poniedziałek, 2 listopada 2020

Puste alejki

 


Zamknięcie cmentarzy nie dotknęło mnie osobiście. Nie zamierzałam w tym roku ich odwiedzać. Nigdy nie odwiedzałam ich z potrzeby serca. Jako dziecko w ogóle nie miałam wyboru. Szłam, bo szła cała rodzina. Szłam, bo tak było trzeba. Zastanawiałam się tylko, czy zdołamy odnaleźć te nasze, obrośnięte bluszczem groby wśród tylu innych. 

 


Znajdowaliśmy. Na miejscu korzystałam z jedynej w roku możliwości zabawy zapałkami i cieszyłam się z tego, że potem babcia zapraszała nas na uroczysty obiad do restauracji. Fakt, że to były babci urodziny, dotarł do mnie po latach, w dniu jej pogrzebu, gdy zaskoczona skojarzyłam daty na tabliczce. 

 




Później, odwiedzałam groby w imieniu tych członków rodziny, którzy sami już tego z powodu stanu zdrowia zrobić nie mogli, a bardzo chcieli. Kładłam kwiaty, zapalałam znicze, robiłam zdjęcie, żeby pokazać, że grób zadbany i że jeszcze istnieje. 

 

 

I choć z roku na rok żywych członków rodziny było coraz mniej, to grobów wcale nie przybywało. Wręcz przeciwnie, znikały z mapy cmentarza a w ich miejsce pojawiały się zupełnie nowe, z obcymi nazwiskami i wielkimi marmurowymi pomnikami, na których nie było już miejsca ani na bluszcz ani na aksamitki.



A na nich ogromne wieńce, wymyślne wiązanki i znicze wielkości dorodnej kapusty, kopcące tak, że z trudem można było oddychać. 

 


Wśród tych nowych grobów coraz częściej odnajdywałam też nazwiska swoich kolegów i koleżanek z klasy czy z podwórka, a przy nich pogrążonych w rozpaczy rodziców. I docierało do mnie coraz wyraźniej to, jak mali jesteśmy i bezradni wobec losu. Przestałam w ogóle chodzić na cmentarze.



Ostatni raz byłam tam w dniu pogrzebu mojego ojca. Bardziej po to, by dopilnować czy urnę złożono do właściwego grobu niż po to, by się pożegnać. Żegnałam się przecież z tatą na szpitalnym oddziale. Szczęście, że wtedy jeszcze mogłam... 

Nie wierzę, by nawet odrobina jego energii była obecna na cmentarzu.

 

 

Jeżeli miałaby gdzieś być to raczej przy mamie, która towarzyszyć mu w tej ostatniej drodze nie mogła i która od dwóch lat żyje już tylko nadzieją na szybkie spotkanie z ojcem.  Byli przecież nierozłączni...

 


Na grobie ojca rosną pewnie same chwasty i suche badyle.

 


To nic. Świeże chryzantemy stoją w salonie. Obok nich pali się świeca. Tato spogląda ze zdjęcia, na którym ma może ze trzydzieści lat, a mama wspomina dzień, w którym go poznała. 

 

Potem opowiada mu o tym, co się teraz w Polsce wyrabia. O pandemii. O strajku kobiet. I mówi: Dobrze, że tego wszystkiego nie widzisz, bo szlag by cię trafił!

 


A ja chodzę pustymi alejkami ogródków działkowych i odnajduję w nich nastrój cmentarza. Ponumerowane, jak groby, kwatery. Wysprzątane do ostatniego listeczka. Wysypane żwirkiem. Pachnące wilgocią oraz rozkładającymi się resztkami tego, co jeszcze chwilę temu było żywe. Otulone dymem ogniska, jak tym unoszącym się z zapalonych zniczy.



Patrzę na czerwone płomyki owoców...


 

Na wciąż jeszcze kwitnące kwiaty...

 

 

I czuję spokój. 

 


 






 

4 komentarze:

  1. Na tych zdjęciach widać Twój spokój.
    Ja tak jak Ty cmentarzy nie lubię. Jeśli chodzę to tylko dla żyjących bliskich, którzy chcą, żebym poszła.
    Nie wierzę, żeby tym nieżyjącym na mojej obecności na cmentarzu zależało.
    Szkoda mi ludzi, których życie opiera się na sprzedaży zniczy i kwiatów. Z dnia na dzień pozbawieni zarobku - paskudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz trudniej utrzymać spokój wobec tego, co się dzieje. Mam nadzieję, że chociaż tych ogródków nie zamkną.

      Usuń
  2. Ja lubię cmentarze, szczególnie takie, jak Centralny w Szczecinie - gigantyczny park i piękne, stare grobowce. Odwiedzam też cmentarze nieczynne lub miejsca, w których pozostały jedynie zrujnowane nagrobki. W Szczecinie takich miejsc jest wiele. Spacerując pośród zachwaszczonych alejek, rozmyślam o dawnych mieszkańcach Stettina, przypatruję się gotyckim literom na stelach. Takie miejsca mają dla mnie piękny, refleksyjny klimat.
    Moi bliscy spoczywają daleko od Szczecina, więc odwiedzam ich sporadycznie. Wierzę jednak, że żywa pamięć o człowieku powoduje, że on wciąż żyje obok nas, choć już w innym wymiarze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wolałabym, żeby teraz zamiast kopania nagrobków sadzono drzewa. Z przyjemnością odwiedzałabym taki park pamięci.

    OdpowiedzUsuń