sobota, 10 października 2020

Zniewolone

Wysoki płot dzieli przestrzeń na dziesiątki kwadratów. Między nimi wąskie dróżki przecinające się pod kątem prostym. I furtki. Pozamykane na kłódki. Opatrzone tabliczkami z numerami. Bronią wstępu osobom nieuprawnionym. 
 
 
 
A może uniemożliwiają ucieczkę z tego świata, w którym trawa nie może mieć więcej niż pięć centymetrów i żaden opadły liść nie ma prawa na niej pozostać, by spokojnie zbutwieć?
 

Każda gałązka zostaje natychmiast przycięta. Nic nie ma prawa wystawać ani ponad ani w bok. Dla niepokornych przewidziano solidniejszy płot.

Na maleńkiej przestrzeni tłoczą się niezliczone ilości kwiatów, które za podlewanie, nawożenie i ochronę przed szkodnikami oddały wolność i swobodę.

 


Kwitną najpiękniej, jak potrafią. Pachną najcudowniej w świecie. Znoszą i upał i chłód i suszę i deszcz. Nie protestują w nadziei na to, że za dobre sprawowanie kiedyś otrzymają nagrodę.

 

Niektóre próbują dosięgnąć nieba i z góry zobaczyć, co jest tam hen za płotem. Ale gdzie nie spojrzą, tam tylko kolejne klatki, aż po horyzont płaskiej ziemi.

Inne powolutku, cierpliwie, wspinają się na swój płot, by po wielu latach przedostać się na drugą stronę i cieszyć iluzją wolności.

 

Co wrażliwsze wyrwały już sobie wszystkie liście i teraz płaczą nad swym smutnym losem drżąc ze strachu przed mroźną, ciemną zimą.


Te, które dysponują słodkimi owocami, próbują przekupić strażników,  by wydostać się poza teren więzienia.

 



Niestety, strażnicy są pozbawieni honoru i nie dotrzymują obietnicy. Wiedzą to doskonale stokrotki, które nigdy nie dały się omamić ludziom.


 

Chadzają własnymi drogami tam, gdzie chcą i kiedy chcą nie dając się zniewolić. 

Jak kot, który wlazł za płot i mruga ;)


 


 

 


 

niedziela, 27 września 2020

Zapiski nałogowego czytacza - osobisty przewodnik po Pradze, Mariusz Szczygieł

Tak to się jakoś w moim życiu składa, że do Pragi wybieram się zawsze w towarzystwie mężczyzny. Po raz pierwszy znalazłam się w Pradze jako studentka, na kilka godzin zaledwie, przy okazji majówkowego wyjazdu do Kudowy Zdrój. Pamiętam męczącą podróż, męczącego towarzysza wycieczki i absolutnie magiczne miasto, w którym zakochałam się od pierwszego spojrzenia. 

Po kilku latach wróciłam do Pragi w ramach podróży poślubnej. To też był maj.Trzydziestostopniowy upał i ambitny plan zobaczenia wszystkiego, co mój pierwszy mąż - czechofil koniecznie zobaczyć pragnął umordowały mnie do nieprzytomności, ale Praga zauroczyła jeszcze bardziej. 

Trzeci raz pojechałam jesienią, by pokazać Pragę ojcu. Odłączyliśmy się od wycieczki i spędziliśmy kilka cudownych godzin w tym magicznym mieście. Mimo, że człapaliśmy powolutku, tato okrutnie się zmęczył. Nie przyznawał się do tego, ale już wówczas miał poważne problemy z sercem i nie wiem który anioł stróż, jego czy mój, uchronił nas przed katastrofą. Pewnie nieźle napracowali się obaj. Ja znów nie zobaczyłam "swojej" Pragi, ale bardzo wyraźnie poczułam, że jest moja tak samo, jak Wrocław i Gdynia. I zaraz po wyjeździe zaczęłam za nią tęsknić. 

Z ogromną ciekawością wybrałam się więc na literacką wycieczkę. Tym razem w roli mojego osobistego przewodnika wystąpił Mariusz Szczygieł, z reporterską dokładnością opisując najciekawsze zakątki miasta,  a Filip Springer w artystyczny sposób mi je pokazał. I to już nie był maj, ale listopad, dzięki czemu uniknęłam tłumów turystów i upału. 

Z przyjemnością poznawałam historię miejsc, w których byłam, bo będąc tam tego wszystkiego jeszcze nie wiedziałam. Patrzałam, jak zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat i cieszyłam się, że nie aż tak bardzo. Szeroko otwierałam oczy z zachwytu nad tym, jakie cuda jeszcze na mnie w Pradze czekają i wpisywałam na listę: koniecznie do zobaczenia! Dawkowałam sobie te przyjemności po troszeczku, więc mój czwarty pobyt w Pradze trwał ponad miesiąc.

Wróciłam jednak w niezbyt radosnym nastroju, który trudno mi nawet dokładnie opisać. Uświadomiłam sobie, że wszystko ładnie-pięknie, ale ja znów dałam się prowadzić mężczyznom!  

Wlazłam w jakieś szemrane zakamarki, przesiąknęłam smrodkiem knajp i nażarłam się strasznego sera smażonego w potrójnej panierce, który teraz  zalega mi w żołądku. Do tego przestałam się łudzić, że za płotem sąsiadów trawa jest bardziej zielona a życie normalniejsze, bo: Dzisiejsze Czechy są podzielone przez trzech facetów [...] Udało im się podzielić naród na "nas" i "ich". Dlatego jeśli nie będziemy ze sobą rozmawiać, tylko obrzucać się inwektywami w internecie, to na pewno przyjdzie jakiś malarz pokojowy z talentem retorycznym albo silnym marketingiem. Wykorzysta kryzys ekonomiczny i już będziemy ugotowani.

Jdi do prdele, prosim vas!

A następnym razem, to ja sobie do Pragi pojadę sama  albo z przyjaciółką. Mężu wybacz! I wreszcie zobaczę ją, po babsku, magiczną, moją...




 

sobota, 26 września 2020

Ostatnie chwile lata

Od rana niebo ma ołowiany odcień i spadają z niego ciężkie krople jesiennego już deszczu. W mieszkaniu ciemno i chłodno. Zapalam wszystkie światła i bezskutecznie przestawiam pokrętło kaloryferów. Zimne, jak moje stopy. Smaruję sobie bułkę śliwkowym czekodżemem i śmieję się z tego, jak naiwnie planowaliśmy, że dzisiaj pojedziemy na wieś. Tydzień temu, było jeszcze lato...

 

Spontanicznie wybraliśmy się w miejsce, gdzie nie dane nam było jechać przez ostatnie dwa lata i które podczas naszej nieobecności stało się rezerwatem zdziczałej przyrody.

 


Starą czereśnię, najokazalsze drzewo w okolicy, porosły huby i oplótł bluszcz. Róże zagrodziły wstęp do części ogrodu, broniąc jej ostrymi kolcami przed ewentualnym intruzem.

 

Sosny samosiejki opanowały łąkę, w magiczny sposób zamieniając ją w gęsty las, pełen grzybów, malin i innych bogactw.

 




Jabłoniom i gruszom opadły ramiona, zmęczone ciężarem dojrzałych owoców, których nikt nie zbiera.



Mirabelki pozbyły się ciężaru zrzucając śliwki w wysoką trawę, ku uciesze wszystkich owocolubnych stworzeń, pozostawiąjac jeden dojrzały owoc na dowód, że jednak nie próżnowały.

 


Borówki zaowocowały po raz drugi, albo i trzeci, przyjmując tak dziką formę, że nawet szpaki nie chcą ich jeść. W końcu tuż obok mają całe pola "rasowych" jagód.

Pojedyncze kwiaty próbowały łapać ostatnie promienie słońca przedzierające się  przez gąszcz świerkowych gałęzi oplecionych po sam czubek winoroślą.  Chichotały przy tym cichutko, bo gruszki na wierzbie, to normalka, ale kto to widział winogrona w miejscu szyszek?

 
Stary orzech milczał, porastając mchem, bo widział już i słyszał wszystko i niczemu się nie dziwi.


Już niedługo ktoś na pewno przyjdzie po jego dojrzałe orzechy. Są przecież największe, najsmaczniejsze i najzdrowsze na świecie!

Patrząc na ten gąszcz badylków, wciągając  w nozdrza zapachy ziół i żywicy, słuchając szelestu  suchych traw na wietrze i wystawiając twarz ku słońcu czułam, jak ogarnia mnie spokój.


Poczułam mocno, jak bardzo tęskniłam do tego miejsca, w którym wszystko jest takie jakie jest i niczego nie udaje. Do miejsca, w którym wśród ciszy ostatniego letniego przedpołudnia, mogłam w końcu usłyszeć siebie samą.


niedziela, 20 września 2020

Co za parodię tu zrobili?

Takie, bynajmniej nie retoryczne, pytanie zadał mi dzisiaj jeden przejęty sprawami swojego miasta pan, widząc, że robię zdjęcia. 
 
Bardzo chciał podyskutować na temat sensowności umieszczenia solankowej tężni w samym centrum miasta, gdzie górą i dołem odbywa się intensywny ruch pojazdów spalinowych. Też nie bardzo widzę logikę w takim akurat wykorzystaniu tego historycznego miejsca, jednak pan niezupełnie trzeźwym był i z utrzymywaniem dystansu społecznego miałby niewątpliwie spory problem, więc choć w duchu przyznałam mu rację, to nie podjęłam rozmowy. Zresztą ja poszłam na plac Hutników w celu zupełnie innym. Poszłam sobie powspominać stare dobre czasy, kiedy to jeszcze tramwaj numer "12" miał tam początek i koniec swej trasy.
 
 
Teraz pozostał jedynie pamiątkowy ślad po tej linii. Decyzji o jej likwidacji też nie rozumiem. Podjęto ją już wiele lat temu. Na miejscu torowiska pojawiły się co prawda ścieżki rowerowe ale za to możliwość dotarcia bez korków do Starego Chorzowa i Siemianowic dla osób o słabszej kondycji fizycznej zniknęła bezpowrotnie. 
 
 
Mam wiele wspomnień ze starej "12". Tramwaj stał zawsze dość długo na pętli. Często korzystałyśmy z niego z mamą wracając " z miasta", obładowane zakupami. Wpadałyśmy do wagonu, siadały na wolnych miejscach  i czekały, aż ruszy, by podjechać jeden przystanek i uniknąć wdrapywania się pod górkę. Gdy byłam mała myślałam, że odjedzie dopiero, jak będzie pełny ludzi. Dużo później dowiedziałam się, że ten tramwaj też miał swój własny rozkład jazdy, jak wszystkie inne tramwaje. Ale wtedy, to już jeździłam nim sama.


Wieczorami było troszkę straszno, bo placyk zawsze był taki bardziej menelski i słabo oświetlony. Biegłam wtedy szybko, bardzo szybko, wpadałam do tramwaju przez ostatnie drzwi a potem zdyszana dreptałam na sam początek, żeby siedzieć blisko motorniczego, tak na wszelki wypadek. 


Dzisiaj placyk jest pięknie zagospodarowany, jasno oświetlony i chociaż nadal korzystają z niego najczęściej amatorzy wina marki wino lub taniego piwa popijanego  na "świeżym" powietrzu to ja już tamtędy nie biegam. Nie mam powodu, "12" już na mnie nie czeka.




Czeka tylko stary hrabia Reden, aż mu, jak co roku, ktoś owinie szyję ciepłym, kolorowym szalikiem. 
 

 
Ludzie czekają, aż zwolni się ławeczka przy solankowej tężni i będzie można posiedzieć w słonej mgiełce, posłuchać skrzypienia młyńskiego koła i chlupotu wody i wyobrazić sobie, że się jest w jakimś Ciechocinku. Może się jeszcze jakaś miłość przytrafi?


Róże czekają, aż je zetnie pierwszy przymrozek, bo do bukietów to ścinać nie wolno, by wręczyć ukochanej. Można ją tylko pocałować i odjechać.
 

 
Bo tu nie ma po co dłużej stać. 
 
Wracam do domu. Po drodze kupię sobie ciemne piwo, takie nie za słodkie, nie za gorzkie, jak wspomnienia starej "12".
 



środa, 16 września 2020

Czekanie wśród kwitnącej czekanki

Od kilku dni dzieją się wokół mnie rzeczy nieoczekiwane i dziwne. 

Zaczęło się od... deski klozetowej. Wymieniona wymusiła odmalowanie łazienki i totalne przemeblowanie pokoi, co z kolei pociągnęło za sobą generalne porządki, również w szafach. Ruszyła lawina zmian. Nie obyło się bez ofiar i choć żal mi tych, którzy zginęli, cieszę się z ogromu miejsca, w które już pcha się nowe. 

Spokojnie sobie na to nowe czekam na odkrytym dzisiaj przypadkiem polu czekanki w miejscu, które przecież znam bardzo dobrze i zastanawiam się, jak ja mogłam tego cudu do tej pory nie zauważyć?! Może zmieniło się znacznie więcej niż mi się wydaje...

Po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu, szłam boso po trawie. Nie mogłam się powstrzymać i ściągnęłam buty by poczuć chłodną rosę i wilgotną ziemię. Rany, jakie to przyjemne! A ja przecież tylko na zakupy iść miałam...

Ale tu jest tak pięknie! A ja mam ze sobą aparat. I nigdzie się nie spieszę, bo dzisiaj środa, czyli mój dzień wolny od pracy no i jest dopiero 8 rano...


 

Zanurkowałam więc między krzaki, nie zważając na roje owadów i oddałam się przyjemności "patrzenia na zielone" i robienia zdjęć. Czekanka (do dzisiaj nie wiedziałam, że i takie przezwisko ma moja ulubiona cykoria podróżnik) pozwoliła mi się sfotografować i wykazywała dużą cierpliwość.




Jestem introwertyczką. Preferuję kontakty indywidualne, również z badylkami i zazwyczaj robię zdjęcia pojedynczym kwiatom. Jednak dzisiaj nie mogłam oprzeć się urokowi tłumu.

 

Teraz siedzę z kubkiem kawy zbożowej, z cykorii zresztą i czekam, aż przywiozą moją nową kanapę w kolorze butelkowej zieleni, na pierwszy sen, który mi się na niej przyśni i na zupełnie nowy początek. 

 


Żeby zakończyć definitywnie wszytko, co stare, kończę też przygodę z Klarą. 

17 września z księgarni internetowej znikają "Dwie kostki cukru". 

Wraz z nimi znika też "Zamknięta w ogrodzie wyobraźni".

Kto nie zdążył kupić książek, choć bardzo chciał, niech głośno wypowie życzenie.


 





niedziela, 6 września 2020

Zapiski nałogowego czytacza - (wy)Ceń się, Barbara Jurga

Bardzo rzadko sięgam po poradniki. Dlaczego? Bo należę do tych osób, które nie cierpią, kiedy ktoś inny mówi im, co mają robić! Mam alergię na tryb rozkazujący i wszelkie "musisz"czy "powinnaś". Z wiekiem coraz większą. To czemu ja książkę tę kupiłam? Po pierwsze dlatego, że jak sama autorka  powiedziała i słowa swe fioletowym atramentem w dedykacji potwierdziła, zainspirowałam ją do napisania tejże. Po drugie, to wcale nie jest poradnik a podręcznik. A ja się lubię uczyć. Tak bardzo lubię się uczyć, że aby sobie tej frajdy nie zabierać, to na wszelki wypadek nigdy skutecznie i do końca się nie wyuczam. No i teraz mam problem, bo ten podręcznik nie tylko jest pięknie wydany i napisany tak, że czyta się go jak najlepszy kryminał, ale jest też merytorycznie absolutnie genialny. I wszystko to, co ja sobie próbowałam na kursie "Żyj z pasją i z pasji" sprytnie zautosabotażować, teraz dotarło drukowanymi literami prosto w mózg. Niektóre treści poszły okrężną drogą przez serducho, wyciskając po drodze kilka, idealnie przewidzianych przez Basię, łez. No dobra, ale czego ten podręcznik w końcu uczy? No, generalnie tego, co zapowiada na okładce, czyli wyceniania własnych prac, kiedy się jest kreatywnym twórcą i potrafi się cuda własnymi ręcami robić, ale za cholerę nie umie się podać za nie rozsądnej  ceny. Autorka, doświadczony strateg i marketingowiec, krok po kroczku przeprowadza takiego artystę - pierdołę na drugą stronę rzeki. Doskonale wie jak, bo sama też jest artystką tworzącą przepiękne i wymagające ogromu pracy mandale na płótnie, ale już nie jest pierdołą. Więc, jeśli ktoś zapragnął zmonetaryzować swój talent i przejść na zawodowstwo oraz spełnia warunek podstawowy - jest (roz)dawcą - to ten podręcznik jest dla niego lekturą obowiązkową. Nie tylko ceny za własne dzieła będą w końcu odzwierciedlać ich rzeczywistą wartość, ale może się zdarzyć, że wreszcie (do)cenicie też samych siebie. A wtedy już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. Nic. Więc jeżeli nie macie ani ochoty ani odwagi na zmiany, nie bierzcie tej książki do ręki.
  

 

środa, 15 lipca 2020

Pomiędzy

Spojrzałam na kalendarz i dotarło do mnie, że od dawna nic nowego tu nie napisałam. Tak, jak utknęłam pomiędzy Księgami Jakubowymi, tak utknęłam też pomiędzy starym, które przeminęło a nowym, które jeszcze nie przyszło. 
I wszystko byłoby dobrze, bo skoro nie tam i nie tam, to przecież zostaje tylko tu i teraz, a to stan jak najbardziej pożądany. Okazuje się jednak, że istnieje zupełnie nieznana mi wcześniej przestrzeń totalnego zawieszenia, niby też tu i też teraz, ale jednak zupełnie obok. 
Wygląda na to, że trochę sobie tak z boczku posiedzę. 
I albo coś się tu potem ciekawego zadzieje, albo... 
Czy blogi, na których nikt nic nie pisze, umierają śmiercią naturalną?

piątek, 12 czerwca 2020

Zapiski nałogowego czytacza - Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk

Utknęłam między Księgą piasku a Księgą drogi, jak Jenta pomiędzy światami. Nie mogę pójść dalej i nie mogę porzucić czytania.Prawie tysiąc stronicowa książka ciąży mi w dłoni, więc opieram ją o poduszkę, w tym samym momencie czytane słowa rozmywają się, plączą, a ja zapadam w letarg. Przez półprzymknięte oczy widzę odwróconą numerację stron. Przede mną jeszcze  siedemset dwadzieścia osiem.

niedziela, 31 maja 2020

Setna zabawa słowami - odcinek sponsorowany przez literę "K"

Kujawianka Kancjanela, koło krzywego "K", karmazynowego kapnęła kleksa, ku konsternacji Kajetana, konserwatora ksiąg kanonicznych.  Kiedy Kajetan, kuśtykając, kalumnie krzyczał, Kancjanela karnie kontynuowała kurs kaligrafii krwią koguta, kolejne krzywe "K" kreśląc.  Korat, kot Kajetana, kryształowy kałamarz kopsnął, kominek kogucią krwią kolorując.

czwartek, 28 maja 2020

Czas kwitnienia wszystkiego na raz

W pobliskim parku jest takie miejsce, gdzie o tej porze roku trwa festiwal wszystkich odcieni zieleni, na tle których występują pojedynczo i grupami kolory tęczy a licznemu chórowi ptaków akompaniuje brzęczenie owadów. Prawdziwe święto przyrody w szczegółowo zaplanowanym przez człowieka i zgodnie z tym planem zrealizowanym bylinowym ogrodzie. Trzeba przyznać, że widzów było sporo. Wszystkie miejsca zajęte, nawet balkony.  Cóż się dziwić, skoro impreza niebiletowana a towarzystwo spragnione kontaktu z matką naturą.