyby miała być prawdziwa to już lepiej, żeby ją jakiś łysy sęp pożarł.  Z tylu okładki napisano, że pan Murakami najwybitniejszym i najznańszym pisarzem japońskim jest, więc… Pani Aldono Możdżyńska, tego się czytelnikowi nie robi! Nie wiem w jakim języki powstał rękopis. Tłumaczenie jest natomiast z języka angielskiego. I jest niedobre. Jest słabe. Jest… szkoda czytać. Miał…był… była… miała… Miał być raj a wyszła szara rzeczywistość. Szkoda, bo pod tym topornym tłumaczeniem kryje się chyba piękna opowieść. O młodzieńczej miłości. O dojrzewaniu do miłości. O miłości na zawsze utraconej. Nie będzie mi dane sprawdzić czy na pewno. Niestety nie znam języków. Ani japońskiego ani angielskiego nawet. Pozostaje mi poszukanie tej opowieści w innym tłumaczeniu. Tylko czy warto? Wszak na południe od granicy jest tylko Meksyk. Może coś ciekawszego znajdzie się na zachód od słońca? Sprawdźcie sami. A jak się Wam nie spodoba, to nakarmcie tą literaturą jakiegoś łysego sępa. Tylko uważajcie, żeby wam ten sęp przy okazji nie pożarł jutrzejszego dnia.





***


„Nigdziebądź” 

Nail Gaiman


        Nadciągająca kolejna fala afrykańskich upałów wymusiła konieczność natychmiastowej wymiany książek już przeczytanych na jeszcze nie czytane. Szczęśliwie, pomiędzy jeden a drugi podmuch wiatru z nad Sahary, zaplatała się jakaś zdezorientowana chłodna bryza. Wykorzystałam ją na wizytę w bibliotece, przy okazji uzupełniając też domowe zapasy żywności tak, by wystarczyły przynajmniej na tydzień. I o ile zakupy zawsze z listą, by nie zapomnieć i nie przesadzić, to już w bibliotece pełna swoboda. Początkowo przyciągnęła mnie półka z kryminałami. Dziwne, bo ja raczej za kryminałami nie przepadam, chociaż to się może zmienić w każdym momencie. Nie był to jednak ten moment. To był moment raczej na coś szalonego jak słupki rtęci w termometrach i powalającego jak trąba powietrzna. Coś absurdalnego jak gradowe kule wielkości piłek tenisowych i przerażającego jak zbliżający się nieodwołalnie koniec urlopu. To był moment na „Nigdziebądź” Naila Gaimana. I nie ma sensu zastanawianie się nad tym, jak to się stało, że ja nigdy wcześniej nie wzięłam do ręki żadnej ( żadnej!) książki Naila, ponieważ dzisiaj świętuję dzień odpieprzania się od siebie. Mogę sobie jedynie pogratulować, że zaczęłam od tej kultowej, o czym dowiedziałam się tuż po jej przeczytaniu i wpadnięciu w niewypowiadalny zachwyt nad kunsztem pisarskim i wyobraźnią tego pana. I jeśli ktoś zobaczy mnie kiedyś walącą pięściami w lity mur, to nie, nie zwariowałam, ja tylko szukam drzwi, albo Drzwi…





***


2 komentarze:

  1. Nie przeczytałam żadnej z tych książek, więc nie mogę podzielić się opinią tak jak Ty.

    OdpowiedzUsuń