czwartek, 15 kwietnia 2021

Niekończąca się zima

Niedziela rano. Dzwoni telefon. Wyświetla się "numer prywatny" ale ja wiem, że to jest właśnie ten telefon, którego bałam się od tygodnia. Słyszę dwa słowa: mąż zmarł i mój świat rozpada się na kawałeczki. Zamieram w bezruchu. Zamrożone łzy nie spływają po policzkach. Pytam: I co ja mam teraz zrobić? Pytam o dalsze życie, w odpowiedzi dostaję urzędową instrukcję gdzie, co i jak załatwić w poniedziałek, by móc pochować męża. 

Czas traci swój godzinny rytm. Rozciąga się i rozpływa. Grzęznę w nim. Gdyby nie obecność mojej Bratniej Duszy nie odnalazłabym kolejnego dnia. Noc mija bezsennie i tylko cyferki na elektronicznym zegarze pokazują, że nadszedł poniedziałek. 

Nie wychodziłam z domu dalej niż na kilka kroków z psem prawie od miesiąca. Wsiadam do taksówki. Jadę przez totalnie rozkopane miasto do sąsiedniego. Wysiadam pod szpitalem. W labiryncie budynków, czystych i brudnych wejść, szukam oddziału neurologii. Staję przed drzwiami z jasną informacją, że mogą nimi przejść tylko pracownicy szpitala, ale mnie kazano tam właśnie iść. Otwieram te drzwi i znajduję się na przerażająco obskurnej klatce schodowej. Schody są tak wysokie i strome, że nie mam siły się na nie wdrapywać. Uciekam na zewnątrz. 

Z trudem łapię oddech. Pomaga powiew wiosennego wiatru. Mam szczęście. Jest ciepło, świeci słońce. Obserwuję rozwijające się pąki kasztanowca i trzmiela który krąży wokół nich. Oddech się uspokaja. Odnajduję w plecaku telefon. Z trudem wybieram numer na oddział. Dzwonię. Każą czekać przed drzwiami. Jak długo? Nie wiadomo. Obchód. Awaria systemu. Nieobecna sekretarka. 

Czekam. Patrzę w niebo. Obserwuję coraz dłuższą kolejkę czekających na szczepienia ludzi. Szczepionki nie dowieźli. Pod moje drzwi podchodzą jacyś ludzie. Też w sprawie zgonu. Czekamy razem. Słońce grzeje mnie w plecy. Dotykam ostrych gałązek świerku. Kłują. Cieszę się, że czuję ich ostre igły. Czas stoi w miejscu. Ja chodzę tam i z powrotem, jak zwierzę w zoo na zbyt ciasnym wybiegu. 

Pojawia się drobniutka kobietka w mundurku pielęgniarki i zarzuconym na ramiona polarze, z plikiem dokumentów, które rozwiewa wiatr. Pyta nas o nazwiska zmarłych i każe czekać.

Niebo zaczyna się chmurzyć i przybierać znienawidzony przeze mnie brudno porcelanowy odcień. Gdy słońce chowa się za chmury robi się chłodno. Nie bardzo mam już siły dreptać. Gdy otwierają się drzwi jestem zbyt daleko. Teraz muszę czekać aż ci państwo którzy czekali ze mną zostaną obsłużeni. Czekam, mimowolnie słysząc, że są z jakiejś odległej małej miejscowości, zdezorientowani. 

W końcu przychodzi moja kolej. Tu proszę podpisać. Ręka drży mi tak, że z trudem stawiam jakieś kulfony. A teraz proszę czekać aż podpisze pani dyrektor. Nie chcę czekać. Nie mam siły dłużej chodzić między kasztanowcem a świerkiem. Pytam, czy mogę przyjść jutro? Kwituję odbiór obrączki i dostaję dwa ciężkie czerwone worki z rzeczami osobistymi Marka oraz instrukcję, by przez kilka dni ich nie otwierać. 

Z wysiłkiem targam wory do taksówki i dziwię się, skąd tyle rzeczy?! Mąż przecież nic nie miał. Do mojego życie wszedł dosłownie z jedną małą reklamówką, za to z ogromnym psem, malamutem, przesympatyczną Daisy. Gdy wyjeżdżaliśmy na urlop mieścił swoje rzeczy w malutkim plecaku...

Wory stoją w przedpokoju. Płaczę. 

Dzwonię z informacją o śmierci Marka do ludzi, którzy powinni wiedzieć. Oni płaczą. 

Łykam tabletki i czekam na wtorek.

Przychodzi zimny, sypiący śniegiem w oczy. Ubieram się ciepło. Biorę ze sobą tęczowy parasol, prezent od męża, robię głęboki wdech i wrzucam tryb zadaniowy. 

Tym razem pod tymi koszmarnymi drzwiami czekam tylko chwilkę. Dostaję dokument i nie słucham dalszych instrukcji. Już wiem co robić. Wszystko mam zorganizowane, zaplanowane, przemyślane. 

Krok pierwszy - Urząd stanu Cywilnego, referat zgonów. 

Jestem umówiona na dziesiątą. Urzędniczka, w masce i rękawiczkach,  schodzi by otworzyć mi zamknięte na siedem spustów drzwi i prowadzi po stromych schodach na piętro. Zatrzymuje mnie przed biurkiem tarasującym wejście na korytarz i osłoniętym wielką pleksi. Bierze ode mnie szpitalny dokument i dowody osobiste, które dokładnie dezynfekuje, każe wypisać jaką kartkę i znika rzuciwszy krótkie: proszę czekać. Patrzę jak znika gdzieś w głębi korytarza. 



Czekam. Obserwuję sprzątaczkę w maseczce i rękawiczkach,  która po raz czwarty w ciągu kwadransa przeciera dokładnie mopem podłogę, wyciera blaty, klamki, dezynfekuje długopisy. Żaden z petentów nie jest wpuszczany za barykadę z biurka i pleksi, więc wydaje mi się to dziwne. Kaloryfery grzeją, jakby na dworze był dwudziestostopniowy mróz. Jest mi gorąco i duszno. Rozglądam się za jakimś oknem, które mogłabym otworzyć. 


 
Wspinam się po schodach i z poczuciem popełniania karygodnego wykroczenia otwieram okno. Ożywczy powiew chłodnego powietrza przynosi ulgę i przywiewa urzędniczkę. Podaje mi kartkę i każe sprawdzić dane. Sprawdzam. Wszystko się zgadza. "Proszę sobie usiąść, bo teraz to będzie trwało". 




Nie siadam. Nie mogę. Stoję przed tym cholernym biureczkiem i odliczam minuty, kwadranse. Chce mi się pić. Jestem zmęczona. Zaczynam czuć lęk. Nie chcę widzieć nazwiska mojego męża pod literami układającymi się w słowa: odpis skrócony aktu zgonu. Mijają kolejne minuty a ja zaczynam się złościć, że ta flegmatyczna Kornelcia wciąż nie przychodzi. W końcu przyszła. Kazała podpisać w trzech miejscach odbiór i usiłowała mi wytłumaczyć, co mam teraz z tym dalej robić. Nie słuchałam. Wiem co mam robić. Wszystko wiem...

Krok drugi - zakład pogrzebowy.

Pod zakładem pogrzebowym kolejka. Czekam. Cały czas pada śnieg. Marznę. raz po raz sprawdzam, czy mam wszystkie dokumenty o których pisali, że trzeba je mieć. Wchodzę. na ścianach obrazki płaczących dzieci. jakby mało było łez przychodzących tam ludzi. Sympatyczna blondynka prosi mnie do gabinetu. Szybko dokonujemy formalności. Ustalamy terminy. Pogrzeb bez księdza, bo tak sobie życzył mąż. I bez trąbki, bo wyrwałaby mi wnętrzności. Nie, mistrz ceremonii też zbędny, przecież myśmy sobie już wszystko powiedzieli...

Wybieram urnę. Prostą i skromną. I serduszko, w którym będę mogła zabrać ze sobą do domu odrobinę prochów Marka. Najchętniej zabrałabym ze sobą urnę, wyjechała z nią nad morze i tam rozsypała jego prochy. Niestety, u nas to niemożliwe. Gdy przychodzi do rozliczenia kosztów okazuje się, że jednak nie mam najważniejszego dokumentu - legitymacji rencisty. I na plebanię też już dzisiaj nie zdążę. Wracam do domu. 

Wchodzę do mieszkania. Te cholerne czerwone worki! Ryczę. 

Dzwoni kurier. Odbieram paczkę. Z bąbelkowej folii wydobywam mojego Anioła. Szukam dla niego najlepszego miejsca. Zapalam latarenkę. 



Nie mogę spać. Chodzę w nocy od okna do okna i rozmawiam z Markiem. Nabiłam trzy tysiące kroków. Zasypiam tuż przed tym, gdy trzeba wstawać. Za oknem biało. 

Krok trzeci - cmentarz.

Całe miasto rozkopane. Remontują na raz wszystkie strategiczne ulice. Remontuje się też plebania. Nadrabiam drogi obchodząc budynek naokoło. W kancelarii pusto. Pani bez maseczki i bez rękawiczek bierze ode mnie dokumenty i wcale nie spryskuje ich dezynfekującym płynem. Tu najwyraźniej działa woda święcona. Szybko załatwiam formalności. Potwierdzam datę i godzinę pochówku i wychodzę ściskając w ręku kartkę dla grabarza. 




Śnieg zamienia się w deszcz. Wszędzie dookoła błocko. Daję kartkę jakiemuś facetowi, który podaje się za szefa cmentarza. Bez słowa ją bierze. A ja patrzę na groby, czytam daty i nazwiska i nie wierzę, że za kilka dni pochowam tu prochy Marka. 



Wracam do firmy pogrzebowej. Okazuję legitymację. Pani wypłaca mi resztę zasiłku i pyta o klepsydrę. Nie chcę jej. Nie chcę zobaczyć imienia i nazwiska mojego męża z wypisaną datą śmierci, ilością przeżytych lat i datą pogrzebu. A potem myślę, że przecież sąsiedzi mają prawo wiedzieć, że Marka już nie ma. Że może ktoś będzie chciał się z nim pożegnać i przyjść na pogrzeb. On znał tu wszystkich w okolicy. Z każdym zamienił kilka słów. Wszyscy go lubili. Drukujemy. Ale tylko jedną sztukę. I jedne podziękowanie. Jakoś to wytrzymam. To tylko trzy dni...

Wracam do domu. Naklejam na szybę drzwi wejściowych klepsydrę i szybko uciekam do mieszkania.




W przedpokoju wciąż stoją czerwone wory. Ryczę.

Telefon dzwoni prawie cały czas. Nie mam już siły mówić: mój mąż nie żyje. To nieprawda! To jakiś absurd! To się nie mogło wydarzyć naprawdę... Zasypiam. Po raz pierwszy od kilkunastu dni śpię i śnię. Budzę się przed szóstą rano. Za oknem biało. Czy ta zima nigdy się nie skończy?!

Skończył się chleb i muszę wykupić receptę. Przy okazji kupię żarówki, bo świeci się już tylko jedna. Wychodzę do sklepu. Po drodze wysyłam totolotka. Nie jak zwykle na chybił trafił, ale na "nasze numery". Może trafi się chociaż trójka? Będzie na wino. Widzę czerwone róże i kupuję. Marek bardzo często kupował mi kwiaty. Bez okazji. Ostatnie dostałam gdy leżałam już w covidowej gorączce. Wielki pęk pastelowo różowych tulipanów. Trzymały się całe dwa tygodnie. Wracając ze sklepu uświadamiam sobie, że przecież będę potrzebowała na jutro znicz. Nie mam siły wracać i przypominam sobie, że kiedyś widziałam znicze w naszym spożywczaku. Wchodzę i pytam. Jest. Został jeden jedyny. Czekał na mnie.

Znowu te cholerne worki! Ryczę.

Wstawiam róże do wazonu.




Dziś niczego już nie muszę, poza przetrwaniem do jutra. 

Robię sobie herbatę. Wyjadam końcówkę ptasiego mleczka.

Pies śpi na poduszkach. 




Tak bardzo tęsknię...







sobota, 10 kwietnia 2021

I znów zakwitły forsycje

Ostatnie dni są dla mnie bardzo trudne. Po raz pierwszy od trzynastu lat nie ma przy mnie mojego męża. Od tygodnia leży nieprzytomny w szpitalu. Zawieszony miedzy życiem tu a byciem tam. Nie mogę być przy nim. Nie mogę trzymać go za rękę i powiedzieć, żeby niczego się nie bał. Nic nie mogę zrobić, tylko mieć nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak ma się skończyć, czyli dobrze. Łapię się zwyczajnych codziennych czynności, jak koła ratunkowego. Wiem, że muszę wstać z łóżka, muszę zjeść śniadanie, muszę wyjść z psem na spacer, muszę wyrzucić śmieci... Rzucam się na odkurzanie dywaników, układanie rzeczy w szafie, gotowanie kompotu z jabłek, w nadziei, że to da mi chociaż chwilę ulgi i poczucia odrobiny wpływu na absurdalną rzeczywistość.  

Dzisiaj świeci słońce. Jest ciepło. Po raz pierwszy od miesiąca, z ogromnym lękiem, czy dam radę, wyszłam na spacer ciut dalej niż z psem pod blok i wzięłam ze sobą aparat. Jeszcze kwitną forsycje, ulubione krzewy mojego męża. Przetrwały zimno i śnieg. Ich delikatne płatki dały radę. Nie straciły nic a nic ze swego słonecznego, energetycznego i pełnego życia koloru. 




Rozpychają się pomiędzy nagimi jeszcze gałązkami innych krzewów.




Wychylają zza płotów.



Próbują otwierać zamknięte drzwi.

Sięgają wysoko, wysoko...



Aż do nieba!



A ja stoję przed tym krzakiem forsycji i czuję równocześnie zachwyt nad odradzającym się po długiej zimie życiem, radość, że dane mi jest to oglądać, smutek przeogromny, że mój mąż nie może tego zobaczyć, tęsknotę rozrywającą serce. Ściskam w ręce aparat tak mocno, jakbym ściskała dłoń męża. Łzy płyną mi po policzkach. 

Tak bardzo chciałabym, żeby mój mąż odnalazł drogę do domu...

Wiem, za rok też będą kwitły forsycje. 

One będą tu zawsze. 

My jesteśmy tu tylko na chwilę. 

sobota, 13 marca 2021

Ze starego albumu

W życiu nie ma przypadków. Przekonuję się o tym coraz częściej. 

Przy okazji spontanicznie podjętej akcji odgracania szuflady w starym biurku, by zrobić w niej miejsce na zawartość walizki upchniętej pod komodą, odnalazłam zapomniany rodzinny album. 

Oczywiście od razu zaczęłam go przeglądać. Patrząc na wyblakłe wizerunki przodków próbowałam zgadywać któż to może być? Kiedy zostało zrobione zdjęcie i przy jakiej okazji? Na większości zdjęć brakuje tych informacji, i nie ma już nikogo, kto by to pamiętał...

Jegomość z imponującym wąsem pozostanie na zawsze bezimienny.



Elegancka kobieta w kapeluszu z piórami najprawdopodobniej jest moją praprababką, no chyba że to jednak prababka. W każdym razie to po niej odziedziczyłam miłość do brzóz.


Tu już na pewno moja prababcia Klara ze swoimi dwoma córkami (gdzie jest ta trzecia, nie widomo). Ta dziewczyna po prawej to moja babcia Łucja. Z radością zauważam u ich stóp psa. 



I kilkadziesiąt lat później prababcia Klara z jedną z córek pod rękę...



i z drugą... gdzieś na ulicach przedwojennych Katowic.


Krakowski rynek. Obowiązkowe dla wszystkich pokoleń karmienie gołębi. Łucja ze swoim małym synkiem Bogdanem i jego starszym kuzynem. Prawdopodobnie to jedne z ostatnich spokojnych chwil przed wybuchem II Wojny Światowej. Cała trójka szczęśliwie przetrwała. Dzięki bogu, bo ten wesoły mały chłopiec to mój ojciec :)



I chociaż wszystkie zdjęcia ze starego albumu wywołują we mnie mnóstwo emocji, to to jedno zaintrygowało mnie szczególnie. Zrobiono je w listopadzie 1946 roku. Jest na nim kuzynka mojego taty, mała Marysia ze starszym bratem Staszkiem i swoją mamą. I jest na nim również aparat, którym te zdjęcie zrobiono! 


Dlaczego odnalezienie tych zdjęć nie było przypadkowe? 

Bo ja właśnie wczoraj wieczorem podczas warsztatów Terapeutyczna Moc Fotografii prowadzonych przez Aleksandrę Skwarę i Joannę Szelugę nauczyłam się, jak czytać zdjęcia i zdaje się, że teraz już jestem gotowa na to, by opowiedzieć sobie własną historię na nowo. 

niedziela, 31 stycznia 2021

Dzieje się magia

Dzisiaj, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, wyszło słońce. 

Czy to dlatego, że odnalazła je dzielna reniferzyca z cudownej bajki, którą rano opowiadała Katarzyna Rybicka? A może dlatego, że przyszedł jego czas? Tego nie wiem. Wiem jednak, że jego promienie mają magiczną moc i zwyczajny miejski park, zmieniają w tajemniczy las pełen niesamowitych stworzeń.


Wejścia do tej krainy strzeże stworek nieduży i wydawałoby się niezbyt groźny, jednak gdy go zignorujesz, nie przywitasz się odpowiednio grzecznie i nie nakarmisz przyniesionymi w kieszeni orzeszkami, poplącze ci ścieżki i błądzić  w tej mroźnej krainie będziesz po kres czasu.

Wszystko będzie ci przed oczami migotać i udawać coś innego niż to, czym jest naprawdę.
 


Grozić ci będą straszliwe tortury.

Albo od czarciego ognia zginiesz.

Bestie rozszarpią cię na kawałki.

Nikogo o drogę zapytać nie możesz, bo nikt kto choć odrobinę rozumu ma w głowie, w ten las się nie zapuszcza. A tamtejsze stwory kłamią, mamią i żarty sobie robią z naiwnych.

 

Wskazując drogę ku wysokiej wieży, na której żaden przystojny książę z ciepłym posiłkiem nie czeka.

 


Więc czym prędzej uciekaj z tego miejsca, nim drzewa w stal się zamienią a twoje serce na wieki grudką lodu się stanie.


Zmykaj nie oglądając się za siebie.

No, chyba , że jednak zaskarbiłeś sobie sympatię strażnika tej tajemniczej krainy. Wtedy możesz zabrać ze sobą znalezione skarby.

Garść magicznych jagód, dla urody.

Biały (pa)proszek przeciwko wszelkim zmartwieniom


No i to, po co tam tak naprawdę wlazłeś. 

Listek szczerozłoty szczęście i dobrobyt na cały kolejny rok zapewniający.

Możesz bezpiecznie opuścić magiczny las i spokojnie wrócić do domu.

 

Pamiętaj jednak, że aby magia zadziałała musisz jeszcze dzisiaj jeden dobry uczynek zrobić.💟







 


niedziela, 10 stycznia 2021

Po drugiej stronie płotu

Lubię zarośnięte, zaniedbane ogrody, w których wygrywa natura. W mojej dzielnicy jest kilka takich, które podglądam przez płot.

 

W starych domach, ledwie widocznych zza plątaniny gałęzi, żyją samotnie strażnicy rodzinnego majątku. Jeden z nich, czasem gdy zatrzymuję się, by zrobić fotki badylkom z jego ogrodu, wychodzi ze mną pogawędzić. Tym razem i on poprosił o zdjęcie. Nie mogłam odmówić. Obiecałam wywołać odbitkę. Dłuższej rozmowy przy kawie nie obiecałam, choć tego pewnie starszemu panu najbardziej brakuje.

 


Młodsze pokolenie wyfrunęło gdzieś daleko. Żona na tamtym świecie od lat wielu. Za jedyne towarzystwo ma hałaśliwe wróble.

Sił już mu nie starcza na ogarnięcie zbyt dużej przestrzeni. A tu jeszcze śnieg trzeba odgarnąć. Liście wygrabić. O dach zadbać, żeby nie przeciekał. Do pieca dołożyć, bo chłodem od pustych ścian wieje.

Sprzedałby. Wyjechał. Marzenia z dawnych lat spełnił. Ale obiecał. Obiecał żonie, tak jak i ona wcześniej własnej matce obiecała, że na zatracenie domu nie zostawi. Swoje życie poświęci, ale domu nie porzuci.


Potakuję z grzeczności. Mówię, że rozumiem. I przypominam sobie swój lęk najstraszniejszy sprzed lat, że i ja zostanę kiedyś stara, słaba i samotna w ogromnym zrujnowanym domu. I swoją walkę z duchami przodków o moje własne życie. I z ulgą oddycham, bo ja ten mój straszny dom sprzedałam. 


Lubię stare, zaniedbane ogrody, kryjące za płotami stare, chylące się ku upadkowi domy. Patrzę na nie i uśmiecham się do siebie.



Jestem po drugiej stronie płotu. Jestem wolna!

 

środa, 6 stycznia 2021

Kamuflaż

Kiedy wychodzę na zakupy i okazuje się, że do dwunastej zostało jeszcze sporo czasu mogę albo zezłościć się na ograniczające moją swobodę przepisy albo... wyciągnąć z plecaka aparat i oddać się przyjemności robienia zdjęć. W pierwszy poniedziałek nowego roku wybrałam tę drugą opcję i poszłam nad wodę.


Wybrali się tam również tłumnie emeryci. Nie marnowali czasu na zakupach. Obsiedli wszystkie ławeczki i wygrzewali się w promieniach tak rzadko ostatnio widywanego u nas słońca. Spacerowali z psami. Doglądali pozostawione im pod opieką wnuczęta, dzielnie próbując dorównać im kroku i na wszelki wypadek zakazać wszystkiego, co mogłoby sprawić dzieciakom radość. Czyste ręce i suche buty są przecież najważniejsze, choć wokół tyle ciekawych rzeczy i stworzeń, które chciałoby się zobaczyć z bliska, dotknąć albo przynajmniej wystraszyć. 

Co żyje przyjmuje więc ochronny kamuflaż w nadziei na to, że pozostanie niedostrzeżonym  przez młodych wojowników uzbrojonych w długie kije i wrzask.

 

Kaczki idealnie wtapiają się w wodę i nieruchomieją w szuwarach.


Wróble, przed chwilą jeszcze radośnie świergoczące, milkną ukryte głęboko w kolczastych w zaroślach.


Inne z powodzeniem udają smukłe gałązki.


Wszystko, co żyje wstrzymuje oddech na czas przemarszu wroga.


I tylko róże nie obawiają się niczego. Zielenią się bezczelnie na przekór porze roku.


 Stają w pąkach nie zważając na nadciągający mróz.



Kwitną dumne ze swej urody i zdają się wołać: halo, tu jestem, patrz na mnie!

 


W wyścigu o uwagę i młodych i starych, przegrywają ze stroszącym piórka kaczorem.

Ja zdecydowanie wolę róże. Nawet jeśli zrobienie im pięknego portretu kończy się  dla mnie wdepnięciem w wielką psią kupę. 

Szczęśliwego nowego roku!