piątek, 21 lutego 2020

Zapiski nałogowego czytacza - Analfabetka, która umiała liczyć, Jonas Jonasson

Kiedy debiutancka powieść okazuje się być powieścią genialną pisanie drugiej stanowi spore ryzyko. Wszak w tej drugiej powinno się znaleźć geniuszu jeszcze więcej. Czy Jonasson podołał temu wyzwaniu ocenicie sami, ja jestem jednak odrobinę rozczarowana. Czytając o przygodach stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął, nie mogłam przestać się śmiać. Towarzysząc czarnoskórej sprzątaczce w jej wyjątkowo długiej i wyboistej drodze do szczęścia wcale nie było mi wesoło.
Wielokrotnie miałam ochotę krzyknąć: 
Jonas, ale teraz to już przesadziłeś!
To nie wcale jest śmieszne! 
Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że w końcu zacznie się wesoła historia Jonasson wszystko niszczył. I nie, te kilka nędznych ostatnich stron z opisem w miarę normalnego życia Nombeko i jej równie pechowego ukochanego niczego nie załatwia.
Oglądaliście może film "Jaś Fasola. Nadciąga Totalny kataklizm"? Pamiętacie ten fragment, gdy Fasola przypadkiem niszczy cenny obraz Whistlera? Nie mogłam na to patrzeć! Wręcz fizycznie bolała mnie ta dewastacja arcydzieła. 
Podobne uczucia towarzyszyły mi  przy lekturze  analfabetki. 
Tak, wiem, to literacka fikcja, to nie dzieje się naprawdę. Tylko czy aby na pewno?


O tym, jakie wrażenie zrobił na mnie debiut Jonassona możecie poczytać tu

2 komentarze:

  1. Wydaje mi się, że stulatek był jego najlepszą książką. Przeczytałam Anders morderca i przyjaciele.
    Niestety nie zrobiła na mnie ta opowieść takiego wrażenia jak stulatek, a książka, o której piszesz,
    wciąż u mnie czeka w kolejce aż ją przeczytam. Ciekawe czy będę miała podobne wrażenia i znów rozczarowanie
    jak po Andersie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z ciekawości sięgnę po Andersa ale już bez takich wielkich oczekiwań. W Analfabetce dla mnie było tez za dużo polityki.

    OdpowiedzUsuń