niedziela, 25 kwietnia 2021

Poranki należą do ptaków

Wstaję wcześnie rano. Ubieram się ciepło, bo wiosna wciąż nie może się zdecydować czy już jest czy jeszcze jej nie ma i wychodzę z pustego mieszkania. Idę bez celu i patrzę na moje miasto, jakbym była w nim po raz pierwszy. 

Wydaje mi się takie obce...

Egzotyczna nazwa skwerku.


Budynek kiedyś ponoć mojego liceum.




Nienaturalnie przygięte do ziemi smutne drzewo.




Stojące na baczność hulajnogi.




To nie jest moje miasto. Ono o poranku należy do ptaków.

Zlatują z wysoka i drepczą po ludzkich ścieżkach, łypiąc na mnie groźnym okiem.




Przystaję, nie chcąc wchodzić im w drogę.




Mają swoje pilne ptasie sprawy i niewiele czasu, zanim ludzie się obudzą i tłumnie wylegną na ulice, hałasując i śmiecąc wszędzie dookoła. 



Ale póki co schody, chodniki, trawniki, ławki i przystanki autobusowe pozostają we władaniu ptaków.




Te nieśmiałe i mniej pewne siebie na wszelki wypadek stosują kamuflaż.





Inne nasłuchują uważnie, czy to już nadchodzi ten moment, gdy trzeba będzie odfrunąć i oddać na kilka godzin miasto ludziom.




Poudawać, że jest się tylko nic nie znaczącym ptaszkiem.



I z wysokości, głupcom, którzy wierzą w tę bajkę narobić na głowę a tym, którzy widzą więcej, piórko pod nogi rzucić. Jedni i drudzy i tak pomyślą, że to na szczęście. 

niedziela, 18 kwietnia 2021

Uczę się chodzić powoli

Zawsze chodziłam szybko. Bo było coś ważnego do załatwienia, a ja lubię mieć szybko z głowy. Bo do pracy, żeby się nie spóźnić. Bo w domu czeka mąż... 

Wczoraj po raz pierwszy poczułam, że nie muszę się już nigdzie spieszyć. Zatrzymałam się ma chwilę, wzięłam głęboki oddech i postawiłam pierwsze kroki w rytmie slow.



Wracałam do domu w deszczu, obserwując zza zaparowanych od maseczki okularów kwitnące biało drzewa. Słuchając śpiewu ptaków. Przyglądając się spacerującym przechodniom. Świat wyglądał zupełnie tak samo, jak tydzień temu.



Nic się nie zmieniło. Wciąż kwitną forsycje.





Puste ławki czekają, aż ktoś na nich przysiadzie.



Gołębie szukają schronienia. 




Stare domy czekają na to, aż ktoś je wyremontuje.




Ktoś gdzieś czeka na swoje drugie śniadanie.




W przejściu podziemnym, jak zwykle po deszczu, woda po kostki.



 Nic się nie zmieniło. Wszystko po staremu.

 Tylko ja nie mam już po co spieszyć się do domu...

 

czwartek, 15 kwietnia 2021

Niekończąca się zima

Niedziela rano. Dzwoni telefon. Wyświetla się "numer prywatny" ale ja wiem, że to jest właśnie ten telefon, którego bałam się od tygodnia. Słyszę dwa słowa: mąż zmarł i mój świat rozpada się na kawałeczki. Zamieram w bezruchu. Zamrożone łzy nie spływają po policzkach. Pytam: I co ja mam teraz zrobić? Pytam o dalsze życie, w odpowiedzi dostaję urzędową instrukcję gdzie, co i jak załatwić w poniedziałek, by móc pochować męża. 

Czas traci swój godzinny rytm. Rozciąga się i rozpływa. Grzęznę w nim. Gdyby nie obecność mojej Bratniej Duszy nie odnalazłabym kolejnego dnia. Noc mija bezsennie i tylko cyferki na elektronicznym zegarze pokazują, że nadszedł poniedziałek. 

Nie wychodziłam z domu dalej niż na kilka kroków z psem prawie od miesiąca. Wsiadam do taksówki. Jadę przez totalnie rozkopane miasto do sąsiedniego. Wysiadam pod szpitalem. W labiryncie budynków, czystych i brudnych wejść, szukam oddziału neurologii. Staję przed drzwiami z jasną informacją, że mogą nimi przejść tylko pracownicy szpitala, ale mnie kazano tam właśnie iść. Otwieram te drzwi i znajduję się na przerażająco obskurnej klatce schodowej. Schody są tak wysokie i strome, że nie mam siły się na nie wdrapywać. Uciekam na zewnątrz. 

Z trudem łapię oddech. Pomaga powiew wiosennego wiatru. Mam szczęście. Jest ciepło, świeci słońce. Obserwuję rozwijające się pąki kasztanowca i trzmiela który krąży wokół nich. Oddech się uspokaja. Odnajduję w plecaku telefon. Z trudem wybieram numer na oddział. Dzwonię. Każą czekać przed drzwiami. Jak długo? Nie wiadomo. Obchód. Awaria systemu. Nieobecna sekretarka. 

Czekam. Patrzę w niebo. Obserwuję coraz dłuższą kolejkę czekających na szczepienia ludzi. Szczepionki nie dowieźli. Pod moje drzwi podchodzą jacyś ludzie. Też w sprawie zgonu. Czekamy razem. Słońce grzeje mnie w plecy. Dotykam ostrych gałązek świerku. Kłują. Cieszę się, że czuję ich ostre igły. Czas stoi w miejscu. Ja chodzę tam i z powrotem, jak zwierzę w zoo na zbyt ciasnym wybiegu. 

Pojawia się drobniutka kobietka w mundurku pielęgniarki i zarzuconym na ramiona polarze, z plikiem dokumentów, które rozwiewa wiatr. Pyta nas o nazwiska zmarłych i każe czekać.

Niebo zaczyna się chmurzyć i przybierać znienawidzony przeze mnie brudno porcelanowy odcień. Gdy słońce chowa się za chmury robi się chłodno. Nie bardzo mam już siły dreptać. Gdy otwierają się drzwi jestem zbyt daleko. Teraz muszę czekać aż ci państwo którzy czekali ze mną zostaną obsłużeni. Czekam, mimowolnie słysząc, że są z jakiejś odległej małej miejscowości, zdezorientowani. 

W końcu przychodzi moja kolej. Tu proszę podpisać. Ręka drży mi tak, że z trudem stawiam jakieś kulfony. A teraz proszę czekać aż podpisze pani dyrektor. Nie chcę czekać. Nie mam siły dłużej chodzić między kasztanowcem a świerkiem. Pytam, czy mogę przyjść jutro? Kwituję odbiór obrączki i dostaję dwa ciężkie czerwone worki z rzeczami osobistymi Marka oraz instrukcję, by przez kilka dni ich nie otwierać. 

Z wysiłkiem targam wory do taksówki i dziwię się, skąd tyle rzeczy?! Mąż przecież nic nie miał. Do mojego życie wszedł dosłownie z jedną małą reklamówką, za to z ogromnym psem, malamutem, przesympatyczną Daisy. Gdy wyjeżdżaliśmy na urlop mieścił swoje rzeczy w malutkim plecaku...

Wory stoją w przedpokoju. Płaczę. 

Dzwonię z informacją o śmierci Marka do ludzi, którzy powinni wiedzieć. Oni płaczą. 

Łykam tabletki i czekam na wtorek.

Przychodzi zimny, sypiący śniegiem w oczy. Ubieram się ciepło. Biorę ze sobą tęczowy parasol, prezent od męża, robię głęboki wdech i wrzucam tryb zadaniowy. 

Tym razem pod tymi koszmarnymi drzwiami czekam tylko chwilkę. Dostaję dokument i nie słucham dalszych instrukcji. Już wiem co robić. Wszystko mam zorganizowane, zaplanowane, przemyślane. 

Krok pierwszy - Urząd stanu Cywilnego, referat zgonów. 

Jestem umówiona na dziesiątą. Urzędniczka, w masce i rękawiczkach,  schodzi by otworzyć mi zamknięte na siedem spustów drzwi i prowadzi po stromych schodach na piętro. Zatrzymuje mnie przed biurkiem tarasującym wejście na korytarz i osłoniętym wielką pleksi. Bierze ode mnie szpitalny dokument i dowody osobiste, które dokładnie dezynfekuje, każe wypisać jaką kartkę i znika rzuciwszy krótkie: proszę czekać. Patrzę jak znika gdzieś w głębi korytarza. 



Czekam. Obserwuję sprzątaczkę w maseczce i rękawiczkach,  która po raz czwarty w ciągu kwadransa przeciera dokładnie mopem podłogę, wyciera blaty, klamki, dezynfekuje długopisy. Żaden z petentów nie jest wpuszczany za barykadę z biurka i pleksi, więc wydaje mi się to dziwne. Kaloryfery grzeją, jakby na dworze był dwudziestostopniowy mróz. Jest mi gorąco i duszno. Rozglądam się za jakimś oknem, które mogłabym otworzyć. 


 
Wspinam się po schodach i z poczuciem popełniania karygodnego wykroczenia otwieram okno. Ożywczy powiew chłodnego powietrza przynosi ulgę i przywiewa urzędniczkę. Podaje mi kartkę i każe sprawdzić dane. Sprawdzam. Wszystko się zgadza. "Proszę sobie usiąść, bo teraz to będzie trwało". 




Nie siadam. Nie mogę. Stoję przed tym cholernym biureczkiem i odliczam minuty, kwadranse. Chce mi się pić. Jestem zmęczona. Zaczynam czuć lęk. Nie chcę widzieć nazwiska mojego męża pod literami układającymi się w słowa: odpis skrócony aktu zgonu. Mijają kolejne minuty a ja zaczynam się złościć, że ta flegmatyczna Kornelcia wciąż nie przychodzi. W końcu przyszła. Kazała podpisać w trzech miejscach odbiór i usiłowała mi wytłumaczyć, co mam teraz z tym dalej robić. Nie słuchałam. Wiem co mam robić. Wszystko wiem...

Krok drugi - zakład pogrzebowy.

Pod zakładem pogrzebowym kolejka. Czekam. Cały czas pada śnieg. Marznę. raz po raz sprawdzam, czy mam wszystkie dokumenty o których pisali, że trzeba je mieć. Wchodzę. na ścianach obrazki płaczących dzieci. jakby mało było łez przychodzących tam ludzi. Sympatyczna blondynka prosi mnie do gabinetu. Szybko dokonujemy formalności. Ustalamy terminy. Pogrzeb bez księdza, bo tak sobie życzył mąż. I bez trąbki, bo wyrwałaby mi wnętrzności. Nie, mistrz ceremonii też zbędny, przecież myśmy sobie już wszystko powiedzieli...

Wybieram urnę. Prostą i skromną. I serduszko, w którym będę mogła zabrać ze sobą do domu odrobinę prochów Marka. Najchętniej zabrałabym ze sobą urnę, wyjechała z nią nad morze i tam rozsypała jego prochy. Niestety, u nas to niemożliwe. Gdy przychodzi do rozliczenia kosztów okazuje się, że jednak nie mam najważniejszego dokumentu - legitymacji rencisty. I na plebanię też już dzisiaj nie zdążę. Wracam do domu. 

Wchodzę do mieszkania. Te cholerne czerwone worki! Ryczę. 

Dzwoni kurier. Odbieram paczkę. Z bąbelkowej folii wydobywam mojego Anioła. Szukam dla niego najlepszego miejsca. Zapalam latarenkę. 



Nie mogę spać. Chodzę w nocy od okna do okna i rozmawiam z Markiem. Nabiłam trzy tysiące kroków. Zasypiam tuż przed tym, gdy trzeba wstawać. Za oknem biało. 

Krok trzeci - cmentarz.

Całe miasto rozkopane. Remontują na raz wszystkie strategiczne ulice. Remontuje się też plebania. Nadrabiam drogi obchodząc budynek naokoło. W kancelarii pusto. Pani bez maseczki i bez rękawiczek bierze ode mnie dokumenty i wcale nie spryskuje ich dezynfekującym płynem. Tu najwyraźniej działa woda święcona. Szybko załatwiam formalności. Potwierdzam datę i godzinę pochówku i wychodzę ściskając w ręku kartkę dla grabarza. 




Śnieg zamienia się w deszcz. Wszędzie dookoła błocko. Daję kartkę jakiemuś facetowi, który podaje się za szefa cmentarza. Bez słowa ją bierze. A ja patrzę na groby, czytam daty i nazwiska i nie wierzę, że za kilka dni pochowam tu prochy Marka. 



Wracam do firmy pogrzebowej. Okazuję legitymację. Pani wypłaca mi resztę zasiłku i pyta o klepsydrę. Nie chcę jej. Nie chcę zobaczyć imienia i nazwiska mojego męża z wypisaną datą śmierci, ilością przeżytych lat i datą pogrzebu. A potem myślę, że przecież sąsiedzi mają prawo wiedzieć, że Marka już nie ma. Że może ktoś będzie chciał się z nim pożegnać i przyjść na pogrzeb. On znał tu wszystkich w okolicy. Z każdym zamienił kilka słów. Wszyscy go lubili. Drukujemy. Ale tylko jedną sztukę. I jedne podziękowanie. Jakoś to wytrzymam. To tylko trzy dni...

Wracam do domu. Naklejam na szybę drzwi wejściowych klepsydrę i szybko uciekam do mieszkania.




W przedpokoju wciąż stoją czerwone wory. Ryczę.

Telefon dzwoni prawie cały czas. Nie mam już siły mówić: mój mąż nie żyje. To nieprawda! To jakiś absurd! To się nie mogło wydarzyć naprawdę... Zasypiam. Po raz pierwszy od kilkunastu dni śpię i śnię. Budzę się przed szóstą rano. Za oknem biało. Czy ta zima nigdy się nie skończy?!

Skończył się chleb i muszę wykupić receptę. Przy okazji kupię żarówki, bo świeci się już tylko jedna. Wychodzę do sklepu. Po drodze wysyłam totolotka. Nie jak zwykle na chybił trafił, ale na "nasze numery". Może trafi się chociaż trójka? Będzie na wino. Widzę czerwone róże i kupuję. Marek bardzo często kupował mi kwiaty. Bez okazji. Ostatnie dostałam gdy leżałam już w covidowej gorączce. Wielki pęk pastelowo różowych tulipanów. Trzymały się całe dwa tygodnie. Wracając ze sklepu uświadamiam sobie, że przecież będę potrzebowała na jutro znicz. Nie mam siły wracać i przypominam sobie, że kiedyś widziałam znicze w naszym spożywczaku. Wchodzę i pytam. Jest. Został jeden jedyny. Czekał na mnie.

Znowu te cholerne worki! Ryczę.

Wstawiam róże do wazonu.




Dziś niczego już nie muszę, poza przetrwaniem do jutra. 

Robię sobie herbatę. Wyjadam końcówkę ptasiego mleczka.

Pies śpi na poduszkach. 




Tak bardzo tęsknię...







sobota, 10 kwietnia 2021

I znów zakwitły forsycje

Ostatnie dni są dla mnie bardzo trudne. Po raz pierwszy od trzynastu lat nie ma przy mnie mojego męża. Od tygodnia leży nieprzytomny w szpitalu. Zawieszony miedzy życiem tu a byciem tam. Nie mogę być przy nim. Nie mogę trzymać go za rękę i powiedzieć, żeby niczego się nie bał. Nic nie mogę zrobić, tylko mieć nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak ma się skończyć, czyli dobrze. Łapię się zwyczajnych codziennych czynności, jak koła ratunkowego. Wiem, że muszę wstać z łóżka, muszę zjeść śniadanie, muszę wyjść z psem na spacer, muszę wyrzucić śmieci... Rzucam się na odkurzanie dywaników, układanie rzeczy w szafie, gotowanie kompotu z jabłek, w nadziei, że to da mi chociaż chwilę ulgi i poczucia odrobiny wpływu na absurdalną rzeczywistość.  

Dzisiaj świeci słońce. Jest ciepło. Po raz pierwszy od miesiąca, z ogromnym lękiem, czy dam radę, wyszłam na spacer ciut dalej niż z psem pod blok i wzięłam ze sobą aparat. Jeszcze kwitną forsycje, ulubione krzewy mojego męża. Przetrwały zimno i śnieg. Ich delikatne płatki dały radę. Nie straciły nic a nic ze swego słonecznego, energetycznego i pełnego życia koloru. 




Rozpychają się pomiędzy nagimi jeszcze gałązkami innych krzewów.




Wychylają zza płotów.



Próbują otwierać zamknięte drzwi.

Sięgają wysoko, wysoko...



Aż do nieba!



A ja stoję przed tym krzakiem forsycji i czuję równocześnie zachwyt nad odradzającym się po długiej zimie życiem, radość, że dane mi jest to oglądać, smutek przeogromny, że mój mąż nie może tego zobaczyć, tęsknotę rozrywającą serce. Ściskam w ręce aparat tak mocno, jakbym ściskała dłoń męża. Łzy płyną mi po policzkach. 

Tak bardzo chciałabym, żeby mój mąż odnalazł drogę do domu...

Wiem, za rok też będą kwitły forsycje. 

One będą tu zawsze. 

My jesteśmy tu tylko na chwilę.